Walka o medale siatkarzy, a tu taki widok. "Aż płakać się chciało"
Kłujące w oczy puste placki na trybunach, kilka sektorów przysłoniętych wielkimi kotarami. W takich okolicznościach najlepsi siatkarze Europy rywalizowali o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Niedzielny finał w Inalpi Arenie w Turynie oglądało 5800 kibiców - to mniej niż na półfinale Pucharu Polski. - Aż płakać się chciało, jak w sobotę się grało i patrzyło na trybuny - podkreśla Jurij Gladyr z Aluron CMC Warty Zawiercie. "To najgorsza frekwencja na finałach LM w XXI wieku" - dodają statystycy. Perugia w Turynie wygrała, ale siatkówka najwyraźniej przegrała z innymi atrakcjami.

W Polsce przez lata przyzwyczailiśmy się, że hale na najważniejszych meczach pękają w szwach. Tłumy przyciąga reprezentacja, ale dużym wydarzeniem w ostatnich sezonach stały się choćby rozgrywane w Krakowie finały Pucharu Polski. Styczniowe półfinały ściągnęły na trybuny TAURON Areny ponad osiem tysięcy widzów, finał niemal 13 tys. Przed rokiem finał Ligi Mistrzów w Łodzi przyciągnął ponad 10 tys. kibiców.
Tym większym zdziwieniem dla polskich kibiców, którzy wybrali się na Final Four do Turynu, mógł być widok trybun w Inalpi Arenie. Mimo że Włosi mieli w czołowej czwórce swojego przedstawiciela - Sir Sicoma Monini Perugia z Kamilem Semeniukiem w składzie okazała się bezkonkurencyjna - w hali i w sobotę, i w niedzielę rzucały się w oczy puste krzesełka.
Kotary na trybunach nie wystarczyły. "Coś takiego nie może się wydarzyć"
Byłoby to zresztą jeszcze bardziej widoczne, gdyby nie to, że sporą część sektorów organizatorzy zasłonili wielkimi, ciemnymi kotarami. Nawet to jednak nie stworzyło iluzji, że hala jest pełna kibiców.
- To zdecydowana porażka. Tak przykro: to najważniejszy turniej sezonu w Lidze Mistrzów, na topowym poziomie, i jeszcze jest tu gospodarz. Zaskoczyły mnie zasłonięte trybuny. Aż płakać się chciało, jak w sobotę się grało i patrzyłeś na trybuny. Albo gdy przeglądało się zdjęcia. Zawodnik atakuje czy zagrywa, a w tle puste trybuny. To jest coś, co musi zostać bardzo mocno przeanalizowane. Coś takiego nie może się wydarzyć - nie gryzie się w język Jurij Gladyr, środkowy Aluron CMC Warty Zawiercie.

Doświadczony siatkarz poważnie rozważa zakończenie kariery sportowej i nie bał się powiedzieć tego, co pewnie wielu młodszym zawodnikom chodziło po głowie. Ci oceniali sytuację w nieco mniej stanowczych słowach. Tomasz Fornal stwierdził, że widocznie organizatorzy za słabo zachęcili kibiców do przyjścia na mecze. Od oceny sytuacji nie uciekał też Semeniuk.
- Faktycznie troszeczkę słabo to wyglądało. Ale "chapeau bas" dla naszych kibiców z Perugii, którzy zapełnili ogromną część widowni. Są z nami zawsze, wszędzie z nami jeżdżą. Ale faktycznie można było sobie życzyć, by przyszło więcej kibiców - mówił już po sobotnich półfinałach.
Frekwencja w Turynie zawiodła. "Najgorsza w XXI wieku". Siatkówka przegrała z innymi atrakcjami
Triki z kotarami nie wystarczyły, bo do dyspozycji są też po prostu liczby. A te dla Turynu nie przedstawiają się najlepiej. Sobotnie półfinały obejrzało odpowiednio 3461 i 4271 widzów. Mecz o brąz Ziraatu Bankkart Ankara z PGE Projektem Warszawa przyciągnął 3100 kibiców, finał 5800. Na obiekcie, który może pomieścić ponad 15 tys. widzów, to garstka. Jak podał w serwisie X siatkarski ekspert i statystyk Jakub Balcerzak, to najgorsza frekwencja na finałach Ligi Mistrzów w XXI wieku.
Turyn zdecydowanie przegrał ze wspomnianymi finałami Pucharu Polski, a męska siatkówka z damską. W Stambule niedawny finał Ligi Mistrzyń obejrzało 13,5 tys. widzów. Ale to nie była jedyna porażka turyńskiego turnieju.
W ten sam weekend Włochy żyły bowiem również innymi wielkimi wydarzeniami sportowymi. W Rzymie do historii tenisa przechodził właśnie ulubieniec Włochów Jannik Sinner - transmisje z jego spotkań w trakcie meczów siatkarskich oglądali nawet niektórzy włoscy dziennikarze na trybunie prasowej w Turynie. Przez Półwysep Apeniński przejeżdża też właśnie wyścig kolarski Giro d'Italia. W samym mieście w niedzielę mecz w piłkarskiej Serie A grał Juventus, odbywały się też Targi Książki.
- Wiem, że w ten weekend w Turynie jest dużo eventów - stwierdził pytany o frekwencję Aaron Russell, przyjmujący Warty Zawiercie.
Inna sprawa, że aby dowiedzieć się o organizacji turnieju w Turynie, trzeba było mocno interesować się siatkówką albo mieć dobry wzrok. Na najważniejszych placach miasta pojawiły się bowiem tylko niewielkie banery reklamujące turniej.
- Byłem w szoku, że organizatorzy w tym roku nawet nie poczynili kroków, by choć za darmo rozdać te wejściówki. Jak się jechało do hali, nie widziałem żadnego baneru, że ten turniej w ogóle się tu odbywa. To jest generalnie bardzo smutne, że siatkówka, trzeba powiedzieć, niestety jest jeszcze niszowym sportem - kwituje Gladyr.

Włosi wyciągną wnioski? Mają jeszcze dwa siatkarskie finały
Doświadczony siatkarz zwrócił też uwagę na ceny biletów. Te na jeden dzień zaczynały się od niemal 40 euro, a kończyły na ponad 150. Znacznie droższe były dwudniowe karnety na najlepsze miejsca, już na płycie hali.
- Jeżeli wziąć przeciętnego Kowalskiego czy Włocha, który miałby przyjść z rodziną w trzy, cztery osoby, i zapłacić 500 czy 600 euro, to trochę przesada. To by totalny niewypał - ocenia Gladyr.
Z Polski do Turynu przyleciała duża grupa fanów z Zawiercia, usadowiona w hali w dwóch głównych miejscach. Skromniej prezentowała się grupa kibiców PGE Projektu Warszawa. Turków z Ziraatu dopingowała garstka osób. Największa, najgłośniejsza i najbardziej pomysłowa była z pewnością grupa fanów z Perugii, która wyróżniała się nie tylko śpiewem, ale i regularnym zarzucaniem hali serpentynami.
To wszystko jednak nie wystarczyło, by choćby pomyśleć o frekwencyjnym sukcesie. Być może największym paradoksem tej sytuacji jest fakt, że turniej pierwotnie miał zostać rozegrany w Mediolanie, ale został przeniesiony do Turynu, bo... największe hale w stolicy Lombardii były już zajęte.
Do Mediolanu najlepsi siatkarze Ligi Mistrzów mają przyjechać za rok i dwa, bo miasto zapewniło sobie organizację Final Four również w kolejnych sezonach. Po tegorocznych finałach Włosi z pewnością mają jednak o czym myśleć.
Z Turynu Damian Gołąb














