Wynik 1:2 i prowadzenie rywalek w czwartym secie - z takim wyzwaniem w meczu Polska - Chiny musiały się zmierzyć siatkarki prowadzone przez trenera Stefano Lavariniego. W pierwszej części meczu Chinki postawiły im trudne warunki, imponując w kilku elementach - od obrony, przez kontrataki, po skuteczność przy siatce Mengjie Wu. Przyjmująca rywalek w pierwszych trzech setach zdobyła aż 20 punktów.
Potem Polki potrafiły ograniczyć jej potencjał - w czwartym secie dodała tylko cztery "oczka", a w tie-breaku zaledwie jedno. Kluczowa okazała się cierpliwość, która była w środę atutem polskiej drużyny - i to mimo że kolejne piłki podbijane przez Chinki mogły irytować.
"Przeczekanie, bycie cierpliwym w pierwszej części spotkania było bardzo istotne. Nie mogłyśmy się poddać, musiałyśmy cały czas przeć do przodu i konsekwentnie wrócić do swojej siatkówki, a przy okazji lepiej reagować na to, co robią dziewczyny po drugiej stronie siatki. I to się nam udało" - podkreśla Martyna Łukasik.
Liga Narodów siatkarek. Martyna Łukasik jasno o kibicach. "To zapadnie w pamięć"
Przyjmująca reprezentacji Polski była bohaterką drugiego seta, w którym zdobyła siedem punktów i poprowadziła "Biało-Czerwone" do zwycięstwa 25:20. Potem jednak ustąpiła miejsca na boisku Paulinie Damaske, a ta zmiana okazała się jedną z najważniejszych decyzji Lavariniego.
Łukasik wróciła na boisko w tie-breaku, tym razem zmieniając Martynę Czyrniańską. Rotacje w składzie, z których przez całą fazę wstępną Ligi Narodów korzystał Lavarini, przyniosły efekt w najważniejszym momencie.
Fajnie, że udało się wyciągnąć to spotkanie. Grałyśmy dosyć nierówno. Fajnie, że i Damaszi [Paulina Damaske], i Ala Grabka zaprezentowały się w super sposób, dały energię drużynie, to było to, czego potrzebowałyśmy w tym momencie. Dziewczyny pociągnęły grę, zaczęła się nam dużo bardziej układać z nimi na boisku. Cieszy fakt, że potrafiłyśmy wygrać z takim zespołem
W Atlas Arenie poczynania polskich i chińskich siatkarek oglądało niemal dziesięć tysięcy kibiców. Dla kilku zawodniczek kadry Lavariniego był to debiut przy tak dużej publiczności. Akurat Łukasik świetnie pamięta jednak turniej w Łodzi sprzed dwóch lat, gdy Polki wywalczyły tutaj kwalifikację na igrzyska olimpijskie w Paryżu, i również grały w hali wypełnionej niemal po brzegi.
"Publika na pewno pomaga. Presja nałożona przez to, że gramy u siebie, przy własnej publiczności, to najbardziej pozytywna energia. Cały czas mamy ze sobą siódmego zawodnika na boisku, za co dziękujemy i liczymy na wsparcie w sobotę. Cieszy fakt, że grałyśmy przy własnej publiczności. To jest to, co zapadnie w pamięć" - mówi Łukasik.
Następnym przeciwnikiem "Biało-Czerwonych" będą Włoszki, które pokonały w środę reprezentację Stanów Zjednoczonych. Dwaj kolejni półfinaliści zostaną wyłonieni w czwartek.
Z Łodzi Damian Gołąb















