Oto problem siatkarskiej Ligi Mistrzów. Polacy nie mają wątpliwości
Aluron CMC Warta Zawiercie po raz drugi z rzędu wystąpi w turnieju finałowym Ligi Mistrzów siatkarzy. Ale to nie wygrana w europejskich pucharach jest dla klubu najważniejsza. Jasno mówi o tym w rozmowie z Interia Sport prezes Kryspin Baran. - Sportowo zdecydowanie bardziej zależy nam na tym, by kiedyś zostać mistrzem Polski - podkreśla. Prezes Warty opowiada też, na jakim etapie są plany budowy nowej hali w Zawierciu i tym, co zmieniłby w Lidze Mistrzów.

Damian Gołąb, Interia Sport: Z punktu widzenia pana założeń sprzed sezonu, awans do turnieju finałowego Ligi Mistrzów oznacza, że jeden cel udało się już zrealizować?
Kryspin Baran, prezes Aluron CMC Warty Zawiercie: Mamy już zrealizowane dwa z trzech. Jeśli kontynuować moje założenie, by być w czołowej czwórce wszystkich rozgrywek, trzecie miejsce w Klubowych Mistrzostwach Świata także było "odhaczeniem" takiego celu. Zapamiętamy odpadnięcie z Pucharu Polski, na którym nam zależało, bo to bardzo ładna impreza. A my zawsze próbowaliśmy dołożyć do niej marketingowo coś nietypowego i dobrze się nią bawiliśmy. Odpadnięcie nas więc zabolało.
Ale to, że w Europie są dziś tylko dwa kluby, które dwa razy z rzędu kwalifikują się do Final Four - Perugia i my - to powód do dumy. A nie tylko potwierdzenie teoretycznych założeń. Raz może się coś udać, dwa razy to już potwierdzenie, że wykonujemy dobrą robotę.
Final Four Ligi Mistrzów jest dla was równie ważne jak awans do półfinału PLusLigi? Bo jednak brak miejsca w ligowej czwórce byłby chyba katastrofą? Pierwszy mecz ćwierćfinałowy z ZAKS-ą Kędzierzyn-Koźle niespodziewanie przegraliście.
- Tego na razie nie rozpatruję, bo wszystko jest w naszych rękach. Może to dziwne, ale jednak PlusLigę traktujemy ambicjonalnie jako ważniejszą. A Liga Mistrzów to wielka przygoda na arenie międzynarodowej, promowanie wartości klubu, sponsorów, zawodników. Ale tak sportowo zdecydowanie bardziej zależy nam na tym, by kiedyś zostać mistrzem Polski niż wygrać Ligę Mistrzów.
Skoro dwa lata z rzędu w czołowej czwórce Ligi Mistrzów to potwierdzenie pozycji klubu, można powiedzieć, że to realizacja jakiegoś większego planu, który pan rozpisał pięć czy 10 lat temu?
- Niedobrze jest siebie oceniać, tym bardziej pozytywnie. Cieszymy się, ale pierwotnie nie było aż tak rozbuchanych założeń, że chcemy osiągać takie sukcesy.
Tego, że będziemy w czwórce najlepszych zespołów na świecie i w Europie, w najśmielszych marzeniach nie zakładaliśmy. Robimy coś niesamowitego i cieszę się, że nie jest to mgnienie wiosny, jeden wystrzał, tylko utrzymujemy poziom.
Aluron CMC Warta Zawiercie przekracza marzenia prezesa. Nowa hala coraz bliżej
Ćwierćfinał Ligi Mistrzów z Cucine Lube Civitanova był sukcesem frekwencyjnym, hala w Sosnowcu się wypełniła. Ale jednak tym, czego cały czas wam brakuje, jest większy obiekt w Zawierciu. Plan już powstaje, ale czas jej budowy trzeba jakoś przeczekać. Jaki macie na to pomysł?
- W czwartek odbyło się spotkanie władz miasta z prezesem Polskiej Ligi Siatkówki Arturem Popko. W obecności projektanta, który kończy tworzyć koncepcję dla hali. Koncepcja jest bardzo uszczegółowiona, to prawie projekt hali. Prezes był pod wrażeniem przemyślanej strategii i jej układu. Natomiast wszystko teraz w rękach ligi. To ona zdecyduje o tym, czy będziemy mogli kontynuować model hybrydowy, mając już zobrazowane działanie miasta i jego szczerą komunikację - że hala powstanie, a w czerwcu bądź lipcu ma zostać ogłoszony przetarg. Myślę, że liga jest pozytywnie nastawiona do tych działań i bardzo liczę, że model hybrydowy, czyli runda zasadnicza w Zawierciu, a play-offy w Sosnowcu, zostanie utrzymany.
Ten model u was się sprawdza?
- Wydaje mi się, że tak. Ze względu na natłok kalendarza, czasami gramy w środku tygodnia, w godzinach mało atrakcyjnych dla kibiców. Nie mam więc wcale przekonania, że w środku tygodnia o godz. 17.30 będziemy w stanie zapełnić tak dużą halę, jak w Sosnowcu. To więc bardzo rozsądny model, jest troszkę uszanowaniem tradycji i zaangażowania kibiców w Zawierciu. A jednocześnie podejściem z szacunkiem do tego, że duże wydarzenia powinny się odbywać w dużych halach. Operator, partner medialny Polsat Sport jest w stanie lepiej przekazać emocje w telewizji przy grze w większym obiekcie niż u nas w Zawierciu. Jest wiele argumentów, by kontynuować ten model.
Kryspin Baran jasno o Lidze Mistrzów siatkarzy. "Z pustego trudno nalać"
Pod kątem finansowym gra w Lidze Mistrzów jest opłacalna dopiero od udziału w Final Four?
- Mniej więcej od półfinału. Wtedy finansowo udział się zwraca, a finał daje profit. W związku z tym spada już nam finansowy kamień z serca, szczególnie że Turyn, gdzie odbędzie się turniej finałowy, nie wydaje się bardzo drogim wyjazdem. Nawet jeśli będziemy myśleli o czarterze, to stosunkowo niewielka odległość w linii prostej. Jestem więc od tej strony finansowej zadowolony - że Liga Mistrzów nie będzie minusem w naszym budżecie.
Od lat mówi się, że Liga Mistrzów siatkarzy nie przystaje do tego, jak są organizowane takie rozgrywki w innych dyscyplinach sportowych. Widzi pan w Europejskiej Konfederacji Siatkówki (CEV) szansę na jakieś rychłe zmiany w tej kwestii?
- Nie będę ukrywał, że nie słyszałem o żadnych zmianach. Nie dyskutuje się o tym. Niewielu sponsorów udaje się pozyskiwać dla tego wydarzenia, ta impreza jest zwyczajnie mało komercyjnie sprzedana. Trudno więc dzielić z pustego. W tym roku CEV podjął może sportowo trochę dyskusyjną decyzję o rozpisaniu konkursu na tzw. dzikie karty, ale jeśli biznesowo to sprawiło, że więcej pieniędzy wpadło do budżetu CEV-u, być może dzięki temu ten układ finansowy się zmieni. Domyślam się, że z pustego trudno nalać. Kibicuję więc CEV-owi, żeby udało się bardziej skomercjalizować to wydarzenie.
Liga Mistrzów w obecnym formacie ma należyty prestiż?
- Bardzo demokratycznie podchodzimy do tego wydarzenia. Uznajemy, że mistrz kraju, w którym siatkówka jest na niskim poziomie, powinien mieć prawo uczestniczenia w Lidze Mistrzów. Ale to też sprawia, że jakość się trochę rozmydla.
Byłbym więc zwolennikiem, by bardziej stawiać na rywalizację sportową - by więcej miejsc miały ligi, gdzie poziom jest ewidentnie wysoki. Czyli w chwili obecnej polska, włoska, ale też czub tureckiej. Bardzo mocno gonią kluby francuskie.
Nie wymieniając żadnych nazw krajów, wiele innych powinno mieć swoje miejsce, ale w kwalifikacjach. Wtedy wywalczenie sobie udziału sprawia, że można uczestniczyć w LM z podniesioną przyłbicą. Jeśli z rozstawienia wynika, że w LM są kluby, o których od razu wiemy, że prezentują niski poziom, rywalizacja jest rozwodniona. Na pewno nie wszystkie mecze są na takim poziomie, jak graliśmy z niektórymi naszymi przeciwnikami.
Co problemy JSW Jastrzębskiego Węgla znaczą dla PlusLigi? "Pobudziły dyskusję"
Jak ogromne problemy JSW Jastrzębskiego Węgla wpływają na całą PlusLigę, na was? Kiedy tak wielka marka ma problem, zapala się lampka alarmowa? To rzutuje na ligę?
- Na szczęście nie. Nie znam szczegółów, natomiast z wiedzy ogólnej, która do wszystkich dociera, problem na końcu dotyczy klubu, a bezpośrednio partnera strategicznego, któremu klub wiele zawdzięcza. Jastrzębska Spółka Węglowa popadła w problemy finansowe. Nie widzę natomiast, by problemy tego akurat sponsora, poza mocnym tąpnięciem w jednym klubie, miały rezonować na ligę. Na pewno jednak pobudziły dyskusję dotyczącą sensu bilansowania klubowych budżetów - aby jednak starać się zapraszać szerszą grupę sponsorów, by dominujący nie tłamsili wizerunkowo innych.
Powinniśmy jednak pamiętać o tym, że każde przedsiębiorstwo jest narażone na problemy ekonomiczne. A czasem nawet chodzi o problemy makroekonomiczne, które nie są przez nie zawinione. To nie powinno jednak przekładać się na klub i jego dokonania. Nie krytykuję tej sytuacji, bo nikt nie mógł przewidywać, że tak wielka firma jak Jastrzębska Spółka Węglowa popadnie w takie kłopoty. Ale myślę, że nawet w klubach z bardzo stabilnymi sponsorami powinno się bilansować budżety.
Mieć tzw. drugą, trzecią nogę?
- Tak. Można tutaj trochę skomplementować ZAKS-ę Kędzierzyn-Koźle. Tam również gigantyczny sponsor wpadł w problemy bezpośrednio przez siebie niezawinione. Ale fakt, że wokół klubu przez lata funkcjonowali inni sponsorzy, nie tylko prywatni, sprawił, że udało się nieco obniżyć budżet. Sponsorzy zareagowali odpowiedzialnie i brak Grupy Azoty nie sprawił, że ZAKSA wpadła w tarapaty. A wręcz dobrze się odnajduje, awansowała do play-off. Oba przykłady - JSW Jastrzębskiego Węgla i ZAKS-y - są ciekawe z punktu widzenia strategicznego, myślenia o stabilizacji klubu.
Rozmawiał Damian Gołąb














