Siatkarki straciły szansę na medal. Ale jest jeszcze jeden cel i niespodziewana "nagroda"
Rozczarowanie, zawód, ból, ale nie łzy i rozpacz. Polskie siatkarki po porażce w ćwierćfinale mistrzostw Europy zareagowały inaczej niż przed rokiem, gdy na tym samym etapie żegnały się z mistrzostwami świata. Tym razem nie ma zresztą czasu na rozpamiętywanie porażki, bo kadra wciąż ma jeszcze jeden cel - i to chyba najważniejszy w całym sezonie. A dzięki odpadnięciu z ME może też… coś zyskać.

Po ostatnim gwizdku ćwierćfinału mistrzostw Europy w hali Palais 12 w Brukseli zapanował prawdziwy tumult. Tureccy kibice, którzy z upływem meczu coraz głośniej reagowali na udane akcje swoich zawodniczek, hucznie świętowali sukces. Nie dawał o sobie zapomnieć bębniarz, do fanów podeszła Ebrar Karakurt.
W tym czasie rozczarowane polskie siatkarki usiadły pod bandami okalającymi boisko. Wcześniej, tuż po ostatniej akcji, na środku boiska całą drużynę przywołała do siebie kapitan Joanna Wołosz. Od polskich kibiców "Biało-Czerwone" usłyszały okrzyk "Dziękujemy!", który przebił się przez puszczaną w hali turecką piosenkę. Zawodniczki odpowiedziały brawami.
Tym razem nie było łez i wielkiego smutku, z jakim polskie siatkarki żegnały się z ważnym turniejem przed rokiem. Wówczas, w pierwszym roku pracy Stefano Lavariniego, pozytywnie zaskoczyły i również dotarły do ćwierćfinału - tyle że mistrzostw świata. Po zaciętym spotkaniu z Serbią i tie-breaku przegranym 14:16 wiele siatkarek zalało się łzami, koleżanki długo pocieszały między innymi Marię Stenzel.

Mistrzostwa Europy bez medalu. Ale nie to w tym sezonie jest najważniejsze dla polskich siatkarek
Tym razem zawodniczkom towarzyszyły nieco inne uczucia, choć zapytana o porównanie obu ćwierćfinałów Wołosz zaczęła od analogii.
Jest podobnie. Nie wykorzystałyśmy do końca wszystkich szans, które miałyśmy. Mogłyśmy zagrać lepiej, a w zeszłym roku zostawiłyśmy wszystko na boisku. I na dobrą sprawę dwie piłki zdecydowały o tym, kto przeszedł dalej. Teraz to bardziej zawód niż taki smutek, jak w zeszłym roku
Zawód przewijał się też w wypowiedziach Magdaleny Jurczyk, Martyny Łukasik czy trenera. Było widać, że "Biało-Czerwone" mocno liczyły na wyeliminowanie Turcji - mimo że rywalki niedawno okazały się najlepsze w Lidze Narodów i w ME też są nie do zatrzymania. Tak przynajmniej okazało się w środę.
Czasu na rozpacz i smutek tym razem zresztą właściwie nie ma. Sztab reprezentacji Polski od razu po meczu zajął się rezerwacją lotu powrotnego do kraju, bo drużyna ma tego lata jeszcze coś do zrobienia.
16 września w Łodzi rozpocznie się turniej kwalifikacyjny do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich w Paryżu. A to impreza niezwykle wymagająca - trzeba rozegrać siedem spotkań w dziewięć dni. Przepustki do Francji wywalczą dwie najlepsze z ośmiu drużyn. O awans nie będzie łatwo, bo do Łodzi przyjadą m.in. Amerykanki oraz Włoszki - te ostatnie wciąż walczą o medal mistrzostw Europy. Oprócz nich w turnieju wystąpią też m.in. trzej inni uczestnicy Ligi Narodów: Niemcy, Tajlandia i Korea Południowa.
Polskie siatkarki od dawna jednak mniej lub bardziej wprost przyznawały, że to właśnie kwalifikacje olimpijskie są w tym sezonie ich głównym celem. Na tej imprezie kobiecej kadry "Biało-Czerwonych" nie było od igrzysk w Pekinie w 2008 r.
Może jeszcze nie teraz, ale jutro czy pojutrze możemy zamknąć ten rozdział i skupić się na kwalifikacjach olimpijskich, które teoretycznie są naszym najważniejszym celem na ten sezon. Gramy przed własną publicznością. Liczę, że hale będą wypełnione po brzegi, kibice nam pomogą, by spełnić nas wszystkich marzenia i zdobyć kwalifikację
"Nagroda" za odpadnięcie z mistrzostw Europy? Tak działa nowy ranking
Polki po odpadnięciu z mistrzostw Europy będą mieć więc minimalnie więcej czasu, by przygotować się do kluczowych zawodów. Nie chcą bowiem zdawać się na ranking FIVB - odpowiednio wysokie miejsce po przyszłorocznej Lidze Narodów również da awans na igrzyska. Polki są w nim siódme, to pozycja właściwie gwarantująca przepustkę do Paryża.
Pewności jednak jeszcze nie ma, pozostało sporo meczów do rozegrania, każde starcie o stawkę wpływa na zestawienie FIVB. A pod kątem rankingu odpadnięcie z mistrzostw Europy może mieć też... plusy. Zgodnie z obecnymi zasadami każda porażka oznacza bowiem stratę punktów. Gdyby Polki miały przegrać półfinał i mecz o trzecie miejsce ME, mogłyby stracić więcej punktów niż za porażkę z Turcją. Ta kosztowała je 6,36 pkt.
- Wolałabym być w czwórce i powalczyć z Włoszkami - kwituje Wołosz.
To właśnie z reprezentacją Włoch w piątkowym półfinale zmierzą się Turczynki. W drugiej batalii o finał Holandia spotka się z Serbią.
Z Brukseli Damian Gołąb











