Reklama

Reklama

Rugby. Dwayne Burrows: Nowa Zelandia ma wiele rodzajów haki

W sobotę odwieczni rywale Nowa Zelandia i Republika Południowej Afryki zagrają po raz setny w historii. Zawodnik Ogniwa Sopot, Dwayne Burrows, jest naszym przewodnikiem po rugby na południowej półkuli.

Maciej Słomiński, Interia: Jak to możliwe, że Nowa Zelandia, w której mieszka zaledwie 4,5 miliona ludzi jest potęgą w rugby?

Dwayne Burrows, rugbista Ogniwa Sopot: - Rugby jest tak powszechne w Nowej Zelandii jak oddychanie. Gdy grałem w małym klubie w rodzinnej miejscowości Rakaia (1400 mieszkańców) wszyscy byli w zaangażowani w rugby. Mój wujek był prezesem klubu, ciocia działała w związku regionu Canterbury, starszy kuzyn był trenerem w klubie, a młodszy grał dla drużyny U15. I tak jest w każdym mieście i miasteczku.

Co oprócz rugby jest jeszcze w miejscowości Rakaia?

Reklama

- Dwa puby, weterynarz, niewielkie centrum handlowe i poczta. Nie jest to metropolia, trudno się zgubić, co nie zmienia faktu, że to moje miejsce na ziemi. Urodziłem się w Christchurch, największym mieście Wyspy Południowej i drugim największym w kraju po stolicy, Wellington. Christchurch w stanie Canterbury to spore miasto (około 400 tys. mieszkańców), zniszczone przez trzęsienia ziemi, na szczęście teraz odbudowuje się w dobrym stylu.

Jakie inne sporty uprawia się w Nowej Zelandii?

- Moja ojczyzna jest położona na dwóch wyspach, dlatego obecne są sporty wodne, m.in: wioślarstwo i wędkarstwo.

Trudno łowienie ryb nazwać sportem.

- Po rugby jest krykiet , który jest sportem stricte letnim. Po meczu krykieta wszyscy idą razem grać w rugby. Kto tego nie zobaczy na własne oczy, nie uwierzy, ale w Nowej Zelandii rugby jest czymś w rodzaju religii. Albo grasz w rugby, albo je oglądasz. Najczęściej robisz to jednocześnie.

Od jakiego wieku gra się w rugby w Nowej Zelandii?

- Trudno powiedzieć, gra się właściwie od momentu kiedy nauczysz się chodzić. W szkole, gdy jest pora lunchu wszyscy rzucają książki, biegną na boisko, by choć chwilę pograć. Ja w wieku sześciu lat wyjechałem z rodzicami do Australii, grałem w zawodach dla mojej szkoły i klubu zarówno według przepisów rugby union, jak i rugby league. Wciąż graliśmy, można to nazwać obsesją. Rugby to najcenniejsza rzecz, którą mamy.

W Nowej Zelandii w rugby gra każdy

Mam trochę pretensji do was, Nowozelandczyków, za to jak nazwaliście wasze dwie wyspy - Północna i Południowa. Jest tyle pięknych nazw, a wy poszliście na łatwiznę.

- Faktycznie, nigdy o tym nie myślałem (śmiech). Na naszą obronę przedstawię to, że obie wyspy mają bardziej wysublimowane nazwy maoryskie. Tak samo jak miejscowość, z której się wywodzę. Rakaia, kiedyś nazywała się Cholmondeley.

Mówiliśmy o Australii - jakie są relacje większej Australii z mniejszą Nową Zelandią?

- Jak między bratem i siostrą. Lubimy sobie dogryzać, z drugiej strony żyć bez siebie nie umiemy. Zawsze chcemy pokonać bardziej wyrośnięte rodzeństwo w zawodach sportowych, ale nie ma między nami niechęci. Ja mam paszporty oby krajów. Wielu moich rodaków żyje na wschodnim wybrzeżu Australii. Gdy jest mecz między "Wallabies" i "All Black" sympatie na trybunach dzielą się po równo. Nie powiem złego słowa o Australii, długo tam mieszkałem, teraz w Brisbane przebywają moi rodzice.

W sobotę czeka nas mecz o wygraną w Rugby Championship - Nowa Zelandia zagra z RPA.

- Muszę cię rozczarować, nie interesuję się rugby aż tak bardzo. Oglądałem rugby każdego dnia i trochę się znudziłem. Wiem, że RPA i Nowa Zelandia to obecnie dwa najlepsze zespoły na świecie. To będzie setny raz, gdy te dwa zespoły zmierzą się ze sobą.

Jak słyszę trochę się jednak orientujesz.

- Jak wszyscy w Nowej Zelandii kibicuję "All Blacks".

Nawet przyszedłeś ubrany na czarno na cześć reprezentacji narodowej Nowej Zelandii w rugby.

- Nie da się ukryć. Poza naszą reprezentacją śledzę losy Crusaders - drużyny ligi Super Rugby z Christchurch. Ten mecz jest ważny dla "All Blacks", ale również dla mnie - w drużynie Ogniwa najbliżej jestem z Wiaanem Gribenowem, który pochodzi z RPA. Jeśli "All Blacks" wygrają będę mógł mu dogryzać przez najbliższy czas.

Co to za turniej - Rugby Championship?

- Kiedyś to był Tri-Nations Cup (Puchar Trzech Narodów - Australia, Nowa Zelandia, RPA), teraz dołączyła Argentyna i rozgrywany jest Rugby Championship. To coś w rodzaju mistrzostw półkuli południowej w rugby. Teraz na szczęście mecze rozgrywane są z udziałem publiczności. Oba sobotnie spotkania (Nowa Zelandia - RPA i Argentyna - Australia) rozegrane zostaną w "bańce" w australijskim Townsville w stanie Queensland. Tak wyglądają obecnie te rozgrywki - drużyny zjeżdżają na jakiś stadion i rozgrywają dwa mecze jeden po drugim.

W sobotę Nowa Zelandia zagra z RPA po raz setny

Rozumiem, że to dość prestiżowa impreza.

- Dla nas od tego turnieju większy jest tylko Puchar Świata. Jeśli chodzi o tę imprezę staram się oglądać każdy mecz. Kolejne mistrzostwa odbędą się we Francji w 2023 r. "All Blacks" zrobią wszystko, by strącić "Spingboks" (reprezentacja RPA) z mistrzowskiego tronu. Szczególnie lubię śledzić postępy krajów o mniejszej tradycji w rugby. Jak np. Japonia, która przegrywała trzycyfrowym wynikiem, a teraz rzuca rękawicę największym. Chciałbym dożyć dnia, gdy reprezentacja Polski zakwalifikuje się do Pucharu Świata.

Mówiłeś, że rugby to najcenniejsza rzecz jaką ma Nowa Zelandia. A co z przyrodą? Cała trylogia "Władcy Pierścieni" została nakręcona w twojej ojczyźnie. Myślę, że nie był to przypadek.

- To trochę jak z plażą w Trójmieście. Nie doceniamy tego, co mamy pod nosem. Nawet tam, gdzie mieszkałem, widziałem krajobrazy, których nie ma nigdzie indziej na świecie. Na Wyspie Południowej są jeziora zapierające dech w piersiach. Większość zdjęć pochodzących z Nowej Zelandii, które widziałeś w sieci, zostało prawdopodobnie zrobione w Queenstown, to miasto leżące nad pięknym jeziorem Wakatipu pełniące jednocześnie rolę kurortu narciarskiego. Gorąco polecam Nową Zelandię.

Wierzę, że to piękny kraj, mam plan kiedyś się tam wybrać. Dlaczego młodzi ludzie masowo go zatem opuszczają?

- Każdy obywatel Australii i Nowej Zelandii ma prawo do uzyskania dwuletniej wizy do Zjednoczonego Królestwa. Wielu to wykorzystuje i jedzie zrobić coś co my nazywamy OA (overseas experience) - zamorskie doświadczenie. Ludzie z antypodów pracują, imprezują i podróżują po Europie. Potem, gdy wiza się kończy, wracają do Nowej Zelandii, ale gdy już zasmakowali podróży, wracają do Europy, w której zwyczajnie więcej się dzieje. Znam ludzi, którzy są na drugim biegunie i cierpią na "small town syndrome", nigdy nie wyjechali ze swego miasta czy regionu. Może po prostu nie jest to życie dla każdego? Każdy ma wybór. Nie mówię, że w Nowej Zelandii źle się żyje. Wprost przeciwnie. Jesteśmy wyluzowani i zrelaksowani.

No tak, ty się wydajesz dość zrelaksowany.

- Moja mama zawsze żartuje, że gdybym się wyluzował jeszcze bardziej leżałbym na podłodze. Nigdzie mi się nie spieszy, zawsze mam czas. Jedyny wyjątek to 80 minut meczu rugby, wtedy na boisku wyładowuję wszystkie frustracje.

Czym się różni Wyspa Północna od Południowej? Stolica kraju Wellington mieści się na Północnej, czy to znaczy, że ta część kraju jest w jakimś stopniu faworyzowana?

- Mam skalę porównawczą, bo grając w rugby mieszkałem w wielu miejscach Nowej Zelandii, w różnych regionach. W Tauranga, Christchurch, Hamilton, Dunedin. Różnica jest taka, że na Wyspie Północnej jest cieplej. Wyspa Południowa jest większa, zdominowana przez rolnictwo, stąd transport żywności mniej kosztuje, przez co jest taniej. Jestem uprzedzony, pochodzę z południa, dlatego zawsze wybiorę moją wyspę. Żartuję, obie wyspy są dobrym miejscem do życia.

Gdzie jest więcej śladów kultury maoryskiej?

- Na północy. Język maoryski został niedawno wprowadzony jako drugi oficjalny w Nowej Zelandii. W tym języku nazwa mojego kraju to Aotearoa - co oznacza Kraj Długiej Białej Chmury. Bardzo dobrze, że kultura rdzennej ludności jest respektowana.

Ty jesteś Maorysem?

- Nie, co nie znaczy, że obca mi jest haka.

To miało być moje następne pytanie.

- Byłem częścią drużyny, która nazywa się "New Zealand Ambassadors", raz w roku graliśmy z drużyną czeską. W związku z tym spędzaliśmy tydzień w Pradze. Tam tańczyliśmy hakę przed czeskim ministrem czy merem miasta, tuż przed meczem. Nie ma jednego rodzaju haki. W Nowej Zelandii wykonuje się ją na weselach, pogrzebach, przed meczami "All Blacks", którzy wykonują "Ka mate". Każda haka oznacza co innego. Każda szkoła, każdy klub rugby ma swoją.

Co oznacza wykonanie haki?

- To zależy, niektóre oznaczają szacunek dla rywala, niektóre mają go onieśmielić, inne ułatwić sprostaniu wyzwaniu. Maorysi przekazywali sobie hakę z pokolenia na pokolenia, współcześni Nowozelandczycy przyjęli ją jako swoją. Gdy grają "All Blacks" czasem haka jest ciekawsza od meczu (śmiech). Rywale też mają szacunek dla haki. Ja wykonywałem hakę wiele razy. Gdy grałem dla New Zealand Heartland przeciw drużynie nowozelandzkiej marynarki wojennej obie drużyny wykonywały hakę jednocześnie.

Jak to się stało, że trafiłeś do Polski?

- Gdy grałem w Szkocji, duńska drużyna zaprosiła mnie do gry dla nich w turnieju na Ibizie. Trenerem tej drużyny był Craig Bachurzewski. Potem ściągnął mnie do Anglii. Niespecjalnie mi się tam podobało, dlatego skorzystałem z możliwości przejścia do Polski razem z nim. On doznał kontuzji, ja zostałem do dziś w Ogniwie Sopot.

Jak oceniasz poziom polskiej Ekstraligi rugby?

- Moim zdaniem, z roku na rok jej poziom się podnosi. Przyjeżdża wielu zawodników zza granicy, szczególnie z RPA. Gdy przyjechałem w 2018 r. było ich o wiele mniej. Liga jest coraz ciekawsza w dużej mierze dzięki trenerom, którzy są coraz lepiej wykształceni. Największa różnica z rugby na światowym poziomie tkwi w najmniejszych detalach. Ogniwo Sopot jest bardzo dobrą drużyną, ale byłoby jeszcze lepszą, gdyby każdy zawodnik był traktowany indywidualnie i był szkolony pod kątem gry na konkretnej pozycji.

Myślę, że pomogłoby gdyby polscy rugbiści mogli się tym sportem zająć zawodowo, a nie po pracy.

- To oczywiste, wówczas rozwój polskiego rugby byłby jeszcze szybszy. Nie widzę jednak wśród moich kolegów z klubu zmęczenia czy braku chęci do pracy. Nie ma w życiu wielu wspanialszych rzeczy niż bycie z grupą przyjaciół i robienie tego, co się kocha. Czy wygramy czy przegramy, robimy co możemy i zawsze jesteśmy razem.

Mnie zaprowadziła do rugby tzw. trzecia połowa.

- Są tacy, którzy twierdzą, że to najlepszy element mojej gry. Staramy się z Wiaanem przemycać elementy z trzeciej połowy z naszych krajów, jak to, że najlepszy zawodnik meczu musi wypić piwo jednym haustem.

Jak wygląda trzecia połowa na antypodach?

- Bardzo podobnie jak w Polsce. W Nowej Zelandii obie drużyny po meczu idą razem do budynku klubowego, najlepszy zawodnik każdej ze stron staje na stole i przemawia do zebranych. Największa różnica polega na tym, że my pijemy więcej piwa, Polacy gustują w mocniejszych rzeczach.



Reprezentacja Nowej Zelandii w rugby to "All Blacks:", reprezentacja piłkarska to "All Whites". Czytałem gdzieś ostatnio, że są pomysły, by zmienić ostatnią z tych nazw, jako że może być dla kogoś obraźliwa.

- Nowozelandzcy koszykarze mają przydomek "Tall Blacks". Faktycznie, jeśli ktoś nie zna kontekstu, "All Whites" nie brzmi dobrze, ale życzę nam wszystkim, byśmy mieli tylko takie problemy. Wracając do rugby: "All Blacks" to już marka, coś jak Adidas albo Nike, ciężko byłoby to zmienić.

Chciałem zapytać o koszykówkę. Masz Kobe Bryanta na swoim zdjęciu profilowym na Facebooku.

- Tak, to jeden z moich bohaterów, imponowała mi jego gra i etyka pracy, żałuję że nigdy nie widziałem go na żywo. W rugby do treningu potrzebujesz partnerów, do kosza możesz godzinami rzucać w samotności. Tak się wciągnąłem w ten sport, myślę że to pomogło mi się stać lepszym rugbistą.

Jakie są twoje przewidywania na trwający sezon Ekstraligi?

- Nawiązując do wspomnianej koszykówki, gdy Lakersi wygrali mistrzostwo NBA po raz trzeci z rzędu (tzw. "three-peat") zawodnicy mówili, że trzeci tytuł był najtrudniejszy do zdobycia. Po dwóch kolejnych mistrzostwach zdobytych z Ogniwem, to musi być naszym celem. By go osiągnąć nie możemy stracić koncentracji i popaść w samozadowolenie. Inne drużyny mobilizują się specjalnie na nas. Rok temu przegraliśmy z Orkanem, teraz zmobilizowaliśmy się specjalnie na mecz z nim w Sochaczewie. Mierzymy w finał, chcemy go grać u siebie, tak jak w dwóch poprzednich latach. Nie ma nic lepszego od finału w Sopocie, przed naszą publiką, która jest najlepsza w Polsce. Kibice to 16. zawodnik Ogniwa.

Jak ci się podoba w Polsce?

- Niektórzy Polacy pytają czy oszalałem, że mieszkam tu mając możliwość życia na antypodach. Wielu ludzi w ojczyźnie pyta mnie z kolei: dlaczego Polska? Zapraszam ich, aby zobaczyli na własne oczy. Mam nadzieję, że gdy skończy się pandemia koronawirusa moi rodzice przyjadą w odwiedziny.

Chodzi o plażę?

- Mieszkałem w Australii, dlatego jestem przyzwyczajony do jej bliskości. Ciężko to wytłumaczyć, po prostu bardzo dobrze mieszka się w Sopocie.

Jakie masz plany?

- Plany krótkoterminowe to przedłużyć wizę. Wciąż chcę grać dla Ogniwa, tak się zżyłem z tym klubem, że nie wyobrażam sobie, bym mógł zagrać dla kogoś innego w Polsce. Jeśli chodzi o sprawy zawodowe - chcę się kształcić w zakresie "software developer".

Branża IT. Rozumiem, że chcesz dorobić do wynagrodzenia z rugby?

- Nie chodzi o pieniądze. To bardziej kwestia rozwoju osobistego. Myślę już o tym, co będę robił po zakończeniu kariery. COVID-19 jedną rzecz zmienił na dobre, można wykonywać każde zajęcie z każdego zakątka świata.

Który z zawodników Ogniwa Sopot jest tobie najbliższy?

- Z każdym się dogaduję, oczywiście z Wiaanem Griebenowem najlepiej, mówimy w tym samym języku. Nie bardzo potrafię dogadać się np. z Saszą Czasowskim, ale jego żona dobrze mówi po angielsku, dzięki czemu mamy kontakt. Mam dobrą relację z Wojtkiem Piotrowiczem, który często przywozi mi pierogi ruskie domowej roboty z Lublina.

No właśnie, czy w Polsce czegoś ci brakuję pod względem kulinarnym?

- Nie znalazłem w Polsce smażonych kurczaków przyrządzanych na nowozelandzką modłę, dlatego zacząłem robić je sam. Druga rzecz, której mi brakuje to hash brown, to rodzaj omletu z boczkiem. Tęsknię również za szkocką potrawą haggis.

Rozmawiał Maciej Słomiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje