Reklama

Reklama

Liga Siatkówki Kobiet. Stephane Antiga: Elementy męskiego systemu gry zadziałały

Stephane Antiga ma dużą satysfakcję po pierwszym roku pracy w kobiecej siatkówce, który zaowocował wicemistrzostwem Polski z Developresem SkyRes Rzeszów. - Wprowadziłem elementy męskiego systemu gry i to zadziałało - powiedział francuski trener.

Okres walki z pandemią spędza pan wraz z najbliższymi w Rzeszowie. Nie było wcześniej pomysłu, by wybrać się do ojczyzny?

Stephane Antiga: Do Francji nie, ale myśleliśmy o przeniesieniu się do Hiszpanii (Antiga ma dom na Majorce - przyp. red.). Podczas kwarantanny nie jest to jednak łatwe. W pewnym momencie pojawiła się też szansa, że zostaną wznowione zajęcia w szkole, więc zostaliśmy. Poza tym ja cały czas pracuję w klubie.

Po przedwczesnym zakończeniu sezonu pana podopieczne dbają o podtrzymanie formy we własnym zakresie?

- Dostały plan ćwiczeń do wykonywania od naszego trenera od przygotowania fizycznego Artura Płonki.

Jak wygląda pana typowy dzień w obecnej sytuacji?

- Pracuję nad budową drużyny na kolejny sezon, oglądam mecze. W czasie wolnym gram z dziećmi w planszówki, oglądam filmy i seriale oraz słucham muzyki.

Francja to jeden z krajów, które - jak na razie - najbardziej ucierpiały w wyniku pandemii. Jak wygląda sytuacja pana bliskich, którzy tam mieszkają?

- Rodzice od półtora miesiąca siedzą w domu, oni i znajomi na szczęście są zdrowi. We Francji, Hiszpanii, Włoszech i USA jest dramatycznie. Fajnie, że w Polsce tak szybko zareagowano, sytuacja jest bardziej pod kontrolą.

Za panem pierwszy rok pracy w roli szkoleniowca kobiecej drużyny. Okazało się to większym czy mniejszym wyzwaniem niż pan zakładał przed jej rozpoczęciem?

- To było wiele pracy i nauki dla mnie, ale wspominam ten czas bardzo fajnie.

A jak pan go ocenia pod względem czysto sportowym?

- Mam ogromną satysfakcję, to był fantastyczny sezon. Dziewczyny bardzo dobrze pracowały, sztab szkoleniowy i klub również. Oczywiście żałuję, że nie zdobyliśmy mistrzostwa. Zabrakło nam jednego punktu, szkoda. Wygranie finału Pucharu Polski też było w naszym zasięgu, jak się spojrzy na jego przebieg. W tym sezonie cały czas graliśmy coraz lepiej, prezentowaliśmy bardzo wysoki poziom i to była bardzo fajna siatkówka.

Developres, zdobywając srebro w ekstraklasie, osiągnął najlepszy wynik w historii klubu. Ocenia pan ten medal z tej perspektywy, czy ma ciągle w głowie, że do złota zabrakło tego jednego punktu?

- Biorę pod uwagę obie kwestie. Szkoda, że nie udało się dokończyć normalnie fazą play off, ale i tak oceniam te rozgrywki bardzo pozytywnie. Patrzę na ludzi, z którymi pracowałem i na wyniki. To był supersezon i świetne doświadczenie. Dlatego też chciałem zostać w Rzeszowie i pracować w tym samym sztabem szkoleniowym.

Reklama

W pierwszej połowie kwietnia mówił pan, że w drużynie z dotychczasowego składu pozostanie osiem zawodniczek, a wciąż trwają poszukiwania siatkarek na trzy pozycje. Jak obecnie wygląda sytuacja?

- Skład jeszcze nie jest kompletny, obecna sytuacja jest skomplikowana. Nie chciałbym mówić teraz o szczegółach odnośnie tego, kogo jeszcze potrzebujemy, ale mogę zapewnić, że podstawę zespołu już mamy.

Są obawy, że z powodu koronawirusa budżet klubu nie będzie tak duży jak planowano wcześniej?

- Prawdopodobnie będzie mniejszy. Będziemy budować zespół tak, jak możemy. Sytuacja jest ciężka i rozumiem to. Będzie może mniej doświadczonych siatkarek, ale to, że na papierze wydaje się, iż nie są tak ograne, to przecież nie wszystko. Przed nami także debiut w Lidze Mistrzyń, to będzie bardzo ciekawe przeżycie dla klubu.

Coś pana szczególnie zaskoczyło w kobiecej siatkówce?

- Gdy przyjąłem ofertę pracy w Rzeszowie, to zacząłem oglądać sporo meczów żeńskich zespołów, ale i tak potem codziennie odkrywałem coś nowego. Na początku było trochę zaskoczeń, ale to było fajne, pojawiały się nowe rzeczy. Ciężko podsumować specyfikę tej pracy po roku. Usłyszałem potem, że obstawiano, iż pójdzie mi dużo gorzej i że będzie mi trudniej się przestawić w pierwszym sezonie. Tymczasem przegraliśmy tylko po jednym meczu w lidze i PP, w Pucharze CEV też poszło nam nieźle.

W porównaniu do męskiej siatkówki jest więcej różnic czy podobieństw?

- Musiałem się nauczyć nowych kwestii odnośnie komunikacji, taktyki, fizycznej strony tego sportu, ćwiczeń wykonywanych na boisku. Ogólne zasady dotyczące prowadzenia grupy są takie same. Dziewczyny trenowały na maksa, bardzo chętnie pracowały. System gry jest różny, ale zrealizowałem swój pomysł, by wprowadzić elementy zaczerpnięte z męskiego. M.in. przyjęcie piłki palcami, obrona przedłużoną ręką. Co prawda żadna z dziewczyn nie zagrywała z wyskoku, ale stosowaliśmy skróty i kiwki, tak jak to robiłem z zawodnikami w Warszawie. I zadziałało, wyniki to potwierdzają. Dużo pracy poświęciliśmy na pracę na systemem blok-obrona, graliśmy sporo podwójnej krótkiej.

Ogląda pan jeszcze mecze męskiej siatkówki?

- Tak, czasem. Ale dużo więcej jednak kobiecej. Wciąż chcę się uczyć. Oglądam więc filmiki, jakie rozwiązania stosuje się np. we Włoszech czy Francji.

Chce pan zostać teraz w żeńskiej siatkówce na dłużej, czy w przypadku ciekawej oferty rozważyłby pan w najbliższych latach powrót do prowadzenia męskiej drużyny?

- Na razie chciałem zostać w Rzeszowie, gdzie mam dwuletni kontrakt. Trudno wybiegać dalej w przyszłość, bo w pracy trenera ciężko cokolwiek planować. Za wcześnie więc na takie deklaracje, ale cieszę się, że mam takie dwie opcje.

Poza zmianą siatkówki z męskiej na kobiecą rok temu zmienił pan też miejsce zamieszkania. Potrzeba było czasu na przyzwyczajenie się do nowego?

- Tak, bo przecież w Warszawie mieszkałem aż pięć lat. Rzeszów jednak bardzo mi się podoba - centrum, a niedaleko mam las. Obecnie sporo spaceruję, korzystając z wolnego czasu. W pobliżu są też góry. Jeszcze nie byłem dłużej w Bieszczadach, ale mam to w planie. Może uda się niedługo. Na ulicy jestem rozpoznawany, bo siatkówka jest tu bardzo popularna. Jedyny minus to korki, jest dużo samochodów. Poza tym miasto jest bardzo fajne.

Liga Narodów w sierpniu ma rację bytu?

- To by była bardzo trudna sytuacja dla klubów. To późny termin, a potrzeba czasu na zgranie z zespołem najlepszych zawodniczek i przedsezonowe sparingi. Poza tym LN oznacza sporo przemieszczania się, a hotele mogą być jeszcze zamknięte. No i granie bez kibiców... Będzie z tym bardzo ciężko.

A co z sytuacją w tenisie, którego jest pan wielkim miłośnikiem?

- Jest skomplikowana. Uważam, że granie w odstępie tygodnia US Open i French Open, gdzie mowa o zmianie nawierzchni i kontynentów, nie ma sensu. Imprezy wielkoszlemowe straciłyby wówczas swój prestiż. Poza tym bardzo możliwe, że trzeba byłoby grać bez kibiców, a dla nich takie turnieje to święto i możliwość zobaczenia na żywo wspaniałych zawodników. Niełatwo będzie też z otwarciem granic poszczególnych krajów do tego czasu. Dużo czytam i oglądam wiadomości na temat pandemii - są różne opinie, kiedy ona może wygasnąć. Najważniejsze, by szanować i akceptować każdą decyzję. Praca wielu osób może ucierpieć, ale zdrowie jest najważniejsze.

Rozmawiała Agnieszka Niedziałek 



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje