Wybrał Polskę zamiast Francji, nie dostał szansy od Grbicia. "Bóg miał inne plany"
Nicolas Szerszeń po przegranym ćwierćfinale PlusLigi ogłosił zakończenie kariery. W ostatnim czasie siatkarz zmagał się z licznymi kontuzjami, które miały kluczowy wpływ na jego decyzję. 29-latek pozostanie jednak w sporcie, choć w innej roli. Urodzony we Francji zawodnik podkreślał, że czuje się Polakiem i całą karierę poświęcił występom w polskiej lidze. Jego marzeniem był występ w reprezentacji Polski, który ostatecznie nie doszedł do skutku. "Wszystko w życiu jest według planów Boga" - wyznał w rozmowie z Interią Sport.

Jastrzębski Węgiel zakończył sezon PlusLigi na etapie ćwierćfinału po porażce z PGE Projektem Warszawa. Problemy finansowe, z którymi klub zmagał się w ostatnich miesiącach, sprawiły, że nie wystąpi on w kolejnym sezonie rozgrywek.
Dla zawodników oznacza to konieczność poszukiwania nowych klubów, choć część z nich znalazła już pracodawców. Po wtorkowym meczu zaskakującą decyzję ogłosił przyjmujący Nicolas Szerszeń - poinformował o zakończeniu kariery zawodniczej, zapowiadając jednocześnie pozostanie w sporcie w innej roli.
Polski siatkarz zakończył karierę. "Pierwszym uczuciem była ulga"
Natalia Kapustka, Interia Sport: Za panem ostatni mecz ligowy w tym sezonie, a zarazem w karierze. Jakie uczucia towarzyszą panu kilka dni po tym spotkaniu?
Nicolas Szerszeń: Na pewno pierwszym uczuciem była ulga, ponieważ przez całą karierę zmagałem się z kontuzjami i często miałem z nimi problem. Dlatego jest to dla mnie duża ulga, że nie będę już musiał się tym przejmować. Do tego dochodzi poczucie spełnienia. Ostatnio opublikowałem w mediach społecznościowych zdjęcia z różnych etapów mojej kariery i kiedy patrzę na te wszystkie lata, widzę, jak wiele dobrych momentów przeżyłem i ilu wspaniałych ludzi spotkałem na swojej drodze. Naprawdę bardzo dużo z tego wszystkiego wyniosłem. Widzę też, jak bardzo dorosłem i ile się nauczyłem - dzięki meczom, wyzwaniom, ale też kontuzjom. Dlatego czuję spełnienie, zadowolenie, a jednocześnie ekscytację przed kolejnym rozdziałem.
Mam już pewien plan na przyszłość - chcę zostać przy siatkówce i trenować w USA. To była decyzja zarówno moja, jak i mojej rodziny, która również chciała powoli wracać do Stanów Zjednoczonych, ponieważ moja żona jest Amerykanką. To było dla mnie bardzo ważne i cieszę się, że możemy razem podążać wybraną przez nas drogą życia
Kiedy podjął pan decyzję, że to będzie pana ostatni sezon?
- Tak naprawdę musiałem ją podjąć w momencie, gdy zaczęły pojawiać się oferty na kolejny sezon. Miałem dwie albo trzy propozycje z różnych klubów i nie mogłem zwlekać z odpowiedzią, mówiąc, że jeszcze się zastanawiam. Dlatego ten okres transferowy trochę się u mnie przeciągnął, ale ostatecznie w lutym lub marcu musiałem podjąć decyzję i dać jasny sygnał, że nie będę już kontynuował kariery i wybieram inną drogę.
Czy koledzy z drużyny dowiedzieli się o tej decyzji w podobnym czasie?
- Raczej tak. Wiedzieli jednak, że nie można mówić o tym głośno, i bardzo doceniam to, że zachowali tę informację dla siebie.
Wspominał pan wcześniej o kontuzjach. Czy ostatnie mecze rozgrywał pan już głównie z bólem?
- Tak, w tym roku miałem duży problem z kolanem. To była właściwie taka kropka nad "i", szczególnie w ostatnich meczach, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że moje ciało - choć pewnie mogłoby jeszcze grać - nie funkcjonuje już na takim poziomie jak u innych zawodników. Oczywiście wielu sportowców gra z bólem i różnymi problemami, ale u mnie było to już bardziej nasilone i miało też wpływ na sferę mentalną. Dlatego ta decyzja wynika nie tylko z potrzeby spokoju dla samego siebie, ale też z przekonania, że zdrowia nie można lekceważyć. Widzimy zresztą podobne sytuacje u innych zawodników, jak chociażby Marcin Janusz, który zrezygnował z gry w kadrze. Coraz więcej osób decyduje się na taki krok, bo łączenie sezonu klubowego i reprezentacyjnego to ogromne wyzwanie, także mentalne. Ja natomiast miałem już problem nawet przy samej lidze, dlatego uznałem, że to odpowiedni moment, żeby zakończyć karierę na własnych warunkach - wciąż grając i będąc na dobrym poziomie - i po prostu docenić to, co udało mi się osiągnąć, zamiast kontynuować wszystko na siłę.
Sezon zakończyliście z Jastrzębski Węgiel na etapie ćwierćfinału. To był też trudny czas ze względu na sytuację w klubie. Jakie nastroje panowały w drużynie w ostatnich tygodniach?
Nie było łatwo, bo do końca nie było wiadomo, co stanie się z klubem. My, ale też nasze rodziny, żyliśmy w niepewności – zarówno jeśli chodzi o przyszłość, jak i kwestie finansowe. Problemy ze sponsorem wpływały nie tylko na kolejne sezony, ale też na bieżące funkcjonowanie. Dlatego nastroje były, jakie były. Mimo wszystko uważam, że jako drużyna mieliśmy bardzo dobrych zawodników i świetnych ludzi, dzięki czemu i tak wyciągnęliśmy z tego sezonu naprawdę dużo. Natomiast na takim poziomie wszystko musi funkcjonować idealnie. Kiedy gra się z zespołem takim jak Projekt Warszawa, gdzie jest stabilność finansowa, odpowiedni system i organizacja, każdy detal ma znaczenie. U nas niestety pojawiały się problemy wewnętrzne i to miało wpływ na całość. Powtarzam to często – żeby osiągać najlepsze wyniki, wszystko musi działać jak w zegarku
Siatkówka. Zaczynał we Francji, ale wybrał Polskę. "Korzenie były bardzo silne"
Pana historia z siatkówką zaczęła się bardzo wcześnie, ponieważ była obecna w domu od najmłodszych lat. Jak wyglądały pana początki?
- Mój tata grał w siatkówkę, więc od małego bywałem na halach i praktycznie cały czas miałem piłkę w rękach. To on tak naprawdę nauczył mnie wszystkiego od podstaw. Później rozwijałem się w Paryżu, w klubie Conflans-Andresy-Jouy , gdzie już w młodym wieku zdobywałem pierwsze tytuły krajowe i puchary. Kiedy miałem 16 lat, zajęliśmy drugie miejsce w kategorii młodzieżowej. To była taka naturalna ścieżka rozwoju, podobna do tego, jak funkcjonują dziś akademie, na przykład w Jastrzębiu. Podawałem też piłki na meczach seniorów, więc można powiedzieć, że miałem typowe siatkarskie dzieciństwo.
Później poszedłem w ślady mojej siostry, która studiowała i grała w USA, na Ohio State University. Spędziłem tam cztery bardzo dobre lata - rozwinąłem się nie tylko jako zawodnik, ale też jako człowiek. W tym czasie dwukrotnie zdobyliśmy mistrzostwo Stanów Zjednoczonych. Następnie trafiłem do PlusLigi. Myślę, że moja droga może być pewną wskazówką dla młodych zawodników - nie ma jednej ścieżki prowadzącej na najwyższy poziom. Jeśli ciężko się pracuje i konsekwentnie dąży do celu, można go osiągnąć różnymi drogami.
Pana pierwszym trenerem przez wiele lat był właśnie tata. Czy był wymagający?
- Zazwyczaj w siatkówce jest tak, że jeśli ktoś gra na wysokim poziomie, to często ma w rodzinie kogoś, kto też uprawiał ten sport. I to wcale nie wygląda tak, że ojciec odpuszcza - wręcz przeciwnie, potrafi jeszcze bardziej "dokręcić śrubę", żeby pomóc osiągnąć wyższy poziom.
Bywały trudne momenty, bo żeby coś osiągnąć w sporcie, trzeba naprawdę ciężko pracować. Zdarzało się, że na treningach pojawiały się łzy, bo wymagania były duże. Ale to wszystko przyniosło efekty. Jestem mu bardzo wdzięczny za to, co mi dał - tak naprawdę to dzięki niemu mam fundamenty, na których mogłem budować swoją karierę. Uważam, że mając ojca-trenera, wcale nie jest łatwiej - często jest wręcz trudniej, bo on wie, że może wymagać więcej i robi to z myślą o długofalowych korzyściach
Czy jest jakaś rada od taty, która szczególnie zapadła panu w pamięci?
- Trudno wskazać jedną konkretną radę, bo to raczej był proces ciągłego powtarzania pewnych rzeczy, zwłaszcza w młodym wieku. To nie były tylko kwestie mentalne czy psychologiczne, ale też bardzo konkretne wskazówki techniczne. Z takich prostych, ale ważnych rzeczy pamiętam, jak mówił mi: "po drugiej stronie siatki też są ludzie - mają dwie ręce i dwie nogi, tak jak ty". To pomagało budować pewność siebie. Poza tym nieustannie zwracał uwagę na detale techniczne. Teraz, kiedy sam pracuję z młodymi zawodnikami, widzę, jak łatwo zapominają o podstawach. Dlatego jestem mu wdzięczny, że nigdy nie odpuszczał i konsekwentnie korygował moje błędy - to właśnie dzięki temu mogłem dojść do poziomu, na którym jestem.
Jak pan wspomniał, kolejnym etapem była Francja, gdzie się pan wychował. Czy rodzice dbali o naukę języka polskiego i poczucie związku z Polską?
Zawsze, gdy ktoś pyta mnie o narodowość, odpowiadam, że jestem Polakiem wychowanym we Francji. Moi rodzice są Polakami - wyemigrowali, gdy tata dostał kontrakt w 1990 roku. W domu panowała typowo polska atmosfera - obchodziliśmy Wigilię, pielęgnowaliśmy tradycje i byliśmy wychowywani w duchu chrześcijańskim. Te polskie korzenie były więc bardzo silne
- Dodatkowo razem z moją siostrą, która jest ode mnie starsza o osiem lat, chodziliśmy do szkoły międzynarodowej w okolicach Paryża. Oprócz standardowych zajęć mieliśmy tam także dodatkowe lekcje - cztery godziny języka polskiego tygodniowo oraz dwie godziny historii. To bardzo mi pomogło w nauce języka, bo samo używanie go w domu to jedno, ale jednak kontakt ze szkołą i systematyczna nauka są równie ważne, żeby naprawdę dobrze go opanować
Kolejnym etapem były Stany Zjednoczone, gdzie łączył pan treningi ze studiami. Jaki kierunek pan ukończył?
- Studiowałem inżynierię mechaniczną i ukończyłem studia na poziomie licencjackim. W Stanach wygląda to tak, że po licencjacie można iść na studia magisterskie, ale nie jest to konieczne, bo już po tym etapie można podjąć pracę. Ja zdecydowałem się zakończyć edukację na tym poziomie i potem przyjechałem do Polski, ponieważ miałem już oferty gry w PlusLidze.
Czy siatkówka w Europie bardzo różni się od tej, której doświadczył pan w Stanach - pod względem poziomu, podejścia i zainteresowania?
- Już porównując Francję i Polskę, widać dużą różnicę - w Polsce siatkówka jest zdecydowanie bardziej na pierwszym planie, szczególnie jeśli chodzi o rozgrywki ligowe. To przekłada się na większe zainteresowanie, poziom i ogólną jakość ligi. Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, to funkcjonuje tam zupełnie inny system, oparty na sporcie uniwersyteckim. To trochę inny poziom gry - zawodnicy często są bardzo dobrze przygotowani fizycznie, ale technicznie wciąż się rozwijają. W USA większym zainteresowaniem cieszy się siatkówka kobieca, natomiast w Europie większą popularność ma siatkówka męska. To po prostu dwa różne światy i dwa różne modele funkcjonowania sportu.
Teraz wraca pan do Stanów - czy będzie pan pracował na podobnym, uniwersyteckim poziomie?
- Tak, będę pracował na uniwersytecie, na którym sam studiowałem, czyli na Ohio State University.
To była pana inicjatywa czy wspólna decyzja stron?
- To była wspólna decyzja. Trener, który obecnie prowadzi zespół, był moim asystentem w czasie, gdy tam grałem. Zawsze powtarzał, że kiedy będę gotowy, drzwi będą dla mnie otwarte. W tym roku pojawiła się też konkretna możliwość, ponieważ jeden z trenerów zdecydował się podjąć pracę gdzie indziej. Dzięki temu zwolniło się miejsce i mogłem dołączyć do tego projektu.
Nicolas Szerszeń o grze w reprezentacji Polski: "Bóg miał inne plany dla mnie"
Czy w pana karierze duże znaczenie miała zmiana federacji z francuskiej na polską?
- Przez pewien czas się nad tym wahałem, ale ostatecznie podjąłem tę decyzję. Nie patrzyłem na to wyłącznie przez pryzmat reprezentacji, tylko bardziej profesjonalnie. Grając jako Polak, otwierałem klubowi możliwość zakontraktowania dodatkowego obcokrajowca. Tak naprawdę była to decyzja podyktowana właśnie tym aspektem - żeby nie zajmować miejsca dla zagranicznego zawodnika, skoro mogłem występować jako Polak. Za tym idą też kontrakty i większe możliwości gry.
Spędził pan wiele sezonów w PlusLidze. Czy nie kusiło pana, żeby spróbować sił za granicą?
- Oferty z zagranicy się pojawiały, ale nigdy nie były na takim poziomie jak te z PlusLigi. A trzeba pamiętać, że PlusLiga to jedna z najlepszych lig na świecie. Dlatego, szczególnie po zmianie federacji i inwestycji w rozwój kariery w Polsce, nie było dla mnie zbyt opłacalne, żeby wyjeżdżać.
Było wiele pięknych chwil w polskiej lidze, ale czy czuje pan niedosyt, że nie udało się zagrać w reprezentacji Polski?
Tak, to na pewno było jedno z moich największych marzeń - zagrać z orłem na piersi. Natomiast przy tej całej decyzji i w tym momencie życia, w którym jestem, zdałem sobie sprawę, że Bóg miał inne plany dla mnie. Teraz idę w drugą stronę i według mnie to wszystko miało swoje znaczenie i wszystko w życiu jest według planów Boga. Może za rok okazać się, że ta droga nie jest tą, którą dla mnie przewidział ale wierzę głęboko, że wszystkie kontuzje i wyzwania, które spotkały mnie na drodze, miały swoje znaczenie i doprowadziły mnie do miejsca, w którym teraz jestem. To właśnie pozwoliło mi podjąć decyzję
Na koniec - czego można panu życzyć na najbliższe lata?
- Na pewno oswojenia w trenowaniu, bo to będzie zupełnie nowy świat. Na początku czeka mnie okres adaptacji, żeby dobrze odnaleźć się w nowej roli. A poza tym - przede wszystkim zdrowia i czasu z rodziną, bo to jest dla mnie w życiu najważniejsze.














