Reklama

Reklama

PlusLiga. Dariusz Gadomski, prezes Trefla Gdańsk: Nie chować się za filarem

Na starcie siatkarskiej PlusLigi, prezes Trefla Dariusz Gadomski ujawnia sekret sprowadzenia Mariusza Wlazłego nad morze, mówi o wpływie koronawirusa na siatkarski rynek, o medalu dla Andrei Anastasiego i o szczęściu.

Maciej Słomiński, Interia: Już w XVI wieku Jan Kochanowski pisał: "szlachetne zdrowie nikt się nie dowie jako smakujesz aż się zepsujesz". Jak jest ze zdrowiem u siatkarzy Trefla Gdańsk? W lipcu trafiliście na medialne czołówki z powodu zarażeń COVID-19 w drużynie. Z tego powodu przełożyliście też pierwszy mecz w startującym sezonie PlusLigi - z Asseco Resovią.

Dariusz Gadomski, prezes zarządu Trefla Gdańsk: - Teraz na szczęście jest już w porządku. A wracając do wydarzeń z końcówki lipca - najpierw gorzej poczuł się jeden z zawodników. Reszta drużyny wówczas normalnie trenowała jeszcze przez trzy dni, nikt nie podejrzewał koronawirusa. Siatkarz, który gorzej się czuł został odizolowany od zespołu, kurował się w domu. Jednak po dwóch-trzech dniach, gdy jego stan się nie poprawiał, postanowiliśmy go zbadać również w kierunku zakażenia koronawirusem. Gdy otrzymaliśmy dodatni wynik testu, a treningi zostały od razu przerwane, u żadnego innego zawodnika nie występowały objawy. Zaczęły się po 1-2 dniach, czyli chłopacy zarażali się od siebie podczas tych trzech dni treningów. Można powiedzieć, że poszło to u nas taśmowo. 13 zawodników i trzech członków sztabu zostało zakażonych. Byliśmy przypadkiem, na którym reszta kraju się uczyła i wciąż uczy.

Reklama

Mojżesz szedł przez pustynię 40 dni, a wasz rozgrywający Marcin Janusz spędził tyle czasu na kwarantannie.

- Wynikało to z tego, że zawodnicy musieli otrzymać dwa ujemne wyniki testów kontrolnych z rzędu, by zostali zwolnieni z izolacji domowej. U Marcina choć objawy ustąpiły po kilku dniach, wirus cały czas się utrzymywał w organizmie. Oczywiście zawodnicy w miarę możliwości trenowali w domach. Dostali pulsometry, a także sztangi i hantle - podstawowy sprzęt, by mogli podtrzymywać formę. To są zawodowcy, gdy tylko dowiedzieli się, że mogą ćwiczyć, nie trzeba było ich pilnować ani zachęcać. Gdy Marcin pojawił się w klubie wszyscy byli pod wrażeniem w jak dobrej jest formie. Odbijać palcami się nie zapomina.

Czy można mówić o celach sportowych na rozpoczynający się sezon? Czy głównym celem jest dogranie go w zdrowiu?

- Zdrowie jest najważniejsze. Stąd staraliśmy się o przełożenie dwóch pierwszych meczów To, czy wygrywamy czy nie - to będzie sprawa drugorzędna. Ciężko jest teraz ocenić nasze możliwości. Zagrajmy najpierw kilka meczów, nadróbmy stracony czas. W październiku usiądziemy z trenerem i będziemy mogli określić cele. Z uwagi na sytuację, która nas spotkała pierwszy mecz ligowy w Radomiu traktujemy jako jednostkę zamykającą okres przygotowawczy. Okoliczności nie sprzyjają całkowitemu naładowaniu akumulatorów, więc będziemy je docierać w boju. Liga na pewno będzie zwariowana. Zgodnie z planowanymi procedurami, jeśli pojawiłby się w drużynie przypadek koronawirusa, zarażony zawodnik będzie wypadać ze składu. Miejmy nadzieję, że takich przypadków będzie jak najmniej. Pewne jest, że musimy grać. Drugiej przerwy w graniu i niedokończenia rozgrywek jak w poprzednim sezonie, niektóre kluby mogą nie przetrwać.

Czy można zatem wskazać faworytów PlusLigi?

- Patrząc na składy można próbować. Na myśl przychodzą mi od razu ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, Jastrzębski Węgiel, Verva Warszawa. Asseco Resovia chce wrócić do czołówki. Poza tym silne mogą być Zawiercie, Radom. Wymieniłem połowę ligi, nie wspominając o Skrze i o nas, a może się jeszcze okazać, że drużyny na papierze słabsze będą zdrowe i to one sprawią niespodziankę.

Jak będą wyglądały, barwne i głośne zwykle ligowe trybuny siatkarskie?

- Dozwolone jest 50-procentowane zapełnienie hali, czyli zajęte będzie co drugie miejsce. Po korytarzach trzeba będzie przemieszczać się w maseczkach, na widowni nie ma tego obowiązku, jednak będziemy rekomendować zakrywanie ust i nosa. Strefa boiska będzie całkowicie odcięta od trybun, więc oczywiście mniej atrakcji będzie się działo wokół parkietu, ale postaramy się je zastąpić innymi aktywnościami dla kibiców.

Ilu widzów się spodziewacie na waszych meczach?

- Nigdy nie narzekaliśmy na frekwencję, na nasze mecze przyjeżdżali kibice z całego województwa. Na dziś jest to wielka niewiadoma. Pierwszy mecz, który zagramy 25 września, w piątek o 20.30 z Cuprum Lubin, z uwagi na godzinę, nie będzie właściwym miernikiem.

Czy to dlatego, że będzie transmisja telewizyjna?

- Wszystkie mecze będą w sportowych kanałach Polsatu. Od samego początku ta stacja postawiła na siatkówkę, uwierzyła w naszą dyscyplinę. Od Ligi Światowej przez mistrzostwa świata w Japonii Polacy pokochali siatkę. Prawdziwym testem frekwencji będzie mecz z PGE Skrą Bełchatów, która wszędzie przyciąga tłumy. 14 października w Ergo Arenie Mariusz Wlazły stanie po raz pierwszy naprzeciw swej byłej drużynie.

Wlazły po wielu latach odszedł z Bełchatowa, ze Skrą był praktycznie zrośnięty. Jak tego dokonaliście, że dziś jest w Treflu?

- Mariusz był w Skrze 17 lat. Podjął decyzję o opuszczeniu Bełchatowa. Nie chodziło o pieniądze, te były na ostatnim miejscu. Miasto, hala, w której gramy, to jest droższe od pieniędzy i nasz dodatkowy atut. Gdańsk daje tyle pozytywów, że czasem siatkarze przychodzą do nas grać za niższe kwoty.

Na pewno argumentem dla Wlazłego była osoba trenera Trefla, Michała Winiarskiego.

- Na zgrupowaniach kadry mieszkali w jednym pokoju, są praktycznie rówieśnikami, dzieli ich miesiąc. W efekcie rozmów z Michałem, Mariusz jest u nas i z tego, co widzę, jest mu tutaj dobrze. Jego syn trenuje w jednej z naszych drużyn młodzieżowych, poszedł do klasy sportowej. Zyskaliśmy ogromną wartość marketingową, a myślę, że i na boisku Mariusz pokaże wielką formę.

Rezydujący z wami po sąsiedzku, Marcin Stefański, trener koszykarzy Trefla Sopot mówił, że pandemia nie pozwoliła mu zakontraktować 2-3 dobrych koszykarzy. Partnerzy biznesowi musieli ciąć koszty co odbiło się na wsparciu dla sportu. Jak mocno koronawirus wstrząsnął rynkiem siatkarskim?

- Pensje zawodników polskich utrzymują się na stałym poziomie, za to wynagrodzenia siatkarzy zagranicznych poleciały w dół. Na przykład Bułgar Nikołaj Penczew ostatecznie podpisał kontrakt w Cuprum Lubin. Zawodnik wcześniej żądał zapewne sporo większych pieniędzy, ale gdy liga startuje, a on pozostawał bez klubu, prawdopodobnie musiał zejść z oczekiwań. Tak się domyślam, a z pewnością mogę mówić za siebie - Trefl Gdańsk ma skład taki jak planował.

Jaka jest rola menedżerów w siatkówce? Czy jest tak jak w futbolu, że właściwie nie musicie szukać zawodników, bo agenci sami ich wam proponują?

- Trochę tak jest. Na pewno jednak rynek jest mniej zepsuty niż w futbolu, bo są tu mniejsze pieniądze i mniej układów. Jest też większa konkurencja niż w siatkówce kobiecej, gdzie praktycznie dwa podmioty podzieliły rynek między siebie. Są sytuacje, gdy menadżerowie są potrzebni. Odegrali dobrą rolę po wybuchu pandemii, gdy wykazali zrozumienie wobec trudnej sytuacji klubów. Jestem pewien, że gdyby przyszło nam rozmawiać bezpośrednio z zawodnikami, efekty byłby gorsze. Nie jest więc tak, że menadżerowie stanowią zło wcielone w siatkówce. My budujemy drużynę bez patrzenia na agentów, tak robił trener Andrea Anastasi, tak robi trener Michał Winiarski.

Czy kluby ligi siatkówki zmagają się z finansowymi problemami?

- By wystartować w lidze wszystkie kluby muszą uzyskać licencje. Zdarzają się potknięcia i opóźnienia w płatnościach. Sami jesteśmy tego przykładem, ponieważ trzy lata temu mierzyliśmy się z odejściem sponsora tytularnego. Pamiętam też sytuację z jednego z sezonów, gdy w połowie rozgrywek potężny sponsor tytularny jednego z klubów poinformował o zmniejszeniu kontraktu o 40 procent. Nie ma klubu idealnego. Myślę, że finansowo najbliżej ideału jest klub sponsorowany w głównej mierze z prywatnych pieniędzy - Asseco Resovia.

Która w przerwanym sezonie 2019/20 była na przedostatnim miejscu.

- W efekcie zwolniono prezesa, trenera, zawodników. Nie mnie wnikać dlaczego tak się stało. Być może postawiono na ludzi nasyconych, nie głodnych sukcesu? Atmosfera była daleka od ideału.

Jak to jest, że gracie i trenujecie z koszykarzami Trefla w jednej hali, mając siedzibę w Gdańsku, a oni w Sopocie?

- Pierwotny zamysł właściciela był taki, żeby koszykówka była w Sopocie, męska siatkówka w Gdańsku, a żeńska w Gdyni. I tak było, Trefl Gdynia awansował do ligi. Pan Kazimierz Wierzbicki chciał, by każda część metropolii trójmiejskiej miała swą reprezentację. A hala Ergo Arena położona na granicy dwóch miast zapewnia świetne warunki treningowe i meczowe i nam i koszykarzom.

Czy jest tak, że pandemia Treflowi nie straszna, bo już raz wyszliście z ostrego zakrętu organizacyjno-finansowego, gdy z nazwy klubu został zniknął "Lotos"? 

- Wówczas miesiąc przed startem ligi wyparowała blisko połowa budżetu. Zawodnicy i trenerzy stanęli na wysokości zadania przyjmując do wiadomości, że będą opóźnienia w wypłatach. Tamten czas z roku 2017 do dziś odbija się nam czkawką. Akcja crowfoundingowa "DoLEWamy do pełna" pokazała, że jest zapotrzebowanie na siatkówkę w Gdańsku, że o ten projekt warto walczyć. Wsparcie przyszło nawet z Japonii od kibiców jednocześnie dopingujących reprezentację Polski i Trefla. Nasz fan, Polak mieszkający od lat w USA, zatrudniony w Microsofcie wykupił 24-godzinny kontrakt z klubem, przyleciał do Gdańska przed Bożym Narodzeniem i przez dobę był z drużyną. Wparcie okazali też fani Skry Bełchatów, nasi fani są z nimi zaprzyjaźnieni, środowisko siatkarskie stara się wspierać siebie nawzajem. Kopanie się do niczego nie prowadzi. Chwała właścicielom, Miastu Gdańsk i Panu Kazimierzowi Wierzbickiemu, że postanowili walczyć, a mogli przecież rzucić ręcznik. Odbudowa siatkówki na Pomorzu trwałaby wówczas bardzo długo.

Trener Andrea Anastasi był w Treflu pięć lat, przez ten czas miał mnóstwo propozycji z całego świata. Jak udało się go zatrzymać? Tym pięknym widokiem na Zatokę Gdańską?

- Miał ofertę z Chin, chyba trzy razy z Iranu, także z klubów włoskich. Był nam niezwykle lojalny, zawsze mówił skąd do niego dzwonili. Nie rozmawiał za naszymi plecami, nie chował się za filarami, graliśmy w otwarte karty. Po rozstaniu ze sponsorem tytularnym zapytał czy nie będzie lepiej jakby odszedł ze względów finansowych. Gdy Andrea przyjechał do Gdańska, ujął go prezydent Paweł Adamowicz, mówiąc o historycznej otwartości portowego miasta na ludzi, na świat. Po pięcioletnim pobycie nad morzem Anastasi wspominał te słowa mówiąc o zgoła południowej naturze i otwartości gdańszczan, mimo północnego położenia. To pozwoliło mu tu zostać na aż pięć lat. Zawodnicy, którzy tu przychodzą zwracają uwagę, że tu ludzie są inni i inaczej się oddycha. Gdańsk i Andrea Anastasi dopasowali się do siebie, na pożegnanie Włoch od władza miasta dostał medal św. Wojciecha za zasługi dla lokalnego sportu.

Michał Winiarski rok temu został trenerem Trefla. Był wcześniej drugim trenerem Skry, ale to trochę tak jakby czołową ligową drużynę piłkarską objął może nie Robert Lewandowski, ale powiedzmy Kamil Glik albo Grosicki. Sporo ryzykowaliście.

- Michał spadł nam jak gwiazdka z nieba. Ciężko zastąpić Andreę Anastasiego, który był królem mediów i świetnym trenerem. Włoski szkoleniowiec nie ukrywał, że to jego ostatni rok. Podczas któregoś z meczów dostałem SMS od jednego z menedżerów: "chyba mam trenera dla Trefla". Następnego dnia zdobyłem numer Michała, porozmawialiśmy 20 minut i już wiedziałem. To się słyszy. Gdy zatrudnialiśmy Anastasiego na rozmowy przyjechał Serb Zoran Gajić, był Włoch Andrea Gardini. Anastasi miał ten błysk w oku, ten sam, który widzę dziś u Michała Winiarskiego. O Michała pytałem m.in. Anastasiego, ten nie myślał nawet sekundy: "Bierz w ciemno". Michał ma swój pomysł na siatkówkę.

Siatkarski Trefl obchodzi w tym roku 15-lecie. Ze względu na czas pandemię hucznych obchodów zapewne nie będzie, ale chciałem spytać o największy sukces w historii klubu.

- Ludzie, których udało nam się udało zgromadzić przy Treflu. To ludzie są sukcesem. Jeżdżę po Polsce, spotykam się z prezesami innych klubów i wszędzie słyszę, że mamy najlepszy marketing w krajowej siatkówce. Poza tym mamy szczęście. Fortuna nam sprzyja w doborze trenerów. Postawiliśmy na Andreę Anastasiego, gdy nie brakowało głosów wątpiących czy sobie poradzi w siatkówce klubowej. Włoski szkoleniowiec okazał się złotym strzałem, pokazał kierunki, w których ma iść nasz klub. Jego godnym następcą został Michał Winiarski, zaliczył dobry początek, ma wiele do udowodnienia, ale już wiem, że jego osiągnięcia trenerskie mogą przebić zawodnicze. Każdy w klubie oddaje siebie, każdy go czuje. To jest to szczęście - odpowiedni ludzie trafili na siebie w odpowiednim czasie. Dokonujemy dobrych wyborów, bo rozmawiamy. To szczęście, któremu trzeba pomóc. Mimo różnych zawirowań od lat spadamy na cztery lwie łapy. Celowo nie mówię o sukcesach sportowych, bo w sporcie jak w życiu, raz na wozie raz pod. Sukcesem jest trenująca młodzież, od początku było to marzeniem właściciela, by miejscowi zawodnicy przebijali się do składu w koszykówce i siatkówce. Dzieje się to na naszych oczach. W 15-osobowej kadrze Trefla jest czterech wychowanków.

A czego się przez te 15 lat nie udało? Brak wam mistrzostwa kraju.

- Raz zdobyliśmy srebro, w 2015 roku wicemistrzostwo było dla nas ogromnym sukcesem. W półfinale pokonaliśmy Skrę Bełchatów, to była sensacja. Na mecze z nią chodziło po 10 tysięcy widzów. Na finał z Resovią zeszło już z nas ciśnienie. Był to ten wyjątkowy moment, że i mistrz Polski, i srebrni medaliści byli w siódmym niebie. Nikt się nie spodziewał, że drużyna złożona przez Anastasiego z graczy, o których nie mówiło się wtedy w kategorii topowej, jak Wojtek Grzyb z Rzeszowa, Piotr Gacek z ZAKS-y, amerykański atakujący Troy Murphy zajdzie tak daleko. Czas na krajowe mistrzostwo jeszcze przyjdzie. W poprzednim roku byliśmy najlepszym polskim klubem pod względem szkolenia młodzieży. Małymi krokami do celu.

Dziś w składzie jest jeden zawodnik z tamtego wicemistrzowskiego składu.

- Mateusz Mika. Największe sukcesy Trefla wiążą się z nim, drugie i trzecie miejsce w lidze, dwa razy Puchar Polski, raz Superpuchar. Tu się wypromował, tu ma ulubionego fizjoterapeutę, idealną opiekę medyczną. Wraca do nas i będzie ogromnym wzmocnieniem.

W 2019 roku w Lidze Mistrzów byliście o krok od "final four". Z Zenitem Kazań odpadliście dopiero po "złotym secie".

- Szkoda. Wszyscy mówią o piłce zmarnowanej przez Maćka Muzaja. Niewielu o tym, że gdyby Maciek nie zdobył tylu punktów wcześniej, to o tej szansie byśmy w ogóle nie rozmawiali. Cieszę się, że talent tego zawodnika eksplodował w Gdańsku, że też dzięki Treflowi jest gwiazdą ligi rosyjskiej i zarabia duże pieniądze.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL