Reklama

Reklama

Najwięksi zwycięzcy PlusLigi

Siatkarska elita dotarła w sobotę do mety i trzeba powiedzieć, że mimo narzekań i biadolenia u progu sezonu, końcówka zdecydowanie wynagrodziła nam 30. kolejek cierpienia i obserwowania ligowej młócki. Efekty? Bełchatów na tronie, Kędzierzyn-Koźle zdetronizowany, a Bielsko-Biała i Kielce za burtą. Kto jednak wygrał najwięcej? Tu nie może być wątpliwości. Trefl Gdańsk wziął brąz i Puchar Polski. Klub, którego miało nie być.

A jednak, sport lubi takie historie i tym razem mogliśmy się nią pasjonować przez ponad pół roku. We wrześniu 2017 w siatkarskim świecie gruchnęła wiadomość o rychłym upadku Trefla Gdańsk. Pozbawiony wsparcia Lotosu (który wolał F1) klub mógł w PlusLidze w ogóle nie zagrać. Ale zagrał i do tego szybko wskoczył do grona liderów. Ciężka praca, żmudne budowanie formy i przeciwności losu - to była recepta Andrei Anastasiego na scalenie drużyny, nauczenie jej walki do końca i wprowadzenie na podium rozgrywek, a także po Puchar Polski.

Reklama

Sportowa bajka? Nie, twarda rzeczywistość. I to Trefl Gdańsk, a nie PGE Skra czy ZAKSA, są dla mnie największymi wygranymi tego sezonu. No i oczywiście ich kibice, bo przecież to oni - "dolewając do pełna" - sprawili, że w Trójmieście pozostał zespół przez duże "Z". Kibice z Gdańska, ale też z całej Polski. Ba! Nawet rywale, z którymi gdańszczanie potykali się o medale. To jest jednak magia tego sportu. Cieszę się też, że swoje trzy grosze dorzucił trener Anastasi. Włoch to jednak jest fachowiec jakich mało. Oby nasza kadra nie musiała się o tym przekonywać.

Bełchatów, wiadomo, dumny z powrotu na tron być może. Zwłaszcza, że udało się do formy doprowadzić wreszcie Milada Ebadipoura, a Mariusz Wlazły po raz kolejny grał tak, że tylko w jego rękach były losy złota. Gdyby mistrza świata zabrakło, ZAKSA mogła zachować prymat. Z takim Wlazłym w PlusLidze wygrać się nie da, po prostu. Mnie z kolei w Bełchatowie cieszy to, że tytuł zapewniła drużynie też bardzo równa i dobra gra Grześka Łomacza. Skromnego chłopaka, który winien znów być numerem jeden w kadrze i który może jeszcze Biało-Czerwonym dać powody do dużej radości. ZAKSA niestety nie zbudowała formy na finały. Pal licho, jeśli ta przyjdzie za tydzień, na finały Ligi Mistrzów. Gorzej, jeśli i w Kazaniu kędzierzynianie dostaną lanie. Wówczas dojdzie pewnie do zmian, bo zespół potrzebuje klasowego atakującego i przynajmniej jeszcze jednego skrzydłowego na wysokim poziomie. Być może to braki na tych pozycjach zadecydowały o porażce w finale.

Ogólnie końcówka ligi była wyśmienita, a w finale znalazły się dwa zespoły, które już od lat mogą chwalić się stabilizacją i składy tylko uzupełniają. Reszta stawki nie ma pod tym względem tak dobrze i pewnie w tym trzeba upartywać niskich lokat Onico, Cuprum, Cerrad Czarnych czy innych ekip. Siatkówka wymaga spokoju, pracy i perspektywy dłuższej niż kilka miesięcy. Tak się buduje zespół. Boleśnie przekonały się o tym ekipy z Kielc, Bielska-Białej i prawie te z Bydgoszczy i Będzina. Rywalizacja na śmierć i życie musi wejść klubom i siatkarzom w krew, bo tylko tak będą podnosić swój poziom.

Sezonu klubowego już nie ma i dobrze, bo będzie oddech od młócki co trzy-cztery dni. Kadra już zbiera się w Spale, Vital Heynen szykuje się do pracy z Biało-Czerwonymi i pewnie będzie to sezon, w którym będzie się działo. Oby!

kris

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL