Polska siatkarka wybrała Turcję i przeżyła zaskoczenie. Tak teraz wygląda jej życie
Aleksandra Rasińska ma za sobą udany sezon w tureckiej lidze. Choć do Turcji trafiła dwa lata temu - jak sama przyznaje - trochę przypadkiem, szybko odnalazła się w tamtejszych realiach. Na początku roku zdecydowała się na odważny krok, jakim była zmiana klubu z zaplecza. Ruch ten okazał się trafiony. - Czasem żartuję, że w niektórych drużynach są "Avengersi", bo wcześniej nie widziałam zawodniczek grających z taką siłą i na takim poziomie - przyznała. Polka opowiedziała również o kulisach życia w Turcji. Jak zdradziła, już pierwszego dnia czekało na nią sporo zaskoczeń. Siatkarka wyznała także, jakie ma plany na kolejny sezon.

Aleksandra Rasińska, 28-letnia siatkarka występująca na pozycji atakującej, w ostatnich miesiącach ponownie znalazła się w centrum uwagi. O Polce zrobiło się głośno za sprawą jej występów na tureckich parkietach. Jeszcze pod koniec roku plasowała się w czołowej dziesiątce najlepiej punktujących zawodniczek Sultanlar Ligi, by wraz z nadejściem nowego roku zdecydować się na zmianę barw klubowych.
Był to ruch odważny - jej nowy zespół, Vestel Manisa BBSK, występował na zapleczu najwyższej klasy rozgrywkowej. Szybko okazało się jednak, że decyzja ta przyniosła wymierne efekty. Rasińska stała się niekwestionowaną liderką drużyny i poprowadziła ją do awansu do tureckiej ekstraklasy. W decydującym spotkaniu zaprezentowała się znakomicie, rozgrywając jedno z najlepszych spotkań w sezonie.
Polska siatkarka trafiła do ligi tureckiej. Tak teraz wygląda jej codzienność
Natalia Kapustka, Interia Sport: Ostatnio wróciłaś do Polski i jedną z pierwszych rzeczy, które pokazałaś w mediach społecznościowych, był polski obiad. Smakuje jeszcze lepiej po takim czasie za granicą?
Aleksandra Rasińska: Czasami dobrze jest się za czymś stęsknić. Przyznam szczerze, że polskie jedzenie jest jednym z najlepszych. Z jednej strony mamy naszą tradycyjną kuchnię, a z drugiej ogromną różnorodność. W Polsce jedzenie się nie nudzi, bo mamy dostęp praktycznie do wszystkiego i trochę tego nie doceniamy. Dopiero za granicą widać, że nie wszędzie tak jest. Turcy są niesamowici w przygotowywaniu swoich lokalnych, tradycyjnych dań - choćby kebabów, które w rzeczywistości wyglądają zupełnie inaczej, niż wielu osobom się wydaje. Natomiast jeśli chodzi o kuchnię międzynarodową, myślę, że mają jeszcze trochę do nadrobienia.
Za tobą drugi rok w Turcji - ligi, która w siatkarskim świecie zyskuje coraz większą popularność. Jak to się stało, że trafiłaś właśnie tam?
- To była dość przypadkowa historia, bo początkowo miałam grać w Niemczech. Dwa lata temu podpisałam kontrakt z klubem z Poczdamu, ale pojawiły się tam przejściowe problemy finansowe. Klub zachował się wobec mnie bardzo fair i zapytał, czy byłabym w stanie poszukać innego zespołu. To był już czerwiec, więc dość późny moment, jeśli chodzi o rynek transferowy. Na początku było to dla mnie trudne, ale szybko uznałam, że wszystko dzieje się po coś. I rzeczywiście - w krótkim czasie dostałam kilka naprawdę dobrych ofert. To też cenna lekcja, że nie zawsze trzeba podpisywać kontrakt bardzo wcześnie, bo ciekawe opcje mogą pojawić się później. W ten sposób trafiła się właśnie Turcja i klub z Aydin. To była dla mnie ogromna szansa, bo do tej ligi wcale nie jest łatwo się dostać.
Wspomniałaś, że pojawiły się też inne oferty. To były propozycje z zagranicy czy również z Polski?
- Dwa lata temu były to wyłącznie oferty zagraniczne, bo w Polsce składy były już praktycznie zamknięte. U nas transfery finalizuje się zdecydowanie wcześniej i to trochę ogranicza możliwość wyjazdu. Z własnego doświadczenia wiem, że wiele zawodniczek chciałoby spróbować sił za granicą, ale często brakuje odwagi, żeby poczekać na takie oferty. One pojawiają się później - czasem nawet kilka miesięcy później niż w Polsce. To oznacza, że trzeba podjąć ryzyko i przez jakiś czas zostać bez klubu. Oczywiście nigdy nie ma gwarancji - równie dobrze może trafić się słabsza propozycja. Ale mimo wszystko uważam, że warto spróbować.
Jak wyglądało twoje pierwsze zetknięcie z Turcją? Coś szczególnie cię zaskoczyło na początku?
- Na początku trafiłam do części bardziej lokalnej miasta. Kiedy przylecieliśmy wieczorem, nie mogłam znaleźć żadnej otwartej restauracji, więc nie było gdzie zjeść. Z drugiej strony ja bardzo lubię mniejsze miejscowości i nie do końca odnajduję się w dużych miastach, więc pomyślałam, że jakoś się tu odnajdę. Następnego dnia wyszłam na spacer i zaczęłam dostrzegać ten lokalny klimat - starszy pan sprzedający owoce na ulicy, ktoś jeżdżący traktorem i sprzedający arbuzy. W sklepach dominowały świeże, lokalne produkty, a podczas spacerów mijałam drzewa cytrynowe i pomarańczowe. To zupełnie inna rzeczywistość. Z jednej strony było to zaskakujące, ale z drugiej poczułam, że to może być naprawdę fajna przygoda.
Czy życie i funkcjonowanie w Turcji różni się mocno od tego, co znałaś z Polski?
Największą różnicę zauważyłam nie tyle w stylu życia, co w samym modelu pracy w klubie. W Turcji sztab jest ogromny - często tak liczny jak i same zawodniczki. To było dla mnie pierwsze duże zderzenie. Każdy ma swoje konkretne zadania: są osoby od zbierania piłek, są asystenci od różnych elementów. W jednym klubie miałam nawet trzech menedżerów. W Polsce wygląda to zupełnie inaczej - tam struktury są dużo mniejsze i takich rozwiązań po prostu się nie spotyka
- A jeśli chodzi o codzienne życie, to na pewno zaskoczyło mnie to, jak dużo Turcy piją herbaty. U nas też jest popularna, ale tam "çay" jest dosłownie wszędzie. Nawet podczas play-offów zdarzyło mi się zobaczyć zawodniczkę, która piła herbatę w trakcie meczu - co było dla mnie sporym zaskoczeniem.
Wspomniałyśmy już na początku o jedzeniu, ale czy była coś, za czym szczególnie tęskniłaś w Turcji z Polski?
- Chyba najbardziej brakowało mi wieprzowiny. W Turcji ze względów religijnych po prostu się jej nie je, więc nawet specjalnie nie szukałam możliwości, żeby zjeść choćby schabowego czy dobrą szynkę. Poza tym kuchnia jest tam po prostu inna. Nie znajdziemy na przykład naszego polskiego twarogu, ale za to jest ogromny wybór jogurtów. Na dłuższą metę da się znaleźć zamienniki, więc to nie jest tak, że czegoś brakuje, raczej trzeba się przestawić. Różni się też sposób gotowania i przyprawy, ale ja bardzo lubię turecką kuchnię. Mają świetne produkty - wszystko jest bardzo świeże. Czuć to nawet w prostych rzeczach, jak pomidor, który smakuje zupełnie inaczej niż w Polsce.

Często pojawiała się tęsknota za domem?
- Oczywiście, że tak. Natomiast mam to szczęście, że bardzo często odwiedzają mnie bliscy i rodzina, więc czuję się pod tym względem zaopiekowana. Najbardziej tęsknię za językiem - za możliwością swobodnego wyrażenia wszystkiego w ojczystym języku. Angielski nie zawsze oddaje dokładnie to, co chcemy powiedzieć, więc pewnych emocji czy myśli nie da się przekazać w stu procentach tak, jak zrobiłoby się to po polsku.
Z drugiej strony w tym sezonie miałam dużo kontaktu z Polkami - zarówno na boisku, jak i poza nim. Przez pierwszą część sezonu grałam też z Martyną Grajber-Nowakowską, więc ten polski język był obecny nawet na treningach, co było bardzo fajne
Jak wygląda twoja codzienność w Turcji poza boiskiem?
- Moja codzienność jest dość spokojna - można powiedzieć, że jestem trochę "nudną" osobą, bo mocno skupiam się na regeneracji. W dni wolne często po prostu dużo śpię. Jeśli tylko mam okazję, staram się korzystać ze słońca, bo w Polsce, szczególnie jesienią i zimą, bardzo go brakuje. W Turcji to jest coś, co naprawdę robi różnicę - łatwiej się wstaje, łatwiej trenuje i ogólnie człowiek ma więcej energii. W dni wolne staram się chociaż wyjść na spacer. Poza tym bardzo lubię dobrze zjeść, więc często szukam nowych restauracji albo produktów, z których mogę coś sobie ugotować. I właściwie na tym się kończy - między treningami i w dni wolne dużo odpoczywam, bo treningi są naprawdę wymagające.
Aleksandra Rasińska zdecydowała się na odważny krok. Teraz mówi wprost o przyszłości
Poznałaś trzy siatkarskie światy - Polskę, Włochy i teraz Turcję. Jak bardzo różnią się one od siebie?
- Jeśli chodzi o Włochy, byłam tam stosunkowo krótko - około pięciu miesięcy - ale to był naprawdę piękny czas. Na pewno Włoszki są bardzo techniczne i ogromną wagę przykłada się tam do bloku i obrony. Pamiętam, że kiedy tam trafiłam, wydawało mi się, że potrafię blokować i nie odstaję w tym elemencie, ale szybko zostałam sprowadzona na ziemię. Pokazano mi, że można to robić na zupełnie innym poziomie. Przy czym podkreślam - to nadal była A2, więc nie wyobrażam sobie, jak wygląda A1, jeśli chodzi o dopracowanie tych elementów. Zresztą pamiętam rozmowę z prezesem, który powiedział mi, że dla nich dziesięć dobrych obron czy dotknięć w bloku jest ważniejsze niż nawet wysoka liczba punktów w ataku. Oni bardziej doceniają to, że przeciwnik nie może zdobywać punktów, niż spektakularne akcje ofensywne bez gry w obronie.
Jeśli chodzi o Turcję, to przede wszystkim fizyczność. Nawet będąc już na miejscu, widać, że bardzo trudno się w tej lidze utrzymać. Warunki fizyczne odgrywają ogromną rolę, ale równie ważna jest stabilność - nie można grać falami, tylko trzeba utrzymywać równy, wysoki poziom, bo inaczej łatwo wypaść z rotacji. Sam poziom ligi jest naprawdę imponujący. Gra tam wiele bardzo silnych, świetnie zbudowanych zawodniczek. Czasem żartuję, że w niektórych drużynach są "Avengersi", bo wcześniej nie widziałam zawodniczek grających z taką siłą i na takim poziomie. Mam wrażenie, że liga turecka coraz bardziej zmierza w stronę bardzo siłowej siatkówki, momentami wręcz przypominającej męski styl gry
- Jeśli chodzi o Polskę, to myślę, że w ostatnich dwóch-trzech latach trochę uciekła nam jakość, ale nadal jesteśmy bardzo dobrzy technicznie i mamy solidne fundamenty.
Jak wygląda zainteresowanie siatkówką w Turcji? Czy hale są wypełnione kibicami?
- Jeśli mówimy o klubach, które mają też sekcje piłkarskie, to hale rzeczywiście są pełne. Kiedy grają dwie takie drużyny, przychodzą kibice wspierający cały klub i robi się naprawdę gorąca atmosfera. Natomiast w klubach, gdzie siatkówka jest główną dyscypliną, frekwencja też jest dobra, ale nie zawsze można powiedzieć, że hale są całkowicie pełne.
Czy bariera językowa w takim zespole nadal stanowi wyzwanie?
- To zawsze wygląda różnie - w jednych zespołach wszyscy lepiej mówią po angielsku, w innych trochę gorzej. Jeśli chodzi o turecki, to mam nadzieję, że zaczynam rozumieć go coraz więcej. Siatkarskie rzeczy da się bez problemu przyswoić i dogadać na boisku, natomiast poza nim bywa różnie. Czasem żartuję, że Turczynki mogą sobie plotkować, a my i tak nic nie rozumiemy. Nie powiedziałabym jednak, że bariera językowa w jakikolwiek sposób uniemożliwia funkcjonowanie. To też zależy od zespołu, ale w moim przypadku nie miałam sytuacji, w której nie mogłabym się porozumieć z drużyną. W sztabie bywało różnie, ale tam wszyscy też szybko się uczą. Wśród zawodniczek nie było z tym żadnego problemu.
Pod koniec roku znalazłaś się w czołówce najlepiej punktujących ligi, a mimo to zdecydowałaś się na zmianę klubu w trakcie sezonu. Skąd ta decyzja?
- Ta historia jest trochę dłuższa. W Aydin zaczęły pojawiać się problemy komunikacyjne i w pewnym momencie uznałam, że to chyba dobry moment na zmianę, bo czułam, że moja forma też może na tym ucierpieć. Ja znam siebie i wiem, że kiedy czuję się dobrze w danym miejscu, to od razu przekłada się to na boisko. Z czasem zaczęłam czuć, że coś przestaje mi pasować i miałam wrażenie, że klub też mógł mieć podobne odczucia. Pojawiły się wtedy inne opcje - trzy z ligi tureckiej. Ostatecznie wybrałam Manisę, głównie dlatego, że pracował tam trener, który był moim drugim trenerem w pierwszym sezonie w Aydın. Zrobił bardzo dobrą robotę i przed rozmową byłam raczej na "nie", ale po spotkaniu naprawdę zmieniłam zdanie - zobaczyłam w tym projekt z dużym potencjałem i bardzo dobrą osobą na czele. Miałam do niego duże zaufanie, więc zdecydowałam się spróbować i myślę, że to była dobra decyzja
Ta zmiana też dała ci szansę, żeby w nowym miejscu być zawodniczką numer jeden?
- Jeśli chodzi o różnicę poziomu i samą sytuację w zespole, to w Aydın tych przegranych meczów trochę było i nie ukrywam - jako ambitny sportowiec każdą porażkę się przeżywa, więc mentalnie trzeba było z tym mocno pracować. A tutaj trafiłam do zespołu, który przez całą rundę przegrał tylko jeden mecz. To daje naprawdę fajne uczucie, bo ciągłe wygrywanie jest bardzo budujące i dodaje pewności siebie. Myślę, że w tamtym momencie właśnie tego potrzebowałam, więc ta decyzja była też trochę podjęta sercem. Wygrywanie bardzo wpływa na zawodnika - rośnie pewność siebie i to było widać też w play-offach, które zagrałam na naprawdę dobrym poziomie. Nie udało nam się finalnie osiągnąć wszystkiego, ale myślę, że weszłyśmy do tej ligi bardzo dobrze, choć po drodze zdarzały się też trudniejsze momenty.
Statystyki po twoim meczu finałowym były bardzo dobre. Można powiedzieć, że był to jeden z najlepszych występów w twojej karierze?
- Pod względem punktów myślę, że tak - jeden z najlepszych, albo na pewno w top 3. Weszłam w ten mecz w coś w rodzaju "flow", sama nie do końca wiem skąd to się wzięło. Byłam już mocno zmęczona, bo to był trzeci mecz z rzędu, ale jednocześnie wiedziałam, jak ważne to spotkanie. Musiałyśmy wygrać za trzy punkty, co ostatecznie się nie udało, bo wygrałyśmy dopiero w tie-breaku, ale gdzieś podświadomie czułam, że po prostu musimy to zrobić. Lubię grać pod presją i myślę, że to mi wtedy pomogło. To był jednak moment, w którym organizm był już bardzo zmęczony - nie do końca się myśli, tylko ciało samo podejmuje decyzje. I czasem faktycznie to działa najlepiej. Co ciekawe, mam urządzenie do mierzenia wyskoku i fizycznie wyglądało to bardzo dobrze - to był jeden z moich najlepszych wyników. To też pokazuje, że mimo zmęczenia można zagrać bardzo mocny mecz. Z perspektywy całej serii to był duży sprawdzian - dzień wcześniej ciężki mecz, porażka, dużo emocji, presja, bo stawką było nie tylko mistrzostwo, ale też przyszłość w klubie.
Jakie masz plany na kolejny sezon? Czy widzisz się w przyszłości w Polsce, czy raczej nadal za granicą - w Turcji albo w innych ligach?
Nie ukrywam, że obecnie dobrze czuję się za granicą i mogę potwierdzić, że zostaję trzeci sezon w Turcji. Wynika to przede wszystkim z tego, że poziom ligi bardzo mocno mnie rozwija. Jeszcze kilka lat temu myślałam, że w wieku 27 lat niewiele mogę się nauczyć, a okazuje się, że dopiero teraz łapię pewne nawyki i elementy, których wcześniej mi brakowało. Mam wrażenie, że w ostatnich dwóch–trzech latach zrobiłam największy progres w swojej karierze i to bardzo mnie motywuje, żeby szukać miejsca w jak najmocniejszych ligach
- Oczywiście, jeśli taka możliwość się nie pojawi, jestem otwarta na inne kierunki, bo uważam, że granie za granicą to ogromne doświadczenie - możliwość poznania różnych kultur, systemów treningowych i podejścia do siatkówki. Jest sporo lig, w których chciałabym jeszcze spróbować swoich sił. Jeśli chodzi o Polskę, to nie ukrywam, że marzę o powrocie, ale na ten moment ważne są dla mnie dwa aspekty. Po pierwsze - wciąż mogę zarabiać za granicą więcej, co nie jest tajemnicą. Po drugie - poziom sportowy. Oglądam polską ligę i widzę, że czołówka trzyma wysoki poziom, ale w środku i na dole tabeli ta różnica potrafi być duża i to jest trochę niepokojące. Dlatego dopóki mam możliwość grania w mocnych ligach, chcę z tego korzystać.










![O której mecz Polska - Serbia? Gdzie oglądać siatkarzy? [TRANSMISJA]](https://i.iplsc.com/000MSSFET3V7C3H6-C401.webp)



