Reklama

Reklama

Liga włoska. Nie bluźnij, bo czeka cię dyskwalifikacja

We włoskich ligach piłkarskich od dziewięciu lat obowiązuje przepis nakładający sankcje za bluźnierstwo. Tylko w tym sezonie za to przewinienie ukaranych zostało pięciu piłkarzy i trenerów.

Najgłośniejszy był przypadek Rolando Mandragory z Udinese z sierpnia ubiegłego roku. 21-letni włoski pomocnik po niewykorzystanej sytuacji strzeleckiej w meczu Serie A z Sampdorią Genua zaklął na czym świat stoi, obrażając przy tym Boga i Świętą Maryję. Prowadzący spotkanie arbiter nie usłyszał wyzwisk albo puścił je mimochodem, ale władze ligi na podstawie zapisu video odszyfrowały bluźnierczą tyradę.  Mandragora został ukarany dyskwalifikacją na jeden mecz. Pośrednią konsekwencją kary był również brak powołania do reprezentacji.

Reklama

W obecnym sezonie piłkarska klątwa za bluźnierstwo została nałożona również na trenera Atalanty Bergamo Gian Piero Gasperiniego i szkoleniowca Empoli Beppe Iachiniego, team menedżera AC Milan Andreę Romeo oraz pomocnika Bolonii Andreę Poliego. Najczęściej dowodem na naruszenie przepisu jest zapis telewizyjny. Federacja wynajmuje w tym celu specjalistów potrafiących odczytać mowę z ruchu warg.

W przeszłości kary za bluźnierstwa nie omijały znanych piłkarzy, m.in. byłego reprezentanta Francji Jeremy'ego Meneza. Wielu piłkarzy i trenerów dziwi się, że federacja była łaskawa dla Gianluigiego Buffona, który - jeśli chodzi o czystość języka - nigdy nie był aniołkiem. Mnóstwo przypadków stosowania tego przepisu miało miejsce w niższych ligach.

We włoskim prawie karnym wciąż istnieje sankcja administracyjna za bluźnierstwo. W 2010 roku Włoska Federacja Piłkarska postanowiła zastosować ten przepis w regulaminie rozgrywek amatorskich i zawodowych. Sprzeciwił się temu Związek Zawodowy Piłkarzy, ale prawo zostało ustanowione. Twórcy tłumaczyli, że w ten sposób chcą zadbać o edukację młodych zawodników i sprawić, żeby starsi nie dawali złego przykładu. Zdecydowały też względy bardziej praktyczne. Sędziowie nie wiedzieli jak postępować w takich przypadkach, bo bluźnierstwa były powszechnie stosowane przez zawodników i szkoleniowców. Przepis ten jest wpisany do regulaminu pod tym samym paragrafem co "oczernianie lub znieważanie z jakiekolwiek powodu - koloru, religii, płci, narodowości".

Federacja traktuje przepis poważnie. Ma z tego powodu wielu krytyków. "Wolność wypowiedzi nigdy nie powinna podlegać rygorowi zasad moralnych. Każde słowo, nawet bluźniercze, powinno być przedmiotem debaty, a nie procesu, także w sporcie" - napisał po karze dla Mandragory znany włoski dziennikarz Carmelo Abbate.

W obronie ukaranych stają czasami nawet księża. Gdy zdyskwalifikowany został trener trzecioligowego Lecce, ksiądz z miejscowej parafii publicznie wypowiedział się, że nie zostały wypełnione wszystkie warunki bluźnierstwa i prosił o miłosierny wyrok dla szkoleniowca. Federacja pozostała jednak nieugięta.

Większość trenerów podlegających sankcjom przyznaje się do gorliwej wiary, często mają w rodzinie księży i mówią, że taka forma "wypowiedzi" jest częścią włoskiej ekspresji. "Czasami na ławce rezerwowych nie zwraca się uwagi na to, co się mówi" - tłumaczył jeden z pierwszych ukaranych Ezio Capuano z trzecioligowej Potenzy. "Ta forma rozdrażnienia językowego przynależy do świata sportu. Przepis o bluźnierstwie nie jest zwycięstwem Kościoła, ale jest konieczny, ponieważ wszystko zostaje wychwycone przez kamery i mikrofony" - powiedział w magazynie "L’Equipe" ksiądz Alessio Albertini, brat Demetrio, znanego byłego piłkarza Milanu i reprezentacji Włoch.

Olgierd Kwiatkowski

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL