Reklama

Reklama

Polska Siatkówka - 20 lat potęgi

Niedzielny sukces drużyny Grupy Azoty ZAKSA Kędzierzyn-Koźle to nie przypadek. To efekt dwudziestoletniej, ciężkiej pracy setek, często anonimowych osób, które jakieś 25 lat temu uwierzyły w coś, co wtedy wydawało się niemożliwe. Ludzi, którzy uznali, że można polską siatkówkę podnieść z samego dna, którego symbolem był udział naszej męskiej reprezentacji w Igrzyskach Olimpijskich w Atlancie w 1996 roku. Zagraliśmy tam pięć meczów. Wszystkie przegrane. W całym turnieju wygraliśmy ledwie jednego seta. Gorzej już być nie mogło. Siatkówka leżała wtedy na łopatkach pod każdym względem.

Zamiast uklepać ziemię na tym siatkarskim grobie znalazło się Polsce kilka osób, które miały w głowie odważny plan. Plan, jak powoli, nie od razu, przywrócić naszej ukochanej grze blask z połowy lat siedemdziesiątych. Złotych lat, kiedy to polska, męska reprezentacja była mistrzem świata i mistrzem olimpijskim, a drużyna Płomienia Milowice najlepszym klubem w Europie. W tej grupie zapaleńców byli i starzy, i młodzi. Był m.in. raczkujący w środowisku, ledwie po studiach, dzisiejszy prezes Polskiej Ligi Siatkówki - Artur Popko, ale był też, zawsze pozytywnie inspirujący otoczenie legendarny Hubert Wagner.

Reklama

"I jedno, i drugie marzenie się spełniło"

Pamiętam te czasy doskonale, bo byłem bardzo blisko tych zjawisk i jak nikt doceniam ogrom pracy wykonanej później przez tych ludzi. Wiem też, jak trudną drogę trzeba było przejść, od juniorskiego złota drużyny Irka Mazura podczas MŚ w Bahrajnie w 1997 roku, żeby dożyć później wielkich radości pierwszych dwudziestu lat XXI wieku, z finałami MŚ w Polsce z 2014 roku na czele. Ile wtedy trzeba było wysiłku, determinacji i cierpliwości, aby uwierzyć, że kiedyś siatkówka może być w polskiej telewizji ważniejsza od piłki nożnej, skoków narciarskich, lekkoatletyki, żużla czy koszykówki. Wtedy wydawało się to niemożliwe. Tak samo jak to, że kiedyś będziemy w Unii Europejskiej, że będzie Strefa Schengen, swoboda podróżowania, osiedlania się i pracy. A jednak udało się. I jedno, i drugie marzenie się spełniło.

Dzisiaj młodym Czytelnikom, ale i wielu młodszym dziennikarzom, którzy nie widzieli, co stało się z polską siatkówką po erze Tomka Wójtowicza, Ryśka Boska czy Edwarda Skorka może wydawać się, że tak było zawsze i to co mamy dzisiaj zwyczajnie nam się "należy", ale zapewniam, że tak nie jest. To, czego doczekaliśmy, to efekt gigantycznej, konsekwentnej  pracy, całych dekad wielkiej determinacji i żelaznej dyscypliny. Dlatego dziwie się, że ta znakomita i skuteczna robota ostatniego ćwierćwiecza znajduje dzisiaj krytyków wśród niektórych dziennikarzy, i co grosza, wśród ludzi ze środowiska siatkarskiego. Z samej "Jaskini Lwa" słychać pojękiwania, że coś można zrobić lepiej. Oczywiście, zawsze można i nawet trzeba coś poprawić, ale na Boga - zawsze trzeba trzeźwej oceny w jakim miejscu jest polska siatkówka. A zapewniam - dzisiaj jest w miejscu znakomitym.

Nie tylko jest bardzo, wręcz - jak nigdy wcześniej poważana na arenie międzynarodowej, ale co zdecydowanie ważniejsze - ma bardzo solidne, krajowe fundamenty. Szczerze zazdroszczą tego inne dyscypliny sportu, bo która z nich nie chciałaby mieć tylu możnych sponsorów i wieloletnich kontraktów z poważnymi telewizjami. Każda chciałaby, ale nie każda to ma. Wystarczy spojrzeć jak to jest z polskim, klubowym futbolem, koszykówką, hokejem na lodzie czy piłką ręczna. Są w zupełnie innym miejscu. I o ile w koszykówce wyraźnie widać zmiany na lepsze, to reszta ma swoje poważne kłopoty z przebiciem się do europejskiej elity. A dlaczego tak jest? Bo za wszystkim stoją konkretni ludzie. Ich morale, talenty i determinacja w dążeniu do wyznaczonego celu.

Niedawny wyjazd do Lublany na tak radosny dla nas, finałowy mecz tegorocznej Ligi Mistrzów był okazją do swoistej retrospekcji i przeglądu tych zacnych postaci, spotkanych tym razem w jednym miejscu. Przeciętny kibic nawet nie wyobraża sobie, jak wiele ich jest, i że pracują na rzecz polskiej siatkówki od lat całkowicie anonimowo. Anonimowo, bo to nie są trenerzy, zawodnicy, ani nawet działacze PZPS-u, czy PLS-u. No bo kto słyszał o samorządowcach - Krzysztofie Kowalu z Krakowa, Ewelinie Kajzerek z Katowic czy Andrzeju Trojanowskim z Gdańska? Kto wie kim jest Adam Burak z Orlenu, albo Edyta Szymańska z Plusa oprócz ludzi z branży? Niewielu. A szkoda, bo to są takie same filary polskiej siatkówki jak Artur Popko, Mirek Przedpełski, Jacek Kasprzyk czy Sebastian Świderski. I to także im zawdzięczamy, że polska siatkówka jest dzisiaj rzeczywistą światową potęgą.

A że jest, świadczą nie tylko seryjnie zdobywane medale największych imprez międzynarodowych, ale i to, że do gry i trenowania w PLS i LSK garną się największe światowe nazwiska. O prestiżu i zaciętej walce o fotel trenera polskich reprezentacji już nie wspomnę, bo to od co najmniej 2006 roku zupełna oczywistość. Bardzo dobrym sygnałem jest również to, że do gry w PLS aplikują od lat zespoły z krajów ościennych: Recycling Union Berlin i Barkom Kazany Lwów. Ten ostatni, po pięcioletnich staraniach rozpocznie jesienią grę w PLS. Na razie, z powodu wojny na Ukrainie, w gościnnych halach Krakowa. Jego właściciel i prezes w jednej osobie  - Oleg Baran to człowiek, który dawno temu pokochał siatkówkę, a kiedy zapytałem go, dlaczego tak długo zabiegał o grę w Polsce, odpowiedział krótko - "Chcesz być lepszy? To musisz grać z najlepszymi!". Czy może być większy komplement dla jakości polskiej ligi, niż taka opinia usłyszana z ust obcokrajowca?

Na drugim biegunie informacji świadczących o tym, że polska siatkówka ma się dzisiaj bardzo dobrze jest popyt na naszych trenerów, zawodników i schematy organizacyjno - szkoleniowe za granicą. I nie chodzi nawet o Michała Winiarskiego i jego ekipę, opiekującą się od niedawna męską reprezentacją Niemiec, czy naszych graczy, na których zarzucają sieci najbogatsze kluby Europy i świata. Chodzi o sygnały z pozoru błahe, ale znaczące, jak choćby działalność naszego polonijnego klubu IBB Polonia Londyn, wielokrotnego mistrza Anglii. Oczywiście - jest to obszar dla rozwoju siatkówki bardzo egzotyczny, ale bardzo cieszy fakt, że Polacy kontrolują wszystko, co się tam dzieje. Rozmawiałem o tym długo w Lublanie, z prezesem Polonii Bartkiem Łuszczem i wiem, że jego plany nie ograniczają się tylko do rynku brytyjskiego. Jego klub od lat wzorowo współpracuje ze Skrą Bełchatów, od niedawna gra w Lidze Mistrzów i powoli daje znać działaczom CEV, że ta "ziemia niczyja" niebawem może zacząć przynosić pierwsze plony europejskiej siatkówce.   

Konkludując więc ten długi, historyczny wywód, dedykuję go wszystkim malkontentom. Tym starym i młodym. I parafrazując klasyka pytam ich: Jeśli jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze?!

Reklama

Reklama

Reklama