Leon broni mistrzostwa, rywale atakują. Gorący czas w siatkarskiej PlusLidze
PlusLiga wkracza w decydującą fazę. W grze o siatkarskie mistrzostwo Polski pozostały cztery najlepsze drużyny, choć w tym sezonie każda z nich przeżywała już problemy. - Zawiercie gra chyba najbardziej wszechstronną siatkówkę. Ale stawiam ten zespół na równi z PGE Projektem Warszawa i Bogdanką LUK Lublin - ocenia w rozmowie z Interia Sport Wojciech Drzyzga. Były reprezentant Polski, trener, a dziś komentator Polsatu Sport wskazuje, która drużyna bez sukcesu "pójdzie w niepamięć", a której najbardziej przeszkadzała gra w roli faworyta.

Damian Gołąb, Interia Sport: Znamy czterech półfinalistów PlusLigi. Jako ostatnia do czwórki dostała się Aluron CMC Warta Zawiercie, po dość niespodziewanych kłopotach z ZAKS-ą Kędzierzyn-Koźle. Co o drużynie Michała Winiarskiego powiedziały nam jej występy w ćwierćfinałach PlusLigi i Ligi Mistrzów?
Wojciech Drzyzga, były siatkarz i trener, ekspert Polsatu Sport: Potwierdziło się, że to zespół z bardzo dużym potencjałem sportowym. Pokazał to w doskonały sposób w europejskich pucharach. Ma też natomiast swoje problemy. Zresztą problemy przewijały się przez wiele klubów i różnie odciskały na wynikach. Proszę zwrócić uwagę na tabelę rundy zasadniczej, jak duża jest suma porażek pierwszych trzech zespołów. Nie przypominam sobie takiej sytuacji. Ta liga dała się lubić, ale przynosiła też zaskoczenia, forma zespołów falowała. Było równo, nie można było przejść przez nią suchą nogą, grając zdecydowanie słabiej.
Na koniec tabela jednak przeważnie eliminuje niespodzianki, siatkówka jest grą powtórzeń. Mocno weryfikuje, choć potrafi zaskoczyć - i takim zaskoczeniem była droga Zawiercia. Na swoim terenie oddało pierwszy mecz, a potem zaczęły się nerwy. Trzeba jednak też oddać, że ZAKSA była na ten moment przygotowana, w miarę zdrowa. I powiem szczerze, że w drugim meczu, w Kędzierzynie-Koźlu, Zawiercie urwało się z cienkiej linki.
Blisko było szczególnie w trzecim secie. ZAKSA miała szansę objąć prowadzenie 2:1 i postawić rywali pod ścianą.
- To był mecz, w którym serca Zawiercian drżały i sportowo było bardzo blisko. Ale dla ZAKS-y ten sezon nie będzie udany, przynajmniej jeśli chodzi o końcowe miejsce. Oczywiście nie był to skład na medal, to był zbyt nowy zespół, za mocno zmieniony. Długimi okresami nie grał dobrze. Na koniec miejsce, które nie daje nawet możliwości gry o puchary, w ZAKS-ie nie może być odebrane pozytywnie. Wejście do strefy play-off to było takie minimum.
PGE Projekt Warszawa niedoszacowany? "Musi coś zdobyć. Inaczej ta drużyna pójdzie w niepamięć"
Wszystkie czołowe drużyny miały słabsze momenty, Warta po Klubowych Mistrzostwach Świata nie dostała się do turnieju finałowego TAURON Pucharu Polski. Ale w tym roku wydawała się najstabilniejszą drużyną z czołówki. Okazało się jednak, że siatkarze z Kędzierzyna-Koźla potrafili postawić się Zawiercianom.
- Zawiercie gra chyba najbardziej wszechstronną siatkówkę. Ale stawiam ten zespół na równi z PGE Projektem Warszawa i Bogdanką LUK Lublin. W mojej skali te trzy zespoły mają podobne szanse na mistrzostwo. Warszawa jest trochę niedoszacowana, a ja jestem rozczarowany tym, że ta drużyna tak długo nie zdobyła czegoś bardzo poważnego. To jeden z zespołów, które najdłużej grają w bardzo zbliżonym składzie, z bardzo ciekawymi zawodnikami.
Warszawa musi coś zdobyć. Inaczej ta drużyna pójdzie w niepamięć, nie zmieni tego jakiś brązowy czy srebrny medal.
A na razie zdobyła tylko w 2024 r. Puchar Challenge, który do najcenniejszych trofeów nie należy.
- Grałem w wielu drużynach, prowadziłem kilka zespołów i wiem, co to znaczy mieć taki zespół, i obślizgnąć się po wszystkich trofeach. Już w zeszłym roku oceniałem Warszawę tak, że albo teraz, albo nigdy. A w tym sezonie to już naprawdę ostatni moment. Ale Warszawa miała dobre serie, trzymała się w lidze. Pamiętajmy, że zmieniła trenera.

To chyba moment, w którym warto docenić Kamila Nalepkę.
- Został postawiony na rozkołysanej łódce, ale wbrew pozorom nie było tam tak dużej fali. W niczym mu nie umniejszając, ale to jest naprawdę bardzo dojrzały zespół, który został rozhuśtany przez niedojrzałego poprzedniego trenera. Chciał wprowadzić w Polsce, "volleylandzie", nowe metody grania, zachowań, trochę przeciwko chłopakom. A dodatkowo przeciwko wysokiej kulturze naszej gry, umiejętnościom - by ucieszyć oko, znaleźć sposób na jeszcze lepsze granie. Nie udało się ani jedno, ani drugie.
Na szczęście zespół jest bardzo dojrzały. Kamil Nalepka ma ogromne wsparcie. Wytrzymuje to i daje sobie radę warsztatowo, bo jest do tego przygotowany. Jest jednak młodym 30-latkiem. Ma wsparcie zespołu - chłopaków o wysokiej kulturze osobistej, sportowej, profesjonalistów. Im naprawdę potrzebny jest dobry partner. I Kamil spełnia rolę mądrego partnera, bo trenerskie życie w roli "jedynki" dopiero przed nim.
PlusLiga. Bogdanka LUK Lublin ma więcej siły, PGE Projekt Warszawa więcej sprytu
Teraz PGE Projekt znów zagra z Bogdanką. Kiedy rozmawiałem z Mateuszem Malinowskim, atakującym lubelskiej drużyny, zwrócił uwagę, jak różne są sposoby gry tych zespołów. Lublinianie stawiają na siłę, zagrywkę, mocny atak, a Warszawa w ćwierćfinałach Ligi Mistrzów nabijała piłki na blok, ponawiała akcje i męczyła rywali lewym skrzydłem. Spodziewa się pan powtórki takiej gry, zamęczania Wilfredo Leona zagrywką?
- To już taktyka, którą wypracowała liga. A Warszawa ma jakość gry i potrafiła to wykonać. Kilka zespołów też to zresztą zrobiło. Wilfredo dzielnie broni się na przyjęciu, ale co się napracuje, to jego. Spada wtedy skuteczność ataku, ruchomość, mobilność. Rywale będą stosować tę taktykę. Zresztą porównanie obu tych zespołów najgorzej dla Lublina wypada właśnie w linii przyjęcia. To, co mamy w drużynie z Warszawy, to wzorzec takiej formacji. Razem z Zawierciem Projekt ma najlepszych specjalistów od przyjęcia w Polsce. A w Lublinie nie jest to czub jakościowy - linia trochę rozchwiana, trochę młoda.
Kiedy Lublin zacznie mocno serwować i utrzyma zagrywkę, ma kapitalny blok. To ich największa siła, oczywiście także indywidualność Leona i atak na skrzydłach, bo bez tego dziś nie ma grania. Lublin raczej szuka rozwiązań siłowych, możliwości Kewina Sasaka, Malinowskiego, Wilfredo. Ale chłopaki z Warszawy mają więcej sprytu. Choć pamiętajmy, że oba zespoły miał olbrzymie problemy z pozycją atakującego.
Linusa Webera w trakcie sezonu zastąpił w składzie PGE Projektu Bartosz Gomułka, Bogdanka LUK Lublin musiała sobie przez kilka tygodni radzić bez obu nominalnych atakujących.
- Weber zagrał sobie chyba w inną grę. W trakcie meczów mentalnie jest gdzieś kompletnie z boku. A szkoda, bo ma wszystko, by grać. Znalazł się jednak Gomułka. Stephane Antiga w Lublinie na bardzo długi czas musiał przestawić zespół na inny system grania, z trzema przyjmującymi, zmianą na rotacji na prawej stronie. To nawet nieźle szło, ale były straty punktowe. I mocna eksploatacja zawodników.
Często oglądałem na żywo mecze Lublina i gołym okiem było widać, że niektóre siatkarze rozgrywali "na oparach", brakowało energii. Ale teraz wygląda na to, że oba zespoły są po dobrym resecie.
Siatkarze z Lublina doczekali się dłuższej przerwy. Awansowali do półfinału szybciej niż PGE Projekt, bo już po dwóch meczach z PGE GiEK Skrą Bełchatów.
- Antiga kilka razy to podkreślał: nareszcie znajdą trochę czasu na trening. A dodatkowo potrenują w końcu sześciu na sześciu. Trenerzy nie chcą szukać łatwych alibi, ale taka jest prawda - tydzień za tygodniem uciekał im treningowo, a potem jakościowo. Lublinianie mieli słabszy czas. Ale chyba wszystkie zespoły przystępują do półfinałów w bardzo dobrej kondycji fizycznej, bez ciężkich strat personalnych. Może jeszcze Lublin nie odbudował Sasaka, ale i on coś już pokazał.
Wojciech Drzyzga o decyzjach trenera Asseco Resovii. "Nie rozumiem, co zrobił"
A jak ocenia pan szanse Asseco Resovii Rzeszów? Skoro trzech pozostałych półfinalistów stawia pan na równym poziomie, Resovia jest pół kroku za nimi? To drużyna, która ma wysoko sufit, ale też bardzo mocno faluje.
- O Resovii przeważnie jest dość głośno. I albo jest bardzo na tak, albo bardzo na nie. Jeszcze nie zasłużyli na to, by stawiać ich tak wysoko, jak pozostałą trójkę. Mają ciekawy skład, ale ciągle nowy. Rzeszów to dość trudne i wrażliwe miejsce, w którym wbrew pozorom gra się zawodnikom dość ciężko. Tam nie za bardzo akceptuje się słabszą grę i wyniki. A to szybko przenosi się na szatnię. Nie wszyscy zawodnicy to wytrzymują - wiem, co mówię. Resovia może zdobyć mistrzostwo, ale dla mnie nie jest w pierwszej trójce. Ma dwie cechy Bogdanki Lublin: mocną zagrywkę i duże kłopoty z przyjęciem.
Nie rozumiem, co trener Massimo Botti zrobił z pozycją libero. Zamknięcie w sportowej klatce Erika Shojiego, Michał Potera wyeliminowany... Paweł Zatorski dostał wielką przestrzeń do odbudowy i gry, gdy miał w meczu za meczem miał problemy. Dziś ten temat jest już chyba zamknięty, Shoji już kompletnie nie istnieje, a Paweł wraca na właściwe tory. Ale linia przyjęcia stabilna nie jest.
Obok libero od pewnego czasu grają już bez większych zmian Yacine Louati i Artur Szalpuk.
- Louati bywał doskonały, ratował mecze razem z Arturem Szalpukiem. To ratowanie nie jest jednak tutaj określeniem pozytywnym. To znaczy, że tam była panika, sportowy bałagan. To granie najprostszymi metodami. Ale im dalej w las, tym ten zespół zaczynał się lepić. Trener Botti odnalazł swój zestaw. Klemen Cebulj na ławie, Szalpuk z Louatim wychodzą na mecze i już nie rozglądają się, czy trener robi kołowrotek. To w Resovii bardzo charakterystyczne: pierwsze, co robią zawodnicy, to patrzą na trenera. Nienawidzę tego - doświadczeni zawodnicy są rozstrzęsieni, boją się swoich błędów. To chyba najgorsza wersja.
W półfinale Resovia zaskakująco łatwo ograła jednak Indykpol AZS Olsztyn, który wydawał się najmocniejszym przeciwnikiem z miejsc 5-8.
- Olsztyn przekroczył sportowy Rubikon i do końca to utrzymał. Nie wierzyłem w to, wydawało mi się, że zaplątali się w czubie, a potem polecą na siódme, ósme miejsce. Ale oni nie zgodzili się z moją diagnozą. Rozegrali bardzo dużo dobrych meczów. W konfrontacji z Resovią nie mieli jednak nawet cienia szansy. W Rzeszowie, w pierwszym półfinale, byli zespołem bez życia. Wyszły ich słabości. Bazowanie na Moritzu Karlitzku, który "strzela" pięć, sześć asów, to niebezpieczeństwo. Nie można grać wyłącznie Karlitzkiem i dobrym Janem Hadravą. Do tego doszedł płytki skład.
Ale doceniam też to, co zrobiła Resovia. To, co ma dobre, wprowadziła w ćwierćfinałach do gry, a to, co ma słabe, schowała. Rzeszowianie czasami chyba nie umieją sobie pomagać na boisku. Ale to brak zgrania, jeszcze wspólnie nie zjedli siatkarskiej "beczki soli", choć poszczególni zawodnicy w większości są już ograni. Bardzo fajnie wpisał się w skład środkowy Danny Demyanenko. Potencjał ludzki jest duży, to bardzo groźny zespół, ale z siatkówką bliżej Lublina. Tyle że mistrzowie Polski potrafią cierpieć na boisku. A to bardzo ważne, bo zespół z tą umiejętnością potrafi wracać do gry. W skali wrażliwości Resovia ma osiem na dziesięć punktów, a Lublin dwa.

Ale akurat z Wartą Zawiercie, na którą Resovia trafia w półfinale, Rzeszowianie mają niezły bilans. W tym sezonie wyeliminowali ją z Pucharu Polski, potrafili też pokonać w jednym meczu fazy grupowej Ligi Mistrzów. Nie jest więc chyba tak, że Rzeszowianie nie potrafią się przeciwstawić bardziej kompletnej siatkówce z Zawiercia?
- Resovia na większość zespołów wychodzi w roli faworyta. Nieraz jest to kompletnie nieuzasadnione, ta presja jest niepotrzebna i wielokrotnie im przeszkadzała. Natomiast na Zawiercie Resovia wychodzi jako drużyna walcząca. Siatkarze wiedzą, że ten mecz można przegrać, a jak wygrają, będzie super. I Rzeszowianie grają lepszą, luźniejszą, mniej zestresowaną siatkówkę. A sportowo są dobrzy, tylko nie mają wypracowanej umiejętności przejścia trudnych okresów w meczu czy secie. Bić mistrza, walczyć z lepszym wbrew pozorom bywa jednak łatwiej niż wyjść na zespół ze Lwowa czy Suwałk - jeśli tylko ma się potencjał. Resovii takie mecze raczej wychodziły.
A czy Zawiercie pasuje jej sportowo? Zawiercie i Warszawa to dwa zespoły najbliżej siatkówki, którą ja doceniam i lubię. Często mówię, że oni umieją grać w siatkówkę. Reszta umie atakować, czasami znaleźć punkty zagrywką, być fizyczna, stosować siatkarską łopatologię, która też zadziała.
Sam mówię w komentarzach, że ten sport to nie jazda figurowa, ale wyjątkowo lubię siatkówkę Warszawy i Zawiercia. Podbicie, nabicie, cofnięcie - modelowym zespołem była tutaj kiedyś ZAKSA. Zawiercie ma też dość dobre boiskowe DNA. To zespół, który walczy.
Są tam ludzie, którzy potrafią wziąć na siebie odpowiedzialność. Jedyna moja obawa dotyczy zdrowia zawodników, bo na przykład rozgrywający Miguel Tavares ostatni mecz kończył chyba z lekkim urazem. A nie wyobrażam sobie tak dobrego zespołu bez nawet średniej "dwójki" na rozegraniu.
A że półfinały są rozgrywane tylko do dwóch zwycięstw, nawet pojedyncza kontuzja może mieć duży wpływ na ich przebieg?
- Play-off to zawsze moment, w którym pech i kontuzje dwóch podstawowych graczy mocno komplikują sprawę. Czasu jest mało, a nawet kiedy zawodnik zdąży się wyleczyć, gdzie jest jego dyspozycja? Na przykład Resovia kiedyś straciła Stephena Boyera i Cebulja, w końcówce sezonu grała składem, którego przed sezonem nikt by nie wymyślił. Ale potem nikt tego nie pamięta. Ten ma szczęście, kto ma zdrowie.
Półfinały zapowiadają się ciekawie. Pewnie każdy ma swoich faworytów, choć tu słowo "faworyt" mi wyjątkowo chrzęści. Tu nie ma wyraźnych faworytów. Zespoły są do siebie bardzo zbliżone, choć się różnią, co też jest bardzo fajne. Ta rywalizacja będzie dzięki temu jeszcze ciekawsza.
Rozmawiał Damian Gołąb














