Reklama

Reklama

Copa America. Brazylia – Argentyna, czyli wielki test dla "Canarinhos"

Takie mecze zawsze wzbudzają wielkie emocje. Brazylia – Argentyna! Już w półfinale Copa America zmierzą się drużyny, które może nie grają najbardziej przekonująco, ale ich rywalizacja niezmiennie gwarantuje, że nikt nie odpuści. Do końca - pisze prosto z Rio de Janeiro, specjalnie dla Interii, argentyński dziennikarz Sergio Levinsky.

Spośród ośmiu drużyn grających w ćwierćfinałach Copa America tylko jedna strzeliła gole w ciągu dziewięćdziesięciu minut. Argentyna wygrała 2-0 z Wenezuelą na legendarnej Maracanie. Pozostałe trzy mecze zakończyły się bezbramkowo, a zatem konieczne były rzuty karne. Jak się okazało, zakończone niespodziewanymi porażkami dwóch drużyn uznawanych za faworytów, Urugwaju i Kolumbii.

Reklama

Kiedy jednak klasa drużyn jest tak zbliżona, wyniki mogą być nieoczekiwane. Mało brakło, aby stało się tak również w meczu Brazylii z Paragwajem. Gospodarze, wielcy faworyci turnieju, mieli dość łatwą grupę (z Boliwią, Peru i Wenezuelą), a mimo to tylko w jednym z dotychczasowych meczów potrafili strzelić gola do przerwy. Grając przed własną publicznością. Przeciwko Paragwajowi w ćwierćfinale nie zdobyli bramki w ciągu 90 minut, co spowodowało nerwowe rzuty karne.

Oznacza to, że żadna z ekip nie mogła liczyć na łatwy awans do najlepszej "czwórki". Nawet Brazylia, choć była drużyną, która miała na koncie najwięcej podań. Jednak bez kontuzjowanego Neymara i bez Marcelo, który w ogóle nie został powołany, trudno o jakiś szczególny błysk w grze "Canarinhos".

To prawda, że gospodarze mają bardzo dobrych zawodników na wszystkich pozycjach, ale problem tkwi w tym, że nie ma nikogo, kto byłby w stanie wziąć na siebie ciężar gry w kluczowych momentach. Dla Philippe Coutinho wydaje się to jeszcze za trudne zadanie. Poza tym, Brazylia nie ma teraz bramkostrzelnych napastników, a w akcjach ofensywnych ważną rolę muszą pełnić prawy obrońca Dani Alves oraz Willian i Everton po bokach. Roberto Firmino i Gabriel Jesus, dwaj atakujący, nie spełniają na razie pokładanych w nich nadziei.

Nie za bardzo też wiadomo, na co stać obecnie obronę Brazylijczyków. Z jednej strony jest niepokonana w czterech meczach, ale tak naprawdę poziom trudności w dotychczasowych meczach był niewielki. Spotkanie przeciwko Argentynie Messiego, Agüero i Martíneza na tym samym stadionie Mineirao w Belo Horizonte, gdzie Brazylia przegrała z Niemcami 1-7 podczas mundialu‘2014, będzie dla gospodarzy wielkim testem.

"Albicelestes" doskonale wiedzą, że nie będą faworytami w tym spotkaniu; że rywale "muszą" wygrać, bo grają u siebie. Ale dzięki temu presja, która towarzyszyła Messiemu i kolegom, gdy ważyły się losy wyjścia z grupy będzie znacznie mniejsza. Było to już widać w ćwierćfinałowym spotkaniu z Wenezuelą (2-0), które nie było idealne, ale jednak Argentyna miała je pod kontrolą.

Jest takie powiedzenie w Argentynie, które pasuje do tej sytuacji. Mówi, że "melony potrafią dostosować się do ruchu ciężarówek". Ekipa Lionela Scaloniego też z upływem czasu dostosowuje się do sytuacji. Zaczęła bardzo źle, przegrywając z Kolumbią i grając w systemie 1-4-4-2, który nie zadziałał. Potem trener postanowił wzmocnić środek pola, usuwając z niego Giovaniego Lo Celso i stawiając na Rodriga De Paula (po prawej) i Marcosa Acuñę (po lewej). Ze składu wypadł też Ángel Di María, by dać szansę zwinnemu i dynamicznemu Lautaro Martínezowi obok Sergio Agüero. Z grającym za nimi Lionelem Messim system 1-4-3-1-2 funkcjonuje znacznie lepiej.

Znamienne jest to, że żadnego z dotychczasowych meczów Messi nie może zaliczyć do udanych. Jak sam twierdzi, murawa na brazylijskich stadionach jest w bardzo złym stanie, a to przeszkadza w płynnej grze. Dla przeciwwagi trzeba jednak dodać, że powiedział również, iż czuje się wspierany przez zespół, co nie było dotychczas takie ewidentne w argentyńskiej drużynie.

W pozostałych meczach ćwierćfinałowych były niespodzianki. Nieco mniejsza w spotkaniu Kolumbia - Chile, ale jednak. "La Roja" pod wodzą kolumbijskiego trenera Reinalda Ruedy "odzyskuje" graczy, którzy jeszcze niedawno byli w słabej formie jak Alexis Sanchez czy Gary Medel, a pojawienie się w bramce Gabriela Ariasa zamiast Claudia Bravo wydaje się dobrą decyzją. Dwukrotny mistrz Ameryki Południowej znowu gra jak za najlepszych lat. W meczu z Kolumbią Chile było lepsze i gdyby nie VAR, to pewnie nawet nie byłoby rzutów karnych.

W ostatnim meczu ćwierćfinałowym doszło do największej niespodzianki. Peru przegrało wcześniej z Brazylią 0-5, przeszło do fazy pucharowej z trzeciego miejsca, mając szczęście, że Japonia tylko zremisowała z Ekwadorem, ale mecz z Urugwajem był bardzo wyrównany. To już trzeci awans Peruwiańczyków do półfinału w ostatnich czterech edycjach Copa America.

Starcie z Chile będzie jednak bardzo trudne, bo to "La Roja" jest większym faworytem, aby trzeci raz z kolei zagrać w finale.

Urugwaj - zespół, który prezentował się dotychczas najbardziej solidnie - nie był w stanie pokonać Peruwiańczyków, także dlatego, że VAR, słusznie, anulował trzy gole. Potem jeszcze Luis Suarez nie trafił jako jedyny w serii rzutów karnych. Wielu obserwatorów już myślało, że dojdzie do kolejnego finału Brazylia - Urugwaj i powtórki/rewanżu słynnego "Maracanazo".

Ale jeszcze nie teraz.

Sergio Levinsky z Rio de Janeiro

Dowiedz się więcej na temat: Copa America | Sergio Levinsky

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje