Odstawiony przez Grbicia polski siatkarz ujawnia: Teraz śmiało mogę to powiedzieć
- Zadawałem sobie pytanie: "co zrobiłem źle oraz w którym momencie się poddałem?". I znalazłem odpowiedź. Dużo różnych rzeczy i myśli kotłowało się w mojej głowie. A gdy już przyszła najważniejsza decyzja, to poczułem słabość, że próbuję robić wszystko, ale jednak to nie wychodzi i okazuje się być niewystarczające - mówi w rozmowie z Interią Mateusz Poręba, środkowy Asseco Resovii Rzeszów i reprezentacji Polski, który nie załapał się do "14" na niedawne mistrzostwa świata na Filipinach.

Artur Gac, Interia: Po tak krótkim czasie w Rzeszowie byłbyś już gotów stwierdzić publicznie, że transfer do Asseco Resovii to była dobra decyzja?
Mateusz Poręba: - Zawsze staram się szukać pozytywów, więc na pewno jestem zadowolony z tego, że tutaj przyszedłem. To także szerzej otworzone drzwi przed moją dziewczyną, która studiuje na Uniwersytecie Rzeszowskim. A dla mnie dużym marzeniem było, aby przyjść do tego klubu. Fajnie zobaczyć swoich starych znajomych oraz starą szkołę i internat, w którym się mieszkało. Nie mogę narzekać na to miejsce, bo wszystko mam zapewnione w stu procentach. Mamy dobrego trenera, dobry sztab, wszystko jest na wysokim poziomie. Niczego tu nie brakuje.
Czyli przy okazji doświadczasz podróży sentymentalnej?
- Tak, zdecydowanie. Kiedyś, jako zawodnik AKS-u oglądałem wszystko, co tyczy się Resovii, z zewnątrz. Przychodząc na mecze PlusLigi kibicowałem starszym zawodnikom, a później miałem okazję doświadczyć na własnej skórze, jak wygląda to w środku. Początkowo nawet nie myślałem, że mogę znaleźć się w tym miejscu.
Ilu lat wstecz sięgają te reminiscencje?
- Około dziewięć lat temu. W okresie, gdy grali Piotrek Nowakowski, Bartek Kurek i Kawika Shoji. W Rzeszowie spędziłem rok, później dwa lata stacjonowałem w Spale, ale ogółem przez trzy lata reprezentowałem barwy AKS-u w mistrzostwach Polski kadetów i juniorów. Wówczas zdobywałem swoje pierwsze, poważne medale. Wszyscy się śmieją, że skoro wtedy stawałem na podium, to prawem serii teraz też powinien być medal. Ja sam mam nadzieję, że w tym sensie wrócą stare czasy (uśmiech).
Jest trochę magii w tej, dla wielu kibiców, ikonicznej, pasiastej koszulki?
- Zawsze się marzyło, żeby kiedyś móc ją założyć. Pierwsze koszulki, które w tamtych czasach dostaliśmy i były podobne do tych, w których grali seniorzy, do tej pory leżą schowane w mojej kolekcji i nie chcę się ich pozbyć. Zawsze bardzo miło ubrać ten trykot i mam nadzieję, że jak najdłużej będzie przeze mnie zakładana w roli zawodnika zespołu.
Wymieniłeś trzy nazwiska gwiazd z młodych lat. Ich koszulki też posiadasz?
- Niestety nie. To były czasy, gdy za 100 złotych trzeba było przeżyć z tygodnia na tydzień, więc kupno takiej koszulki nie wchodziło w rachubę. Wówczas trzeba było mocno oszczędzać, żeby w weekend wyskoczyć ze znajomymi na posiłek. Prowadziłem bardzo oszczędne życie, ze śniadaniami i kolacjami w internacie, z kolei obiady mieliśmy na stołówce w szkole. Najczęściej odkładałem, żeby kupić sobie nowe buty, bo w pewnych momentach grało się w tak znoszonych, że człowiek tylko patrzył, czy na podeszwie jest już dziura.
Bardziej myślałem o tym, że może poprosiłeś i otrzymałeś od jednego z tych wielkich.
- Zawsze byłem tak bardzo nieśmiałą osobą, iż myślę, że było to nierealne. Nie byłem w stanie podejść i zapytać, czy jest szansa na taki upominek. Pierwszy raz, kiedy odważyłem się na coś takiego, miał miejsce na wypożyczeniu w Monzie, a zwróciłem się do Amerykanina Maxwella Holta (śmiech).
Śmiało mogę powiedzieć, że w momencie, gdy byłem w reprezentacji i mi nie szło, sam sobie nie radziłem. Wtedy moja mentalność faktycznie była w bardzo średniej kondycji. I żałuję, że w tym czasie nie pomyślałem o tym, aby zacząć pracować z psychologiem. Miałem rozmowę z trenerem Nikolą w dniu, gdy mówił, że mi dziękuje. Również on mi doradził, by zacząć pracować z taką osobą, bo na pewno mi pomoże.
Gdzie upatrujesz największą moc i główny atut twojego zespołu?
- Na pewno jest to doświadczenie. Mamy dość młody skład, ale większość kolegów z zespołu powygrywała bardzo duże trofea, jak Liga Mistrzów, medale igrzysk olimpijskich i mistrzostw świata. Kolejnym atutem z pewnością jest zagrywka, bo mamy fachowców w tym elemencie. Co jeszcze? Jesteśmy bardzo silnym zespołem w ataku, co pokazujemy w każdym spotkaniu.
U tych doświadczonych obserwujesz syndrom nasycenia?
- Sądzę, że mogłoby to być widoczne na treningach, ale czegoś takiego kompletnie nie ma. Nie widzę jednej osoby, która przez pół tygodnia by się obijała, a mobilizowała jedynie na same mecze. Cały czas wszyscy trenują na wysokim poziomie, a fakt, że niektórzy tak wiele już powygrywali, powoduje, że w spotkaniach jest im dużo łatwiej, bo potrafią dźwigać presję.
Jakim trenerem jest Massimo Botti?
- Miałem sporo do czynienia z trenerami z Włoch i bałem się, że wrócą ciężkie czasy. Tymczasem jest to już kolejny trener, z pracy z którym jestem mega zadowolony. Jest naprawdę wyluzowanym człowiekiem, ale przy tym wie, co w danej chwili jest potrzebne i jeśli potrzeba okrzyczeć, faktycznie zwróci uwagę i postawi do pionu. Widać, że poprzedni sezon w Lublinie dał mu dużo doświadczenia, co przekazuje nam w tym roku. Na ten moment jestem bardzo zadowolony i czuję, że wyciągam naprawdę dużo od tego trenera.
Jako siatkarz czego w tej chwili najbardziej potrzebujesz? Jak najwięcej taktycznych i technicznych wskazówek, czy bardziej trenera i opiekuna mentalnego w jednym?
- Po okresie reprezentacyjnym trener Botti na pewno mega dobrze wpłynął na moją osobę, bo byłem mocno podłamany. Trener pomógł mi w tym, że zacząłem inaczej na to wszystko patrzeć. Mocno mi pomógł w tym kierunku, abym zmienił swoje nastawienie na pozytywne i cały czas mi pomaga. Wiadomo, że technicznie też jest potrzebne wsparcie od trenera, który daje mi możliwość pracy choćby nad innym stylem zagrywki. I to także jest fajne, że w momencie wejścia na boisko mogę sobie pozwolić zagrać coś innego. Poza tym, gdy tylko zauważy, że mam gorszy moment, podchodzi do mnie i mówi, bym się nie przejmował i podszedł do tego wszystkiego na luzie. To wsparcie czuję się tylko od pierwszego szkoleniowca, ale także ze strony całego sztabu.
Krótko po tym, jak trener kadry Nikola Grbić ogłosił kadrę na MŚ na Filipinach, w której cię zabrakło, zadzwoniłem do ciebie. Właśnie rozpoczynałeś razem z tatą wakacje w Rzymie i powiedziałeś, że potrzebujesz trochę czasu, aby całą sytuację przetrawić, bo jest dla ciebie zbyt świeża i bolesna. Dobrze to zapamiętałem?
- Tak. To był moment, gdy nie ukrywam, byłem bardzo zdenerwowany. Biorąc to pod uwagę uznałem, że lepiej mówić o takich rzeczach, gdy moment eskalacji emocji minie. Nie chciałem powiedzieć czegoś pochopnie, tylko dać sobie szansę, by moje myśli nie były wzmocnione złością. Zresztą, żeby daleko nie szukać analogii, trenerzy po przegranych meczach często mówią, że porozmawiamy dopiero po dniu wolnym, by na chłodno przeanalizować wszystko, a nie na gorąco powiedzieć coś niepotrzebnego.
Mówisz, że sporą rolę odegrał trener Botti. Generalnie ludzie z twojego bezpośredniego otoczenia wykonali całą robotę, jeśli chodzi o podbudowanie mentalnie, czy musiałeś sięgnąć po pomoc specjalisty?
- Na pewno bardzo pomogło to, że trener pozwolił mi zrobić sobie trzy tygodnie przerwy od siatkówki. I totalnie odciąłem się od mojego sportu. Pojechałem też na wakacje, spędziłem czas z rodziną i dziewczyną, co mocno pomogło mi zresetować głowę. Gdy po tym wolnym przybyłem do klubu, wróciła mi chęć pracy i radość z tego, co robię. Wtedy stwierdziłem, że w tym momencie jeszcze nie będę sięgał po pomoc psychologa. Z pewnością jednak będę musiał do tego wrócić i przemyśleć, bo na pewno przyjdą gorsze momenty.
Być może wciąż górę biorą myśli, że psycholog to ostateczność, aby przez samym sobą nie pokazać, iż sobie nie radzę. Jednak w profesjonalnym sporcie psycholog jest jednym z istotnych ogniw, a jego obecność coraz częściej czymś absolutnie oczywistym.
- Zgadzam się. Śmiało mogę powiedzieć, że w momencie, gdy byłem w reprezentacji i mi nie szło, sam sobie nie radziłem. Wtedy moja mentalność faktycznie była w bardzo średniej kondycji. I żałuję, że w tym czasie nie pomyślałem o tym, aby zacząć pracować z psychologiem. Miałem rozmowę z trenerem Nikolą w dniu, gdy mówił, że mi dziękuje. Również on mi doradził, by zacząć pracować z taką osobą, bo na pewno mi pomoże.
Decyzję o rezygnacji w kontekście kadry na MŚ trener Grbić zakomunikował ci osobiście?
- Owszem. Trener zawsze przed takim wydarzeniem, zanim negatywna wiadomość dotrze do zawodnika, bierze na rozmowę. I dyskutowaliśmy o tym, jak wyglądała sytuacja. Ja zapytałem trenera, co chciałby, abym poprawił, żebym stał się lepszym zawodnikiem. I taką odpowiedź otrzymałem.
Jak zareagowałeś, gdy zakomunikował ci decyzję? Byłeś w stanie rozmawiać racjonalnie i analitycznie, na co mogłoby wskazywać zadane pytanie, czy jednak silniej brały górę emocje i czułeś pustkę w głowie?
- Powiedziałbym, że bardziej udzielał się stres. Dowiadujesz się, że to jest koniec, więc automatycznie mnożą się pytania, dlaczego tak się stało. Jednocześnie ta rozmowa bardzo mi pomogła, bo przez cały sezon kadrowy walczyłem ze sobą, chcąc pójść do trenera i podjąć z nim różne tematy. Natomiast dopiero na samym końcu odważyłem się zapytać o te rzeczy, które leżały mi na sercu. Jestem z siebie zadowolony, bo trener też mógł zauważyć, jak sytuacja wyglądała z mojej strony.
Na finałach VNL nie byłem w meczowej czternastce na żadnym spotkaniu, co sprawiło, że mocno się załamałem. W tamtym momencie pomyślałem, że trener przestał brać mnie pod uwagę. Sam trener oczywiście też to zauważył i miał ze mną rozmowę w Chinach. Zapytał, czy się martwię, na co przytaknąłem. On odparł, bym się nie martwił, bo to mnie wcale nie przekreśla, aby załapać się na mistrzostwa świata. Jednak to był już moment, gdy byłem mocno załamany i przestałem wierzyć w siebie.
Co na początku jest najtrudniejsze w poradzeniu sobie z taką decyzją? W jednej chwili traci się wiarę w siebie, ubywa motywacji i ma się podcięte skrzydła?
- Na pewno zadawałem sobie pytanie: "co zrobiłem źle oraz w którym momencie się poddałem?". I znalazłem odpowiedź, bo był taki moment przed sparingami w Olsztynie, które poprzedzały VNL w Gdańsku, gdy miałem problemy z kolanem. Trenowałem bardzo słabo, w ogóle nie mogłem podskoczyć. Przez chwilę było mówione, że będę musiał zrobić zastrzyk i wypadnę z możliwości wyjazdu na finał Ligi Narodów… Dużo różnych rzeczy i myśli kotłowało się w mojej głowie. A gdy już przyszła najważniejsza decyzja, to poczułem słabość, że próbuję robić wszystko, ale jednak to nie wychodzi i okazuje się być niewystarczające.
A ja zapamiętałem lipcowy mecz z Bułgarią, gdy mimo problemów zdrowotnych zaimponowałeś selekcjonerowi. Do tego stopnia, że trener Grbić publicznie chwalił cię w rozmowie z dziennikarzami. "Co możemy powiedzieć o Porębie albo Jakubiszaku? Grali pięknie. Nie pamiętam, kiedy widziałem środkowego czy jakiegokolwiek zawodnika ze stuprocentową skutecznością przy 14 atakach. Nie trzech, czterech, ale czternastu!" - powiedział Serb. To naprawdę nie był szczególny moment dla ciebie?
- A to ciekawe, bo szczerze? Nawet nie wiedziałem, że trener tak mówił. Zbytnio nie czytam artykułów, więc nie wyłapałem takiej wypowiedzi. Po czasie miło to usłyszeć.
Może gdyby wtedy te słowa do ciebie dotarły, coś "kliknęłoby" w twojej głowie i pozbierałbyś się z dołka mentalnego.
- Teraz się już tego nie dowiemy. Rzeczywistość była natomiast taka, że po nieudanym dla mnie występie w Chicago wróciłem do Polski, a w tym wszystkim były problemy z kolanem i sobie nie radziłem. W Olsztynie też wyszedłem w pierwszym składzie, który był brany pod uwagę na MŚ, ale po tym jakoś przestałem w siebie wierzyć. Na finałach VNL nie byłem w meczowej czternastce na żadnym spotkaniu, co sprawiło, że mocno się załamałem. W tamtym momencie pomyślałem, że trener przestał brać mnie pod uwagę. Sam trener oczywiście też to zauważył i miał ze mną rozmowę w Chinach. Zapytał, czy się martwię, na co przytaknąłem. On odparł, bym się nie martwił, bo to mnie wcale nie przekreśla, aby załapać się na mistrzostwa świata. Jednak to był już moment, gdy byłem mocno załamany i przestałem wierzyć w siebie. W momencie, gdy dołączył do nas Norbert Huber, zabrakło mi czasu, aby odbudować się mentalnie. Też zdaję sobie sprawę, że trener na taką imprezę potrzebował zawodnika zdrowego, a w tym roku w tym aspekcie było u mnie bardzo średnio. Zatem nie mógł też zaryzykować, że weźmie środkowego, który nie będzie zdolny do wchodzenia na plac.
Jaką masz perspektywę na występ reprezentacji Polski na Filipinach?
- Przyznam szczerze, że praktycznie nie oglądałem meczów. Dopiero, jak moja dziewczyna włączyła jakieś spotkanie, to przez moment rzuciłem okiem, ale żadnego nie widziałem w dłuższym wymiarze. To był właśnie ten moment, gdy chciałem się totalnie odciąć od siatkówki i zapomnieć o zawodowej rutynie. Nie wykluczam, że za jakiś czas wrócę, by zobaczyć przebieg tych spotkań.
Zatem, rozmawiając na dużym poziomie ogólności, czy było coś, co szczególnie zwróciło twoją uwagę?
- Była jedna rzecz, która mocno mnie zdziwiła, mianowicie to, że szansy praktycznie nie otrzymywał Kuba Nowak, grając tak mało. Zdziwiło mnie to dlatego, że w Lidze Narodów rozegrał mnóstwo spotkań i byłem przekonany, że to jest zawodnik, na którego trener stawia, buduje i będzie pierwszym zmiennikiem w razie, gdyby "Norbi" nie dojechał z formą.
Paradoks tej historii jest taki, że Norbert niemal na każdym kroku podkreślał, iż nie jest w swojej najlepszej formie.
- Tak więc na pewno to było zdziwienie, jednak trzeba oddać Szymonowi, że wszedł w meczu o brąz i zrobił robotę. Z tego miejsca gratulacje, bardzo trzymam kciuki za wszystkich chłopaków, ciesząc się ich pierwszymi sukcesami w reprezentacji.
A innym zaskoczeniem nie było to, jak mało szans otrzymywał twój klubowy kolega z Rzeszowa, Artur Szalpuk?
- Myślę, że trener zawsze stawiał na Tomka Fornala i Wilfredo, dlatego zbytnio mnie to nie zdziwiło. Celem bardziej było to, aby Artur wchodził na zagrywkę zadaniową. Natomiast też duży szacunek, że trener cały czas dawał szasnę "Leo", choć w finałach VNL nie był w swojej najwyższej formie. Mimo to go budował, bo nieustannie wierzył, że Wilfredo "dojedzie" i wróci do swojej dyspozycji, co finalnie się udało.
Rozmowa, którą odbyłeś z trenerem Grbiciem, z jednej strony była bolesna, ale z drugiej czujesz, że drzwi do kadry cały czas pozostają dla ciebie szeroko otwarte?
- Najważniejsze jest to, jak pokażę się w tym sezonie klubowym. W Rzeszowie mamy duże oczekiwania, osobiście w tym roku chciałbym zagrać w finałach Pucharu Polski, minimum wygrać ćwierćfinał mistrzostw Polski oraz pokazać się na arenie międzynarodowej, grając w Lidze Mistrzów. Te cele postaram się zrealizować, a wtedy zobaczymy, jak trener będzie zapatrywał się na moją osobę. Ja zawsze jestem gotowy na to, aby dołączyć do reprezentacji, bo to marzenie każdego zawodnika. Cały czas będę się starał, aby wrócić na swoje miejsce. Przygotowując się do tego sezonu, wyleczyłem wszystkie kontuzje i fizycznie czuję się naprawdę bardzo dobrze. Jeśli tak pozostanie, jestem na siłach grać przez cały sezon.
Rozmawiał Artur Gac













