Reklama

Reklama

PlusLiga. Michal Masny o sportowej długowieczności

Występujący w polskiej ekstraklasie siatkarzy 13. sezon 40-letni Michal Masny uważa, że recepta na sportową długowieczność jest prosta. - Trzeba ciężko pracować i trochę o siebie dbać. To wszystko- – powiedział rozgrywający Aluronu Virtu CMC Zawiercie.

"Nie da się zaplanować, że będzie się grało do "30" czy "40". W życiu sportowca bywa różnie. Jeden moment może wszystko zepsuć i zatrzymać" - wspomniał urodzony w słowackiej Żylinie zawodnik, który w październiku otrzymał polskie obywatelstwo.

"Myślałem o tym wcześniej, oczywiście taka decyzja jest również związana z grą w polskiej lidze. Chodzi o to, żebym nie zabierał w miejsca w limicie obcokrajowców" - przyznał siatkarz mający żonę Polkę.

Uważa, że różnica między życiem na Słowacji i w Polsce nie jest duża.

Reklama

"Jesteśmy Słowianami, poza tym mieszkamy wszyscy w Unii Europejskiej. Wyprażany ser co prawda zdarza się tu w restauracjach rzadko, ale to potrawa na tyle łatwa do przyrządzenia w domu, że można sobie z tym problemem poradzić" - zauważył z uśmiechem były reprezentant Słowacji.

Zauważył, że czas potrzebny rozgrywającemu na wypracowanie zrozumienia z resztą drużyny bywa różny.

"To bardzo indywidualna sprawa. Z jednymi można grać po pięciu minutach wspólnego treningu, z innymi, by złapać dobry kontakt i grać "na ślepo" potrzeba dużo czasu. Bywało tak, że od pierwszego wspólnego treningu wszystko było jasne, a czasem pół sezonu robiliśmy jeszcze dodatkowe rzeczy po zajęciach i ciągle podczas meczów nie funkcjonowało to tak, jak powinno" - tłumaczył "Miśkin".

Dodał, że każdy z kolegów wie, jaką ewentualnie piłkę od niego dostanie wystawioną.

"Ale o tym, czy ją dostanie, decyduję ja. Staram się zawsze obserwować to, co się dzieje po drugiej stronie siatki i odpowiednio reagować, wybierać najlepsze rozwiązanie" - wspomniał siatkarz występujący w Aluronie drugi rok.

Jak przyznał, pod początku z żoną dobrze się czują w tym mieście.

"Zaskoczyła nas uprzejmość spotykanych ludzi. Wszyscy zawsze z uśmiechem z nami rozmawiają, a to - niestety - nie jest dziś takie powszechne. O klubie nie ma co mówić, wszyscy wiedzą, że wszystko działa tu jak należy. Atmosfera w hali i kibice są super" - dodał.

Prowadzeni przez australijskiego trenera Marka Lebedewa zawiercianie w poprzednim sezonie zajęli dość niespodziewanie czwarte miejsce w PlusLidze.

"Nie czujemy jakiejś szczególnej presji, że teraz musi być medal. Powiedzieliśmy sobie, że chcemy w każdym meczu ugrać jak najwięcej, a najważniejsze, by zakwalifikować się do play off, czyli być w ósemce" - podkreślił.

Jego zdaniem słabszy okres w lidze trudniej w tym sezonie przezwyciężyć z racji napiętego terminarza.

"Na wyjście z kryzysu potrzeba czasu i treningów, a my bardzo często gramy. I to w trakcie meczów trzeba rozwiązywać to, co nie działa. Czasem słychać jakieś złe głosy wokół, kiedy źle gramy. Trzeba to przetrwać i poczekać na play off" - wskazał.

Zawiercianie występują w ekstraklasie trzeci sezon. W swojej niewielkiej hali kibice od początku zapewniają drużynie niezwykle gorący doping.

"Oni naprawdę potrafią zrobić niezły hałas i świetną atmosferę. Grałem tu przeciwko drużynie z Zawiercia i wiem, że ta hala to duży atut gospodarzy" - zakończył ze śmiechem Masny.

Do Zawiercia ściągnął go w maju 2018 trener Lebedew, z którym pracował w Jastrzębiu. Australijczyk pytany po zakończeniu poprzednich rozgrywek, czy za prowadzenie gry "Jurajskich Rycerzy" nadal będzie odpowiadał Masny, stwierdził krótko: "Byłbym wariatem, gdybym nie chciał go zatrzymać".

Autor: Piotr Girczys


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy