Kapitalny mecz polskiego potentata w LM. Nowy Bartosz Kurek? Trener reaguje
- Generalnie wygrała cała drużyna, ale chcę podkreślić też postawę Bartka Gomułki. Jeśli chodzi o wielkość spotkania, to chyba był największy mecz dla niego i udowodnił, że takie mecze grać potrafi. Zagrał bardzo dobre spotkanie i tu dla niego szacunek - mówi w rozmowie z Interią Kamil Nalepka, trener PGE Projektu Warszawa, po wielkiej batalii z Itasem Trentino, na wagę awansu do ćwierćfinału siatkarskiej Ligi Mistrzów.

Artur Gac, Interia: Jeszcze nie tak dawno rozmawialiśmy tylko w okolicznościach reprezentacyjnych, a teraz wprowadzasz PGE Projekt Warszawa jako główny trener do ćwierćfinału Ligi Mistrzów. Gratuluję, w spektakularnych okolicznościach weszliśmy do najlepszej ósemki. Co według ciebie było kluczem, analizy i założenia pokryły się z rzeczywistością?
Kamil Nalepka, trener PGE Projektu Warszawa: - Po pierwsze, serdeczne gratulacje. Po drugie, jeśli chodzi o samo spotkanie i dwumecz z Trentino, to widzieliśmy, że potrafimy grać na pewno na tym samym, a nawet na lepszym poziomie, jeśli tylko przyjmiemy ich zagrywkę. Bo oni mają niewyobrażalną siłę w tym elemencie. Przed rewanżem zrobiliśmy sobie analizę pierwszego spotkania z trzech setów, czyli drugiego, trzeciego, czwartego, to my byliśmy lepszym zespołem na liczbach. Uważam, że ten dwumecz był ciekawy, bo mieliśmy dwa tie-breaki, a na deser wygrany złoty set, ale gdybyśmy mieli troszkę więcej szczęścia lub spokoju w prostych sytuacjach, to w Warszawie mogliśmy wygrać za trzy punkty. Tam trzeci set ustawił mecz.
- Wiedzieliśmy, że w Trentino możemy spodziewać tego samego poziomu na zagrywce i musieliśmy po prostu przeczekać te momenty. Już nazajutrz obejrzałem w telewizji trochę powtórki środowego meczu i twierdzę, że pierwszy set dał ważny sygnał. Pokazał zespołowi z Trentino, a przede wszystkim nam, że będziemy walczyć. Bo myślę, że gdybyśmy pierwszego seta po prostu nie dowieźli i nie wyszarpali na swoją korzyść, to byłoby później bardzo ciężko.
Jak w twoim warsztacie szkoleniowym wygląda przygotowanie pod absolutny klucz do zwycięstwa, czyli poradzenie sobie z zagrywką rywali? Kiedy po drugiej stronie siatki masz takich bombardierów, to chodzi o precyzyjne zajęcie pozycji na przyjęciu, co do centymetra, w konkretnych strefach boiskach? Gdzie szukałeś różnicy?
- Na pewno, analizując pierwsze spotkanie, wiedzieliśmy jakie jest zadanie po naszej stronie. Celem dla Trento było po prostu zagrywać w Bartka Bednorza, więc staraliśmy się troszkę poszukać rotacji, żeby przede wszystkim Bartek nie był w ulubionych kierunkach rywali. Jeśli ktoś sobie porówna oba mecze, to nasze początkowe ustawienia były trochę inne. Czy to miało jakiś wpływ? Mam nadzieję, że tak. Paru ich zawodników po prostu nie dostało Bartka po ich kierunku, więc musieli go trochę szukać i musieli zwalniać rękę. A jeśli chodzi o sam element przyjęcia zagrywki przeciwnika, to jest po prostu analiza, omówienie na wideo i rozmowa z chłopakami na temat strefy, w którą dany zawodnik zagrywa. Zabezpieczenie tej strefy i po prostu utrzymanie piłki, jeśli mówimy o takiej naprawdę ofensywnej zagrywce, jaką mają Jordi Ramon, Theo Faure i Riccardo Sbertoli. To takie trzy najmocniejsze ogniwa. Więc priorytetem była ich ulubiona strefa, zabezpieczenie tej strefy i utrzymanie piłki w grze.
Masz wielkie doświadczenie z pracy w kadrze Nikoli Grbicia, gdzie doświadczaliście przeróżnych momentów, także bywały spektakularne powroty po trudnych sytuacjach. Czy gdy dochodzi, jak w środowym meczu, do tzw. złotego seta, da się w jak najlepszym stopniu zapanować nad "merytoryką", czy w gruncie rzeczy w takiej chwili już trudno dotrzeć do głów chłopaków?
- Przed tie-breakiem i złotym setem przypominałem chłopakom, że nasze przedmeczowe założenia się sprawdzały. My też mieliśmy za zadanie celować zagrywką w Ramona i to nam przynosiło korzyść. W końcówce złotego seta trener Marcelo Mendez puścił tego młodego chłopaka z dwójką (Alessandro Bristot - przyp.), który też sobie nie poradził na przyjęciu. I to też pokazało, że my swoją robotę też bardzo dobrze wykonaliśmy w elemencie zagrywki i w przygotowaniu przedmeczowym. A jeśli chodzi o merytorykę, kontrolowaliśmy to co mieliśmy przygotowywane, nie wymyślaliśmy nic nowego. Ja też ze swojej strony nie chciałem chłopaków bardzo bodźcować informacjami. Powiedziałem im przed złotym setem, że im po prostu ufam. To oni są na boisku i wiedzą dobrze, co mają robić. Ja po prostu chciałem, żeby tacy zawodnicy, jak Kuba Kochanowski, Kevin Tillie czy Damian Wojtaszek grali swoją siatkówkę. Oni są bardzo otwarci na pewne uwagi, ale ten newralgiczny moment meczu nie był czasem, by zaprzątać im głowę jakimiś informacjami. Powiedziałem: "panowie, to jest wasza gra, ufam wam". Wiedziałem, że są w stanie zrobić to, czego dokonali.
MVP spotkania został wybrany Jurij Semeniuk, natomiast w złotym secie nieprawdopodobną robotę na polu zagrywki wykonał Kochanowski. W pewnym momencie zachował się nawet jak rasowy libero, kapitalnie nurkując pod siatką i broniąc piłkę, która ostatecznie dała wam punkt. Na te smaczki też zwróciłeś uwagę?
- Jeśli chodzi o Kubę, to bardzo się cieszę, bo w pierwszym secie też przywrócił nas do życia. To przy jego zagrywce wracaliśmy w końcówce. W złotym secie, od stanu 4:7, z Trento po drugiej stronie siatki, skończyliśmy z nim na zagrywce na 10:7. Za to wielkie brawa i duży szacunek. Generalnie wygrała cała drużyna, ale chcę podkreślić też postawę Bartka Gomułki, że wytrzymał to spotkanie. Na tej pozycji, w tym sezonie, mamy i pewnie będziemy mieć różne wahania formy i nastrojów. A Bartek to wytrzymał i odciążył chłopaków na lewym skrzydle i na środku siatki. Podkreślam wkład Bartka, bo to chyba pierwszy raz dla niego taki mecz w 1/8 Ligi Mistrzów z wielkim Trentino. Jeśli chodzi o wielkość spotkania, to chyba był największy mecz dla niego i udowodnił, że takie mecze grać potrafi. Zagrał bardzo dobre spotkanie i tutaj dla niego szacunek, że wytrzymał. Po meczu byliśmy wszyscy tak zmęczeni, że zjedliśmy kolację, każdy w swoim stylu świętował i po prostu odpoczywaliśmy.
Cieszę się, że mówisz o Bartoszu Gomułce, bo chciałem cię zapytać o tego 23-letniego atakującego. Dzięki pracy w sztabie Grbicia, masz doskonałą perspektywę na reprezentację, a w oko wpadła mi analiza z pytaniami, czy Gomułka to w niedługim czasie następca Bartosza Kurka w kadrze. Sądzę, że to nie są przesadzone głosy. A ty jak na to patrzysz?
- Dla Bartka Gomułki najważniejsze jest, żeby grał regularnie w klubie. To jest rzecz pierwsza. Ja widzę bardzo wielu następców Bartka Kurka w reprezentacji. I powiem tu szerzej, bo wiem co robi Dawid Dulski we Francji, widzę jak rozwija się Aleks Nasiewicz, a teraz grać zaczyna Bartek Gomułka. Oczywiście, że Bartek ma szansę być w reprezentacji na pozycji atakującego, ale warunek jest jeden: musi tak obierać swoją drogę i karierę sportową, żeby regularnie grać na boisku. To jest najważniejsze. Tylko regularna gra w klubie da mu przepustkę do reprezentacji, żeby w niej być i w niej zaistnieć.
Pamiętamy, jak pod koniec stycznia z roli asystenta przesiadłeś się na fotel pierwszego trenera Projektu Warszawa. Czy w momencie, gdy przyjmowałeś tę propozycję, docierały do ciebie głosy, że przekonasz się o zbyt dużym przeskoku? Może sam miałeś wątpliwości, a może konsultowałeś się z Nikolą Grbiciem, czy to na przykład nie będzie kolidowało z obecnością w jego reprezentacyjnym sztabie?
- W momencie, gdy otrzymałem telefon z propozycją poprowadzenia zespołu, nie było dużo czasu. To nastąpiło dwa-trzy dni przed meczem z Montpellier, pamiętam że to była niedziela, więc miałem dosłownie parę godzin w nocy na przemyślenie i podjęcie decyzji. Cieszę się, że taka była decyzja zarządu klubu i taka też była wola drużyny, bo wiem, że ta kwestia była konsultowana. Ja nie widziałem innej możliwości niż przyjęcie tego wyzwania, żebyśmy poprowadzili zespół wspólnie z Bartkiem Kaczmarkiem. Czy to jest moje spełnienie marzeń? Tak, zawodowo zawsze chciałem poprowadzić zespół w PlusLidze i Lidze Mistrzów. Natomiast chcę podkreślić, że nigdy nie chciałem przejmować zespołu w trakcie sezonu, bo to nigdy nie jest i nie będzie moim celem. W momencie, gdy Tommi Tiilikainen zadzwonił do mnie po meczu i poinformował, że rezygnuje, moja perspektywa trochę się zmieniła. Bo to też chcę podkreślić, że to była jego decyzja, a nie klubu o odejściu z drużyny. Ja bardzo długo z nim rozmawiałem o powodach. Poprosiłem, żeby jeszcze ochłonął, może się z tym przespał i przemyślał, ale zdania nie zmienił.
- Wiem jaka odpowiedzialność teraz na mnie ciąży, ale robię wszystko, żeby temu zadaniu podołać. Jeśli chodzi o temat Nikoli i kadry, to z nim tego nie konsultowałem. Nikola do mnie zadzwonił z gratulacjami po decyzji. Natomiast ja, szybko musząc podjąć decyzję, porozmawiałem z moją narzeczoną i z rodziną. Czułem, że jestem gotowy, żeby to zrobić, dlatego tego zadania się podjąłem. Po ogłoszeniu decyzji rozmawiałem z wieloma trenerami, z którymi pracowałem. Wszyscy bardzo się cieszyli, okazali mi duże wsparcie i pomoc, co trwa do dziś. Mam mnóstwo pozytywnych wiadomości, więc ja też chętnie wracam do tych osób, nie zapominam, tylko pytam i proszę o rady. To wszystko nie koliduje z reprezentacją. W moim przypadku jest to prowadzenie zespołu do końca tego sezonu, a co będzie w przyszłości, czas pokaże.
Niezwykle cenne jest to, że rada drużyny opowiedziała się za twoją kandydaturą.
- Dla mnie to był pierwszy warunek, gdy dostałem telefon od prezesa. Tym bardziej tego chciałem, że jeśli popatrzymy na zespół Projektu Warszawa, jest to jeden z najbardziej doświadczonych zespołów w lidze. Nie znam statystyki ze średnią wieku, w sumie to tylko liczba, ale jeśli popatrzysz na zawodników, jakich mam do dyspozycji, to oni z niejednego pieca jedli chleb. Bardzo wiele przeżyli i dla mnie to był podstawowy warunek, żeby rada drużyny zaakceptowała i przyjęła moją kandydaturę. Na pierwszym spotkaniu poprosiłem chłopaków o wsparcie, bo ja też takiego wsparcia potrzebuję, mimo doświadczenia jako statystyk, później pracując jako asystent trenera w klubach i pomimo pracy z wieloma ciekawymi szkoleniowcami. Jednak perspektywa bycia pierwszym trenerem, co teraz odczuwam, to kompletnie inna para kaloszy. To zupełnie co innego niż praca asystenta trenera, drugiego trenera czy praca statystyka. Bycie pierwszym trenerem to podejmowanie decyzji, przede wszystkim jeśli chodzi o zawodników, czyli kto gra, a kto nie gra. Ponadto planowanie procesu treningowego, słowem trzeba rozstrzygać ciężkie dylematy. Tak jak w środę w Trento, bardzo szybko i przemyślanie, a finalnie oczywiście wszystko spływa na ciebie. Robię wszystko żeby drużynie pomóc, a przy tym zachowywać zimną krew.
W środę dostałeś żółtą kartkę.
- To totalnie nie jest mój styl, bo ja po prostu nie chciałem tego robić. W sumie nawet nie wiem dlaczego dostałem tę kartkę. Pan sędzia tłumaczył, że za późno wziąłem challenge, ale patrząc na drugą stronę siatki mam wrażenie, że był brany jeszcze później. Jednak trener Mendez to jeszcze nie moje buty, więc duży szacunek dla niego. Ja staram się przede wszystkim chłopakom nie przeszkadzać, a pomóc najbardziej merytorycznie i taktycznie jak tylko potrafię.
Jak zapatrujesz się na ćwierćfinałowy pojedynek z Bogdanką LUK Lublin? Z jednej strony to pokazuje trwającą potęgę polskiej siatkówki. Kibic tego sportu powie, że zwycięzcą będzie polska siatkówka, bo jedna z tych drużyn wejdzie do Final Four, a ty jak zapatrujesz się na polsko-polską konfrontację na arenie międzynarodowej? Czujesz dodatkowe pozytywne wibracje, czy to nic ekstra pozytywnego?
- Po pierwsze, ja też cieszę się, że jest polski ćwierćfinał, jedna drużyna na pewno zagra w Final Four. W ósemce będziemy mieć cztery polskie drużyny, więc to też świadczy o sile i poziomie. A jeśli chodzi o granie z Lublinem, bardzo się cieszę, to jest mój były klub. Ja w nim pracowałem i jestem bardzo zadowolony, że będę tam w stanie wrócić w roli pierwszego trenera przeciwnego zespołu, bo na pewno wywiozłem bardzo dobre wspomnienia. Mam tam wielu znajomych i przyjaciół. Bardzo się z tego cieszę, to będzie nowa historia dla Warszawy i nowa historia dla Lublina. Zrobimy wszystko, żeby wygrać. Mamy świadomość siły Lublina, ale myślę, że po środzie też poznaliśmy naszą wartość.
- Jednak zdaję sobie sprawę, że życie trenera to chwile dobre i chwile gorsze. Podchodzę do tego ze spokojną i chłodną głową. Cieszę się, bo jest to dla mnie super nowe doświadczenie i chcę po prostu czerpać z każdego dnia jak najwięcej. Mam dużo wsparcia ze środowiska, jestem bardzo wdzięczny wszystkim osobom, które mnie wspierają, bo to nie jest proste zadanie. W środę wszyscy zostawiliśmy masę zdrowia, chłopaki na boisku, cała drużyna, ja osobiście też, bo to są niewiarygodne emocje.
Rozmawiał Artur Gac, Interia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: artur.gac@firma.interia.pl















