Polski siatkarz zastąpił kadrowicza Grbicia i nie zawiódł. A groził mu koniec kariery
Był jednym z bohaterów ćwierćfinałów PlusLigi, w świetnym stylu zastąpił kadrowicza Nikoli Grbicia, a trener nie może się go nachwalić. Mateusz Malinowski to dla Bogdanki LUK Lublin siatkarz bezcenny. Tymczasem parę miesięcy temu nie wiedział, czy będzie jeszcze w stanie grać w siatkówkę. - Pojawiły się myśli, że to nawet może być koniec kariery, operacja - mówi w rozmowie z Interia Sport atakujący mistrzów Polski. Już w poniedziałek powalczy z Bogdanką LUK w półfinale PlusLigi.

Ten sezon w Bogdance LUK Lublin stoi pod znakiem kontuzji. Długo grać nie mógł m.in. środkowy Daenan Gyimah, z urazem dłoni zmagał się Wilfredo Leon. Największe problemy dotyczyły jednak obsady pozycji atakującego.
Przez kilka tygodni trener Stephane Antiga nie miał na tej pozycji żadnego zdrowego zawodnika. I podstawowy atakujący Kewin Sasak, i jego zmiennik Mateusz Malinowski wypadli bowiem przez kontuzje. Antiga ratował się więc grą na trzech nominalnych przyjmujących - w tym systemie część obowiązków atakującego przejmował Hilir Henno.
Od kilku tygodni lubelski zespół ma już jednak zdrowego atakującego. W podstawowym składzie występuje Malinowski. I podobnie jak w poprzednich sezonach, 33-letni siatkarz nie zawodzi.
Mateusz Malinowski wyszedł z poważnych problemów. To mógł być nawet koniec kariery
Atakujący był jednym z bohaterów ćwierćfinałów z PGE GiEK Skrą Bełchatów. W obu spotkaniach atakował ze świetną skutecznością powyżej 60 procent, po drugim meczu odebrał nagrodę dla MVP zawodów. Przede wszystkim pomógł jednak wprowadzić mistrzów Polski do strefy medalowej PlusLigi.
- Patrzę na dobro drużyny. To było ważne, by zakwalifikować się do czwórki. Cieszę się, że dwa mecze z Bełchatowem skończyłem na wysokiej skuteczności, dałem drużynie dużo punktów. Ale nie zwalniam tempa, te mecze już były i trzeba się skupić na występie z Warszawą. A w meczu z nią miałem problemy. Chcę teraz zagrać lepiej, bo wiem, że potrafię - podkreśla Malinowski w rozmowie z Interia Sport.
Satysfakcja siatkarza jest tym większa, że problemy zdrowotne, z którymi się zmagał, mocno mu doskwierały. Były na tyle poważne, że Malinowski nie mógł się opędzić od najgorszych przeczuć. Tym bardziej więc docenia swoją obecną formę.
- Sam się dziwię. Ten uraz już od dawna jest ze mną. Na początku stycznia, po meczu z Roeselare, pojawiły się myśli, że to nawet może być koniec kariery, operacja. Mam już przecież swoje lata. Przez pierwszy miesiąc funkcjonowanie było bardzo ciężkie. Trudno było wrócić z tym kręgosłupem do jakiejkolwiek aktywności. Udało się dzięki jednemu panu, osteopacie, który wyciągnął mnie już z tego trzeci raz - opowiada siatkarz.
Atakujący bezcenny dla Bogdanki LUK Lublin. "To luksus"
Problemy z kręgosłupem po raz pierwszy dopadły bowiem Malinowskiego cztery lata temu, gdy zaczynał swoją przygodę w Bogdance LUK Lublin. Powtórzyły się przed rokiem, po wyjeździe do Francji na mecz Pucharu Challenge.
To właśnie niekomfortowe ułożenie ciała w trakcie podróży wzmaga problemy Malinowskiego. Tak źle, jak w tym sezonie, dotąd jednak nie było.
- Trzeba było zmienić cały system treningowy, ćwiczenia na siłowni. I jednak udało się wrócić. Cieszę się z każdego momentu na boisku, bawię się grą, sprawia mi przyjemność. Bo wiem, że trzy miesiące temu nie mogłem nawet włożyć naczyń do zmywarki, potrzymać w rękach dziecka czy sprawnie wstać z kanapy. A teraz jestem w stanie grać na wysokim poziomie. Tym bardziej mnie to motywuje - podkreśla Malinowski.
A jego obecność na boisku okazała się dla Bogdanki bezcenna. Bez Malinowskiego i Sasaka, który z kolei walczył z poważnymi problemami z barkiem, kłopotliwe dla drużyny Antigi było nawet skompletowanie składu tak, by pamiętać o limitach trzech obcokrajowców na boisku.
Malinowski pomógł temu zaradzić i błysnął formą na pełnym dystansie meczowym. Już wcześniej wiele razy pomagał drużynie z rezerwy, zwłaszcza w polu zagrywki.
Nic dziwnego, że francuski szkoleniowiec Bogdanki LUK nie może się go nachwalić.
Jest świetnym zawodnikiem, to przyjemność z nim pracować. Nie boję się, by wchodził i grał. Wiele razy dawał coś zespołowi, ratował drużynę. Mieć takiego zawodnika to luksus
A klub docenił atakującego nową umową. Przedłużenie kontraktu ogłosił już w grudniu.
Mistrzowie Polski walczą o obronę tytułu. Na drodze PGE Projekt Warszawa
Malinowski może okazać się bardzo ważny również w półfinałach PlusLigi. I to mimo że po ostatnich meczach gotowość do gry deklarował już Sasak, którego zastępuje w wyjściowej szóstce.
Przeciwnikiem lubelskiej drużyny po raz kolejny będzie PGE Projekt Warszawa. Drużyna ze stolicy przegrała w tym roku u siebie z mistrzami Polski w PlusLidze, ale potem wyeliminowała Bogdankę LUK z Ligi Mistrzów. Najpierw wygrała ćwierćfinał w hali Torwar, a potem dwa decydujące sety w Lublinie. I zamknęła przed Lublinianami drogę do turnieju finałowego w Turynie.
- Mamy teraz czas, by zaleczyć mikrourazy i porządnie potrenować. Mamy 14, nawet 15 zawodników do dyspozycji. Jakość treningu jest lepsza i mam nadzieję, że forma będzie szła w górę. Szczególnie, że w kwietniu gramy mecze właściwie co tydzień. Mamy czas, by odpocząć, potrenować w pełnym składzie, co się nie zdarzało od grudnia. Projekt w meczach z nami zagrał bardzo dobrze taktycznie, bardzo mądrze. U nas ta siatkówka wygląda troszeczkę inaczej, bazujemy jednak na sile. Zmienimy trochę naszą grę, nasze podejście. Będziemy lepiej przygotowani fizycznie do tych pojedynków - zapowiada Malinowski.
Pierwsze spotkanie półfinałowe PGE Projekt Warszawa - Bogdanka LUK Lublin już w poniedziałek w stolicy. Rywalizacja toczy się do dwóch zwycięstw, transmisje meczów w Polsacie Sport.
Damian Gołąb














