Reklama

Reklama

Niemczyk: Trenerzy też są sobie winni

Już czterech szkoleniowców drużyn z Orlen Ligi straciło pracę, choć rozegrano zaledwie dziewięć kolejek. Zdaniem byłego selekcjonera reprezentacji Andrzeja Niemczyka, główną winę ponoszą sami trenerzy, którzy nie podnoszą swojego warsztatu.

Jako pierwszy, po sześciu spotkaniach, zwolniony został trener Budowlanych Łódź - Adam Grabowski. A potem z pracą kolejno pożegnali się Dominik Kwapisiewicz (PGNiG Nafta Piła), Agata Kopczyk (Pałac Bydgoszcz), a kilka dni temu Maciej Kosmol (SK bank Legionovia Legionowo). Szkoleniowcom nie pomogły nowe zasady rozgrywek - zamknięta liga, brak spadku, a co za tym idzie - teoretycznie mniejsza presja. W ubiegłym sezonie w analogicznym okresie dokonano dwóch zmian trenerskich.

Niemczyk nie broni jednak swojego środowiska, gdyż jego zdaniem trenerzy pracujący w żeńskiej ekstraklasie nie podnoszą swoich umiejętności.

Reklama

- To co powiem jest przykre, ale prawdziwe. Poziom naszych trenerów nie jest za wysoki. Przyjeżdżają do nas szkoleniowcy z zagranicy, wielu z nich często przeciętnych, ale wciąż są lepsi od naszych. Większość naszych trenerów kończy studia i "jedzie" na tym przez kolejnych 20 lat. Tymczasem sport jest taką dynamiczną dziedziną, która szybko się rozwija jak choćby medycyna. I nie można stać w miejscu - powiedział były selekcjoner żeńskiej reprezentacji, z którą w 2003 i 2005 roku zdobył mistrzostwo Europy.

Jak dodał, potencjał klubów, które zmieniły trenerów, jest znacznie większy niż obecny dorobek punktowy, miejsce w tabeli i sama gra. Pałac zamyka ligową tabelę, Nafta jest 10., Legionovia lokatę wyżej, a łodzianki plasują się na siódmej pozycji.

- Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że zmian dokonano bardzo wcześnie. Ale to nie jest tak, że ci szkoleniowcy zaczęli pracę na początku ligi tylko dwa miesiące wcześniej. Tak jak trener przygotował ten zespół przez całe lato, tak on gra - zauważył.

Niemczyk zaznaczył, że będzie wspierał polskich trenerów, pod warunkiem, że zaczną się szkolić i doskonalić swój warsztat.

- Mnie trudno nazwać polskim trenerem, bo tak naprawdę dokształcałem się za granicą - w Niemczech czy w Turcji. Musiałem prowadzić różnego rodzaju kursy i być lepszy od "obrytych" Niemców czy Turków. Mieliśmy mistrzostwa świata, była okazja podpatrzeć trenerów jak pracują ze swoimi reprezentacjami, tymczasem mało kto z tego skorzystał. To ja sam jechałem na halę na treningi, żeby zobaczyć czy ktoś coś nowego nie wymyślił. Jeśli ktoś się nie kształci, to nie ma wyniku i niech się potem nie dziwi, że go zwalniają - stwierdził.

Według Niemczyka, takiego kłopotu nie ma w męskiej ekstraklasie, gdzie systematycznie pojawiają się nowi, młodzi szkoleniowcy i nieźle sobie radzą.

- Za trenerkę bierze się wielu byłych reprezentantów kraju. Widać, że cały czas się kształcą. Szkoda tylko, że ci z męskiej ekstraklasy niezbyt chętnie chcą pracować z kobietami. Bo to jest znacznie trudniejszy kawałek chleba - ocenił Niemczyk.

Były selekcjoner "złotek" nie ukrywa, że prezesi klubów, którzy często dokonują roszad na ławce trenerskiej, też są sobie winni. To to oni bowiem decydują, kto prowadzi ich zespoły.

- To jest najprostsze, nie ma wyniku, więc zwalnia się trenera. Ale pytanie trzeba postawić, kto jest odpowiedzialny za jego zatrudnienie. Zwykle prezes lub zarząd. Sam siebie nie ukarze, więc najprościej jest pożegnać się z trenerem. Brakuje pewnej rozwagi, zastanowienia, bierze się często trenerów z "łapanki". Zwalniając szkoleniowców prezesi jeszcze bardziej zapędzą się w +kozi róg+, bo tak naprawdę nie wiadomo skąd oni wezmą ich następców - podsumował Niemczyk.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje