Potężny ból, kibice polskiej kadry zamarli. As Nikoli Grbicia: Jestem pechowcem, mocniej mnie trafiło
- Zdrowie jeszcze nie jest w stu procentach takie, jak powinno. Na pewno jeszcze czekają mnie kontrole, żeby upewnić się czy zielone światło do treningów i grania w pełnym wymiarze przyjdzie za kilka dni. Czy niestety później - mówi w rozmowie z Interią Paweł Zatorski, wicemistrz olimpijski z Paryża, który wciąż "liże rany" po turnieju życia, a przed startem sezonu klubowego w barwach Asseco Resovii Rzeszów. Spotkaliśmy się przy okazji turnieju towarzyskiego w Krośnie, w którym triumfowała drużyna ze stolicy województwa podkarpackiego.

Artur Gac, Interia: Ostatnio widzieliśmy się na igrzyskach w Paryżu, teraz rozmawiamy w Krośnie, moim rodzinnym mieście. Nie tylko dosłownie zszedłeś już z największej sportowej sceny świata, "ozłocony" srebrnym medalem, do szarej codzienności?
Paweł Zatorski, libero Asseco Resovii Rzeszów: - Dla nas czymś pięknym jest, że ta codzienność po igrzyskach zupełnie nie jest szara. Widać, jak Polacy bardzo wyczekiwali tego medalu i jak wdzięczni są za to, czego zdołaliśmy dokonać. Tak że wracamy do czegoś, co kochamy. Oczywiście niektórzy z nas potrzebowali odrobinę więcej przerwy, aby zdrowotnie dojść do siebie lub jeszcze w dalszym ciągu będą jej potrzebowali. Mam nadzieję, że zaraz wszyscy w pełni zdrowi pojawimy się na boisku i po raz kolejny będziemy dawali emocje kibicom. Emocje, na jakie zasługują, bo zawsze są z nami.
Między innymi ciebie dosięgły poważniejsze problemy ze zdrowiem, które już w Paryżu spędzały nam sen z powiek. W Krośnie tylko przyglądałeś się kolegom, w trakcie meczu wykonując swoją pracę z fizjoterapeutą przy linii bocznej. Na jakim etapie jest twoja rekonwalescencja?
- Tak naprawdę dopiero dołączam do zespołu i czekam na postępy. Mam nadzieję, że na dniach będę w stanie dołączyć do drużyny w pełniejszym wymiarze. Zdrowie jeszcze nie jest w stu procentach takie, jak powinno. Na pewno jeszcze czekają mnie kontrole, żeby upewnić się czy zielone światło do treningów i grania w pełnym wymiarze przyjdzie za kilka dni. Czy niestety później.
A odczuwasz jeszcze dolegliwości? Musisz się ratować środkami przeciwbólowymi?
- W szczegóły bym się nie wdawał. Po prostu próbuję dojść do siebie zdrowotnie i wyleczyć te problemy, które rzeczywiście pojawiły się po igrzyskach w Paryżu. Tak samo, jak ja, tak również jest w przypadku wielu kadrowiczów. To jest normalny etap dochodzenia do siebie. Niektórzy w mniejszym, inni w większym stopniu. Ja jestem pechowcem, bo w tym roku trochę mocniej mnie trafiło. Liczę, że niedługo pojawię się na boisku.
Pamiętam, jak obrazowo mówiłeś o bólu, który się pojawił. Wyznałeś, że nigdy wcześniej nie spotkałeś się z taką skalą cierpienia, natomiast graliście o taką stawę, że mówiąc w przenośni wszyscy byliście gotowi "umierać" za medal.
- Tak, igrzyska są taką imprezą, gdzie każdy poświęca wszystko co ma. I każdy stara się przygotować jak najlepiej, niezależnie od perypetii zdrowotnych, które targają naszymi organizmami przed turniejem, czy w jego trakcie. Dlatego później wychodzą tego efekty, ale wszyscy wiemy, że było warto. Przez uśmiechy na twarzy i wyrazy szacunku, które otrzymujemy na każdym kroku, tym bardziej wiemy, jak warto było się poświęcać.
Skala euforii, z jaką kibice do was pochodzą, trochę przerosła wasze oczekiwania?
- Mamy to szczęście, że jesteśmy przyzwyczajeni do świetnych reakcji naszych kibiców. Czy to po mistrzostwach Europy, świata, czy wygranych w Lidze Narodów. Zawsze jesteśmy bardzo rozpieszczani i mocno doceniani przez fanów. Naprawdę dużo ciepłych słów trafia w naszą stronę, dlatego rzeczywiście spodziewaliśmy się miłego odbioru tego, co wydarzyło się we Francji. Niemniej stopień i skala tego, co się dzieje, czasami potrafi zaskoczyć, ale to tylko i wyłącznie jest bardzo miłe.
Wilfredo Leon jest jednym z tych zawodników, dla którego liczy się tylko złoty medal. Orientujesz się, czy przez wzgląd na skalę sukcesu w tym przypadku już radośniej patrzy na paryski krążek?
- Na pewno grając w finale apetyt rośnie w miarę jedzenia i chce się wygrać wszystko, co jest do wygrania. O tym marzyliśmy. Nie udało się tego dokonać, więc na pewno pojawił się chwilowy zawód, ale teraz dociera do nas, jaki to jest sukces i z tego bardzo się cieszymy.
Takie zwycięstwa, jak to w turnieju towarzyskim w Krośnie, zawsze buduje morale i cementuje zespół.
- My bardzo na spokojnie podchodzimy do turniejów towarzyskich. W tym okresie przygotowawczym mieliśmy okazję spędzić ze sobą więcej czasu. Na pewno lepiej jest wygrywać niż przegrywać, to buduje lepsze morale. Cieszymy się z tych zwycięstw, a za tydzień mamy kolejne trudne, nawet jeszcze trudniejsze spotkania towarzyskie w Lublinie. Szykujemy się, aby jak najlepiej przygotować się na inaugurację ligi.
Rozmawiał Artur Gac
Zobacz również:





![Niespodzianka w LM była blisko! Projekt uratował się w tie-breaku [WIDEO]](https://i.iplsc.com/000MBZXG5I446KE7-C401.webp)






