Reklama

Reklama

Robert Małolepszy: Polskie rugby nie jest gotowe na awans do Championship

Orkan Sochaczew kończy w tym roku 50 lat. O historii i przyszłości tego klubu rozmawiamy z jego prezesem, Robertem Małolepszym. Nie omijamy również problemów trapiących polskie rugby od lat. Ma je rozwiązać zapowiadany na styczeń Kongres Polskiego Rugby.

Maciej Słomiński, Interia: Dobiega końca rok, w którym półwiecze obchodzi Orkan Sochaczew. Mówisz: Sochaczew - myślisz: rugby. Pozostałe silne polskie kluby w tej dyscyplinie są z dużych miast - skąd zatem fenomen Orkana?

Robert Małolepszy, prezes Orkana Sochaczew: - To zasługa ludzi, którzy tworzyli i tworzą ten klub. Bracia Bogdan i Ireneusz Pietrakowie, których niestety, w ostatnim roku zabrał nam COVID-19, całe życie poświęcili temu klubowi. Od momentu, gdy namówili miejscowego nauczyciela WF - Stefana Wydlarskiego, byłego zawodnika m.in. Orła Warszawa, by poprowadził w Sochaczewie sekcję rugby, aż po ostatnie dni ich życia. Takich pasjonatów przez nasz klub przewinęło się wielu, choć oni byli najwięksi, jedyni i niepowtarzalni.

Reklama

To wciąż nie wyjaśnia jak udaje się wam z powodzeniem walczyć z takimi miastami jak Łódź, Warszawa, Gdańsk, czy Kraków.

- Może coś jest w ludziach z Sochaczewa, co ciągle pcha ich do przodu? Gdy otworzyły się granice po 1989 r., co trzeci przedział pociągu do Berlina Zachodniego był opanowany przez Sochaczew. Słowo. Słyszałem od jednego z moich kolegów, który jeździł tam na "handel", że pogranicznik zapytał go kiedyś, trochę żartem, sprawdzając paszport "czy w tym Sochaczewie to ktoś jeszcze w ogóle został, bo cały pociąg to tylko ludzie od was". Dziś nasze miasto i powiat to jedno z największych w Polsce zagłębi firm transportowych. W latach 70-tych XX wieku, gdy powstawało rugby w Sochaczewie, stało się tak popularne, że nawet ksiądz podczas "ogłoszeń parafialnych" zapraszał na mecze Orkana. Ten ksiądz to jedna z naszych legend. Muzułmanie mają Mekkę, my mamy "Maracanę", to nasz rugbowy kościół.

Skąd ta nazwa?

- Z frekwencji, klimatu, zachowania ludzi. W 36-tysięcznym mieście były lata, że na mecze przychodziło po 2-3 tysiące osób. Do dziś mamy najwyższą frekwencję w Polsce sięgającą tysiąca kibiców na każdym meczu i najlepszą atmosferę. Mamy grupę fanów, którzy jeżdżą za drużyną po całej Polsce. W innych dyscyplinach to norma, ale w rugby niekoniecznie. My jako jeden z nielicznych klubów rugby w Polsce sprzedajemy bilety. Kibice są naszym poważnym sponsorem.

Rugby jest w Sochaczewie religią, to dlaczego macie do tej pory tylko trzy brązowe medale mistrzostw Polski seniorów w rugby "15"?

- Zanim odpowiem dodam, że w sumie mamy 115 medali. W szkoleniu młodzieży jesteśmy jednym z dwóch najlepszych klubów w historii. Były lata, że zdobywaliśmy złote medale we wszystkich kategoriach wiekowych i we wszystkich odmianach rugby. W seniorach mamy 22 medale mistrzostw Polski w rugby "7", a więc w olimpijskiej odmianie. Do tego osiem medali seniorek - nasze "Tygrysice" to była jedna z pierwszych żeńskich sekcji w kraju. No i rzeczywiście tylko trzy brązowe w "15".

Królewskiej odmianie - jak sam lubi pan powtarzać.

- Fakt. W "15" trzeba mieć szeroki i mocny skład oraz pieniądze. Oczywiście, wciąż śmieszne w porównaniu z piłką, siatkówką, koszykówką, czy nawet hokejem, ale dla nas w Sochaczewie przez wiele lat nieosiągalne. Wielkie miasta takie jak Łódź, Gdańsk i Gdynia - zwłaszcza w ostatnich kilkunastu latach - zdominowały polskie rugby, bo dostawały największą kasę z budżetów miejskich. Teraz dołączył Sopot.

Żeby nie było zbyt ponuro dodam,  że wiele wskazuje, że dziś Orkan jest najsilniejszy w półwiecznej historii?

- Na pewno udało nam się zbudować solidny, jak na polskie warunki budżet, choć wciąż zdecydowanie najmniejszy z drużyn pierwszej szóstki Ekstraligi. Wciąż dobrze szkolimy młodzież. To daje efekty. W Systemie Sportu Młodzieżowego jesteśmy na trzecim miejscu. W rugby "7" w seniorach jesteśmy na drugim, w "15" na trzecim. Mamy najwięcej zarejestrowanych zawodników. Najwięcej naszych wychowanków jest powoływanych na kadrę seniorów. W kadrach młodzieżowych od lat chłopcy z Sochaczewa stanowią poważną część składów każdej z drużyn.

Ekstraliga rugby zapadła w sen zimowy. Orkan Sochaczew ogląda w tabeli jedynie plecy mistrza Polski, Ogniwa Sopot.

- Naszym marzeniem jest, by tak pozostało aż do finału. Uważam, że na dziś, po tym co widziałem jesienią, potencjał na pokonanie Ogniwa Sopot w tymże finale ma jedna drużyna w Polsce i jest nią Orkan Sochaczew. Podkreślam, że mówię o dniu dzisiejszym, tuż po zakończeniu rundy, oczywiście w przerwie zimowej może wiele się zdarzyć. Szkoda, że z Ogniwem zagraliśmy na początku rundy, pod jej koniec to spotkanie mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. Absolutnie nie próbuję negować klasy Ogniwa. To kapitan sopocian Piotr Zeszutek przyznał, że oni zagrali z nami jeden z najlepszych swych meczów w ostatnich latach, a my - to już moja opinia - zagraliśmy "tylko" dobrze, a na mistrza to za mało. Marzy mi się finał Ogniwa z Orkanem, gdzie obie ekipy pokażą swe najlepsze rugby i spopularyzują naszą dyscyplinę sportu. Na razie jesteśmy na półmetku sezonu, nie dzielimy skóry na niedźwiedziu, wejście do finału będzie ogromnym sukcesem. My mamy jedną z dwóch najmłodszych drużyn w lidze. Pozostanie w strefie medalowej też będzie ogromnym sukcesem. Na pewno takie same marzenia mają Skra Warszawa, Master Pharm Łódź, Lechia Gdańsk czy Budowlani Lublin. Pierwsza szóstka ligi jest bardzo wyrównana. Każdy z tych zespołów może być wiosną dużo silniejszy.

Orkan Sochaczew jest wspierany jest ORLEN.

- Bardzo się cieszymy ze współpracy z PKN Orlen. Mam nadzieję, że koncern również jest zadowolony. Zbadaliśmy ekwiwalent reklamowy dla naszych partnerów. Tylko za cztery miesiące 2020 r. - to 2,9 mln zł - według firmy Pentagon Research. Wszystkie poważne ligi w Polsce posługują się ich badaniami, są one porównywalne i rzetelne. Staramy się być jak najbardziej profesjonalni we współpracy z naszymi partnerami. Wszyscy dostają szczegółowe raporty. Każdy ze sponsorów - także ORLEN wie, że kwoty ekwiwalentu jakie osiągamy, są dużo większe od tych zainwestowanych przez sponsorów.

Od 30 listopada zaczynacie współpracę z inną spółką skarbu państwa.

- KGHM pojawi się na naszych bandach, koszulkach itd. To unikalna umowa, bo będziemy ją realizować wspólnie z Rugby Wrocław i Miedziowymi Lubin. Niedługo zawrzemy umowę o współpracy. Mamy realną ofertę dla sponsorów, wszystko mamy zmierzone i udokumentowane.  Dlatego udaje nam się pozyskiwać kolejnych partnerów. Oczywiście mamy przyjaciół, którzy nas wspierają w tych rozmowach. Ale tak jest we wszystkich polskich klubach.

W piłkarskiej Ekstraklasie rzadkością jest współpraca klubu z aż dwoma spółkami skarbu państwa, stąd szczerze gratuluję.

- Dziękuje, jednak mówimy o zupełnie innych pieniądzach niż w futbolu, gdzie są miliony. My cały czas mieścimy się w budżetach CSR (corporate social responsibility). To nie są jakieś wielkie kwoty. Sądzę, że PKN ORLEN ma kilkudziesięciu takich partnerów jak my. Wspiera wiele lokalnych inicjatyw - kluby, wydarzenia, koncerty. Jeśli byśmy dostali budżet choć zbliżony w 20-30% do jakiegokolwiek budżetu klubu z I ligi piłkarskiej, o Ekstraklasie nawet nie ma co mówić, nie asekurowałbym się jak wyżej w pytaniu o Ekstraligę, tylko powiedziałbym wprost - będziemy mistrzem Polski. Ale cieszymy się z tego co mamy. Ciężko pracujemy, by sponsorzy byli z nas zadowoleni.

Jak wygląda ta praca?

- Każdy mecz to wielka robota sztabu ludzi - głównie naszych weteranów wspartych ostatnio przez kibiców, którzy rozkładają branding. To jest ponad 200 metrów band z banerami, balony, bramy, flagi. Do każdego meczu nasz stadion jest szykowany przez wiele godzin. Wszystko w wolontariacie. Przed meczem, po meczu, w tygodniu - mamy konferencje, dziesiątki działań PR, kampanie radiowe. Plakatujemy miasto, autobusy MZK, obiekty publiczne. Jeszcze niedawno inne kluby mówiły, że pompujemy balon. Teraz zaczynają jednak iść naszą drogą. Innej nie ma, jeśli chce się pozyskać i utrzymać sponsorów.

Jest pan jednym z pomysłodawców Kongresu Polskiego Rugby - czy to w ogóle realne, a jeśli tak: po co?

- Wszystkich problemów nie rozwiążemy, ale próbować trzeba. Agenda narzuca się sama, najtrudniejszym momentem będzie ustalenie wagi głosów. Nie uważam, że każdy klub powinien mieć jeden. Bo jeden klub ma 200 zawodników i siedem drużyn, a drugi 12 rugbistów i nie ma trenera. I oba mają mieć po jednym głosie? No nie, to nie jest równowaga. Siła głosu musi odpowiadać sile sportowo-organizacyjnej. Mam nadzieję, że jak tu się dogadamy, dalej będzie z górki. Jestem zwolennikiem demokracji, której dziś w polskim rugby nie ma. Dziś dwie-trzy osoby rządzą tą dyscypliną w Polsce, usiłując narzucić swoją wolę reszcie. Jak się z tym nie godzę i głośno o tym mówię.

Dlaczego to o czym pan mówi nie może odbyć się na walnym zgromadzeniu Polskiego Związku Rugby?

- W polskim rugby jest nas mało i działaczy i trenerów. Gdy trwa liga cały potencjał jest skierowany na nią. Wszyscy coś robią. Dlatego ja nie jestem "legendarnym spikerem", jak zostałem trochę złośliwie przezwany w pańskim podcaście, bo mam parcie na szkło, a dlatego że w naszym klubie, choć mamy chyba najszerszy sztab organizujący mecze, każdy ma coś do zrobienia. Między meczami też cały czas jest coś do roboty. Dlatego w trakcie sezonu nie ma czasu na dyskusje o rugby. Zwłaszcza, że każdy ma swoją pracę zawodową, rodzinę, inne obowiązki.

Wróćmy do pytania. Dlaczego nie na Walnym, a na Kongresie ma się udać dyskusja o polskim rugby?

- Walne to walka o władzę. Najpierw jest wybór przewodniczącego, potem sprawozdania, potem wybór prezesa, potem zarządu, komisji rewizyjnej. To wszystko trwa, nie ma czasu na porządną, merytoryczną dyskusję o tym co dalej. Dlatego pomysł jest taki, by w spokoju, poza sezonem spotkać się na dwa dni, wymienić poglądy, podjąć decyzje w szerokim gronie. W ramach Ekstraligi zimą ubiegłego roku odbyło się takie spotkanie. Było bardzo owocne. Gdyby zarząd nie storpedował ówczesnych ustaleń, bylibyśmy dziś o wiele dalej z organizacją rozgrywek. Obecnie w polskim rugby rządzą dwie-trzy osoby, boją się szerszych inicjatyw, niezależnych od zarządu. Jeśli tego nie zmienimy, nie pójdziemy do przodu.

Skąd wiara, że ten Kongres może coś zmienić?

- Musi. W polskim rugby jestem od 1987 r. Najpierw jako zawodnik - Orkana i AZS AWF Warszawa. Potem jako komentator rugby w kilku telewizjach i piszący dziennikarz. Od 2009 r. przez chyba osiem lat miałem zaszczyt być współorganizatorem meczów reprezentacji. Przez dwa lata byłem sekretarzem generalnym PZR. Teraz działam w Orkanie. Organizowałem koalicje, które wybierały dwóch prezesów - ś.p. Krzysztofa Liedela i Dariusza Olszewskiego. Obalałem prezesa Serge’a Boscę, czego jak sądzę, do dziś nie mogą mi wybaczyć koledzy z Pomorza, zwłaszcza z Ogniwa, bo to był ich człowiek. Brałem udział w tych naszych wewnętrznych wojenkach. Oczywiście, jak wszyscy - w dobrej wierze. Dodam, że z posady sekretarza zrezygnowałem sam. Dariusz Olszewski proponował mi, bym został na stanowisku. Odszedłem, bo nie chciałem dzielić. I dziś stojąc z boku wiem, że każdy z nas "ma coś za uszami", każdy popełnił błędy. Dziś trzeba powiedzieć stop. Jak się nie dogadamy, jak nie przestaniemy wojować, nie zrobimy pół kroku do przodu.

Tylko jak to zrobić?

- W naszej dyscyplinie jeden ma takie pomysły, drugi inne, natomiast nie mogę zarzucić prawie nikomu ze środowiska, że nie kocha rugby. Jeśli do faktu, że większość osób wywodzi się z boiska i całe życie walczyła, dodamy to, że gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania okaże się, że bardzo różnimy się w wyrażaniu naszej miłości do rugby. W rugby są same twarde charaktery, dlatego logiczne jest, że gdy kilku kozaków spotka się w chałupie, krew będzie się lała po ścianach. Mój pomysł jest taki: zamknijmy się w rugbowej komnacie, niech będzie ostro, niech ciupagi pójdą w ruch, niech ta (metaforyczna) krew się leje. Ale jak już wyjdziemy na zewnątrz pracujmy na rzecz rugby zgodnie z tym co ustaliliśmy. I jeszcze jedna rzecz - bierzmy odpowiedzialność za swoje czyny.

To znaczy?

- Jeśli przez ostatnie cztery lata polska reprezentacja dołowała - czy ktoś poniósł tego konsekwencje? Czy ktoś, kto wybrał poprzedniego trenera, Duaine’a Lindseya powiedział chociaż: przepraszam, pomyliłem się? Czy ktoś kto rozwalił organizację meczów kadry, opiekę nad drużyną narodową sprowadził na samo dno, a w centrali związku zaprowadził totalny chaos, przyznał, że popełnił błąd? Nikt. Nie chodzi o to, żeby teraz kogoś odwoływać, karać, bo jest nas wciąż mało i podkreślam, każdy z nas popełnił błędy, ale wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Jakimi tematami powinien zająć się kongres?

- Na pewno usamodzielnienie i profesjonalizacja Ekstraligi, rozwój pozostałych rozgrywek, rugby kobiet, szkolenie trenerów no i oczywiście systemem szkolenia młodzieży.

System, który - upraszczając - owocuje zakazami transferowymi dla tych klubów, które nie szkolą młodzieży. Orkan Sochaczew tym się szczyci. Nie lepiej żeby został wynagrodzony, zamiast konkurencja ukarana?

- Proszę bardzo, jestem za! Zachęty tak, ale muszą jakoś równoważyć środki, które wydajemy na szkolenie na takim poziomie, jak jest w Orkanie Sochaczew. Jaka może być nagroda dla klubu, który wydaje rocznie 200 tysięcy złotych na szkolenie młodzieży, tak by było sprawiedliwie?

Nie mam gotowej odpowiedzi, jestem za kompromisem.  

- Jeśli mój klub kompleksowo szkoli młodzież - wówczas np. nie mamy limitu obcokrajowców, jesteśmy zwolnieni ze wszystkich opłat licencyjnych, dodatkowo dostajemy 50 tys. zł - to jest ekwiwalentne. Przez lata konkurencja była nieuczciwa - przez to, że wydawaliśmy 200 tys. na juniorów, na seniorów nie mieliśmy w zasadzie środków. Starczało na wyjazdy, trenera i sprzęt. Nic dziwnego, że przychodziła Łódź, Gdynia, Gdańsk, Siedlce, a potem też Sopot i zabierali każdego zawodnika za "czapkę śliwek".

Wnioskuję, że jest pan zadowolony z obecnego systemu i zakazu transferów dla kilku klubów?

- Nie jest na pewno nam przyjemnie wygrywać mecze, jeśli rywalowi brakuje zawodników z racji zakazu. Na ostatnim walnym w tej sprawie jako Orkan wstrzymaliśmy się od głosu. Za cofnięciem zakazu było tylko pięć głosów. Te pięć głosów przeważyło. Gdybyśmy podnieśli ręce, zrobiliby to i nasi koalicjanci. Nie zrobiliśmy tego, bo oczekujemy uczciwego rozwiązania obecnej sytuacji. Chcemy uczciwej konkurencji. Tylko tyle. Ci którzy dostali zakaz transferowy, no może nie wszyscy, bo zakaz ma też beniaminek Posnania, pieniądze mieli, tylko nie bardzo chcieli wydawać ich na młodzież. Teraz zaczęli szkolić, ale systemu nie da się zbudować w dwa, trzy lata. Ci, którzy ruszyli wcześniej, zaraz po uchwaleniu przepisów, nie mają problemów. Pozytywne efekty widać gołym okiem - Lechia Gdańsk, która przez ostatnie 15 lat nie szkoliła młodzieży, już ma drużyny we wszystkich grupach wiekowych i zaraz będzie zdobywać medale. Arka Gdynia też nie słynęła z wychowanków, dziś idzie w ślady Lechii. Dlatego nie podoba mi się "palenie głupa", że ktoś nie wiedział, że to skandal, że to na szkodę klubów. Ten system obowiązuje od 10 lat, z tym że raz był zawieszony. Każdy wiedział pięć lat temu jaka będzie sytuacja w tym sezonie. Chciałbym też, by te kluby, które obecnie nie wywiązują się z obowiązków, też poniosły konsekwencje. Chyba, że zmienimy system, ale na naprawdę uczciwych zasadach.

Dla mnie symbolem  zakazu transferowego jest sytuacja w łódzkim rugby.

- Wszyscy ich oczerniają, ale jako były sekretarz generalny PZR widziałem umowy między Master Pharm i KS Budowlani Łódź i uważam, że prawda leży po środku. To nie jest tak, że winna jest jedna strona. Każdy ma "coś za uszami". To jest jeden klub, jedna rodzina, w której doszło do kłótni. O co? Oczywiście o pieniądze, władzę, wpływy. Gdyby się nie pokłócili, dziś byliby poza zasięgiem wszystkich innych klubów w Polsce - zarówno w rugby młodzieżowym, jak i seniorskim. Ale jeszcze raz z całą mocą podkreślam - ten rozwód i konflikt to nie jest wina jednej, czy drugiej strony.

Uważa Pan, że przejście rugby z Polsatu do TVP to klęska dla waszej dyscypliny. Skąd ta opinia. Mecz z Niemcami obejrzało w TVP Sport średnio 85 tysięcy widzów, a w szczycie 160 tysięcy.

- I to jest niezły wynik, ale przypomnę, że w czasach Polsatu w 2011 roku mecz  Niemcami, gdy kadra Tomasza Putry wygrała w Gdańsku, obejrzało średnio 110 tysięcy widzów. Spotkania kadry TVP Sport pokazuje na swoim kanale telewizyjnym i wtedy zawsze będzie niezła oglądalność, bo ten kanał ma największy zasięg ze wszystkich stacji sportowych z racji obecności na multipleksie. Tam tablica kontrola wyświetlona w tzw. prime-time będzie miała 40 tysięcy oglądalności.

Tym bardziej nie rozumiem dlaczego mówi pan  o przejściu rugby do TVP jako o klęsce?

- Mecze kadry są cztery, góra pięć razy w roku. Prawdziwa klęska to pokazywanie Ekstraligi. Z kanału telewizyjnego - może nie o super zasięgu, ale jednak prawdziwej telewizji, jaką jest Polsat Sport Fight, przenieśliśmy się do sport.tvp.pl, czyli do Internetu.

To źle? Dziś młodzież praktycznie ogląda TV, ich życie toczy się w sieci.

- Dziś rugby z dedykowanego kanału telewizyjnego trafiło na stronę internetową, na którą na nasze transmisje wchodzi po kilkaset osób. Internet to zamknięcie się w niszy, dodatkowo te transmisje nie są specjalnie promowane. Gdy rugby było w Polsacie Sport, przez lata było promowane. Stacja pokazała wiele reportaży, portal Polsatu opiekował się dyscypliną i to nie tylko w czasach, gdy ja tam zacząłem pracować. Mecze były zapowiadane w Wydarzeniach. Kamera Polsatu towarzyszyła kadrze na zgrupowaniach, w szatni. Przemek Iwańczyk, czy Marcin Wiciński robili reportaże uczestniczące. Do dziś w czołówce magazynu "Atleci" są zdjęcia Przemka biegającego z piłką na treningu kadry.

Na razie koledzy z TVP Sport sprawnie pokazali mecze reprezentacji, po wygranej z Niemcami na portalu sport.tvp.pl pojawił się o tym artykuł. Ale to wszystko. Nie ma promocji meczów i dyscypliny. Sukces będzie wtedy, gdy w przeddzień spotkania pojawi się kamera na treningu i to pójdzie w Wiadomościach, a po meczu będzie materiał ze spotkania w serwisie sportowym. Jak na portalu TVP Sport zaczną regularnie pisać o rugby. Jak mecze ligowe trafią do telewizji. Wtedy będzie ok. Dziś jest klęska. Ale ciągle mam nadzieję, że koledzy z TVP zaczną traktować rugby tak, jak było przez lata traktowane w Polsacie.

Kadra wygrała na jesieni trzy mecze. Selekcjoner Chris Hitt ma szczęście? Pan miał innego kandydata - był nim Tomasz Putra.

- Popierałem Tomka Putrę, bo gdy on był selekcjonerem byliśmy najwyżej w historii polskiego rugby w światowej hierarchii - w połowie trzeciej dziesiątki. Na pewno, gdyby teraz był trenerem nie byłoby gorzej, a może i lepiej - bo Tomek to postać we francuskim rugby. Ma naprawdę duże kontakty, które mogłyby się teraz przydać.

Chris Hitt wygrał tej jesieni trzy mecze w rozgrywkach Rugby Europe Trophy.

- Nie znam go, ale biję brawo. O trenerze zawsze najlepiej świadczą wyniki meczów jego drużyny. Z Niemcami wygraliśmy, choć zespołem który lepiej grał w rugby byli rywale. Ale to jest właśnie sztuka, wygrać z teoretycznie silniejszym rywalem. Umieliśmy zastosować odpowiednie środki, chłopcy świetnie bronili, doprowadzaliśmy do karnych i mieliśmy faceta, który je bezwzględnie wykorzystywał.

Tym większe brawa dla chłopaków.

- Pamiętajmy jednak, że dzisiejsi Niemcy i tamci, których ogrywał Tomek Putra to dwie inne drużyny. Dziś już nie ma w ich rugby ogromnych pieniędzy i trenera z RPA. Myśmy z Niemcami, którzy mieli ogromne środki pana Wilda, wygrali w Gdańsku 38:7. Wygraliśmy wtedy z Belgami, byliśmy przez rok niepokonani. Oczywiście nie wszystko było dobre, za kadencji Putry jedyny raz w historii przegraliśmy ze Szwecją. Trzeba umieć współpracować ze środowiskiem, on tego nie umiał. Na sam koniec został sam ze swoją drużyną. Część polskich zawodników nie chciała z nim współpracować. Dlaczego? Tomek tak jak ja, nie owija w bawełnę, mówi prawdę prosto w oczy. Prawdę o zawodnikach i działaczach. Kosztowało go to posadę.

Pana też nie wszyscy lubią, delikatnie mówiąc.

- Komentowałem w Polsacie Sport jeden z największych blamażów polskiego rugby - porażkę 50 punktami z Holandią na własnym boisku. Powiedziałem prawdę - nie wszyscy nasi zawodnicy są na międzynarodowym poziomie. To świetne chłopaki, których uwielbiam, którzy kochają rugby, ale nie będę mówił, że się nadają do gry na tym poziomie, jeśli tak nie jest. Wtedy część z nich się na mnie pogniewała.

Dziś kadra zaczyna mieć ręce i nogi.

- Nie zaczyna, ale powoli wraca do dobrych praktyk sprzed kilku lat, gdy managerem kadry był Maciej Brażuk. I dodam, że to wciąż namiastka tego, co było. Domem reprezentacji był Hotel Ossa. W piątek, przed sobotnim meczem kadra zjeżdżała do Warszawy, była konferencja prasowa i aktywności medialne. Nigdy reprezentacja nie mieszkała w hotelu gorszym niż trzygwiazdkowy. Miała własny autobus. Wartość marketingowa drużyny narodowej urosła wtedy do pięciu milionów złotych rocznie. Dwa lata temu spadła do 300 tysięcy.

Obecnie reprezentacja wygląda jak drużyna, mieszka w dobrych warunkach.

- I brawo. Mam nadzieję, że to nie jest akcja na pokaz, że związek ma środki na to, by tak było przez kolejne dziesięć lat. Warto dodać, że takich warunków jakie stworzono obecnemu selekcjonerowi, nie miał żaden poprzednik. Asystent od wideo, przygotowania fizycznego, młyna i od ataku. To wszystko razem dało efekt. Warto jednak też uczciwie dodać, że już za poprzedniego trenera, którego kadencję oceniam bardzo źle, na koniec byliśmy o krok od pokonania na wyjeździe Holandii. Taki jest potencjał i poziom polskiego rugby.  Dziś wracamy do tego, czego prekursorem był Tomek Putra - czyli korzystania z zawodników nie tylko z polskiej ligi ale też tych niewychowanych w Polsce. Bo innej drogi nie ma.

Tzw. "farbowanych lisów".

- Bardzo nie lubię tego określenia. Wręcz protestuję, by go używać w stosunku do naszych zagranicznych zawodników. Bo to jest zupełnie inna historia niż w piłce.

Wróćmy do drogi. 

 - Trzeba umieć wykorzystać fakt, że mamy graczy, z których możemy skorzystać, a którzy wychowali się w krajach lepszych rugbowo od naszego. I mieć pomysł jak to prowadzić. Reprezentacja musi żyć swoim życiem, trzeba dbać o jej wartość marketingową, rozwój sportowy, szukać kolejnych wzmocnień, sponsorów, a w tym czasie wzmacniać Ekstraligę i szkolić młodzież. Wówczas trochę oszukujemy sami siebie, bo ta kadra nie jest do końca reprezentacją polskiego rugby, ale na pewno jest reprezentacją Polski. Dodaję jednak, że wciąż wiele jej brakuje.

To znaczy?

- Mamy duży kłopot w pierwszej linii młyna. W grupie wyżej to już nie będzie problem, to będzie przepaść. Na razie rywale cudem tego nie wykorzystali. Z Niemcami pierwszy młyn był w 40. minucie, oni nie mieli szansy nas zdominować, tak jak zrobili to Holendrzy w tamtym spotkaniu, o którym opowiadałem. Wtedy mecz przebiegał według schematu: młyn - karny - kop w aut - maul - młyn - punkty. W ogóle nie było gry, bo nas zajechali tym młynem. Mamy trochę szczęścia, że dziś rywale są słabsi niż kiedyś. Wszyscy, z którymi graliśmy do tej pory - Ukraina, Niemcy i Szwajcaria są gorsi niż trzy, cztery lata temu. Ale to też trzeba umieć wykorzystać. I my to robimy. Oczywiście mam, jak każdy, pewne wątpliwości co do niektórych pozycji, nie tylko w pierwszej linii, ale liczy się całość. Nie podobała mi się gra z Ukrainą, ciut lepiej było Niemcami, katastrofą było spotkanie z Węgrami.  Na wyższym poziomie samo serce, które teraz chłopcy wkładają w grę, nie wystarczy. Póki co strategia obrana przez trenera Hitta jednak się sprawdza, dlatego jeśli mamy grać brzydko i wygrywać - niech tak się dzieje.

To dobry ten Hitt czy niedobry?

- Dla mnie za wcześnie na oceny. Jednego jestem już dziś pewien - największą zasługą Chrisa Hitta, jest to że namówił zawodników do wspólnej pracy. Że odbudował atmosferę wewnątrz kadry. Wokół reprezentacji wciąż jest raczej słabo, o czym świadczy mega słaba frekwencja na trybunach.

Zawodnicy na czele z kapitanem Piotrem Zeszutkiem, głośno mówią o awansie do wyższej dywizji.

- On właśnie, w piątek podczas kongresu Rugby Europe we Francji, dokonał się przy zielonym stoliku. W nowym sezonie w grupie Championship zagra osiem drużyn zamiast sześciu. To oznacza, że my - jako lider grupy Trophy - niemal na 100% awansujemy, jeśli tylko nie pokpimy sprawy na wiosnę, ale to mało prawdopodobne. Czekają nas dwa ciężkie spotkania, ale co najmniej jedno jest do wygrania. Z Litwą u siebie jesteśmy zdecydowanymi faworytami. Starcie z Belgią na wyjeździe będzie prawdziwą weryfikacją tej kadry. To spadkowicze z Championship.

Awansujemy i co dalej?

- No właśnie, dobre pytanie. Gdyby to był awans do grupy z sześcioma drużynami to bałbym się o polskie rugby. Gruzja, Rumunia, Hiszpania, Rosja to dziś zespoły poza naszym zasięgiem. Z dwoma pierwszymi porażki będą bolesne. Zderzenie z młynem Gruzji to będzie jak skok w przepaść w Himalajach bez spadochronu. Na dziś spośród 40 nazwisk zgromadzonych przez Chrisa Hitta, na poziomie Championship jest w stanie skutecznie rywalizować mniej niż połowa graczy i to jest optymistyczna ocena. Na dodatek najlepszy polski rugbista nie gra w reprezentacji - mówię o Aleksandrze Nowickim. Jeśli selekcjonerowi zależy na drużynie, powinien stanąć na głowie, by Olka do gry w kadrze namówić.

Zagramy jednak w grupie ośmiozespołowej.

- To oznacza, że zderzymy się z pociągiem, ale w towarzystwie Belgów czy Holendrów - zespołów w naszym zasięgu. Taki awans ma sens. Przez ostatnie lata tylko ze dwa-trzy razy beniaminek Championship nie spadł do dywizji niższej. Udało się m.in Niemcom, ale byli wtedy w szczycie potęgi finansowej i organizacyjnej, marzyli o Pucharze Świata. Wild tylko w centrum treningowe zainwestował 17 mln euro. Teraz udało się Portugalczykom. Z Holendrami i Belgami będziemy walczyć by nie spaść. Może powalczymy z Portugalią. Za Blikkiesa Groenewalda nasz mecz z nimi nie wyglądał źle.

Podcaście o rugby Dariusz Komisarczuk mówił, że nie powinniśmy bać się awansu.

- Czeka nas ogromna praca. Wszystkich. O tym musimy mówić choćby na kongresie. Jeśli chcemy wykorzystać ten awans, po pierwsze musimy wyedukować media, sponsorów, władze sportowe, kibiców co on znaczy. Że porażka 70-ma punktami z Gruzją to nie koniec świata, a może się zdarzyć. Że my wracamy na ten poziom po ponad 30 latach i musimy wszystkiego się nauczyć, dorosnąć. Bo będziemy w tej grupie jak przedszkolaki na uniwersytecie. 99% dziennikarzy, władze ministerstwa sportu, sponsorzy, sądzę, że także część naszego środowiska, nie zdają sobie sprawy jaka jest różnica poziomów.

Co musi zostać powiedziane?

- Że do Gruzji nie mamy podjazdu. Tam rugby to sport narodowy. Jak w Pucharze Świata położyli punkty Nowej Zelandii to tam było święto narodowe. Na mecze kadry przychodzi 50 tysięcy ludzi. Zgadzam się z Jarkiem Nowickim, z którym kiedyś współpracowałem, że my na dziś nie mamy bazy i podbudowy. Żeby po tym awansie nie została spalona ziemia, żebyśmy nie spadli z hukiem i potem długo się zbierali, musimy mieć plan, o którym mówiłem.

Czyli?

- Zupełnie inna musi być organizacja meczów, promocja, nawet selekcja, bo trzeba szukać jeszcze lepszych zagranicznych zawodników. Teraz mogą chcieć do nas dołączyć. Gruzja i Rumunia to regularni uczestnicy Pucharu Świata. Rosja i Hiszpania też posmakowały tego raju. Można to sprzedać. Można przekonać jakiegoś zawodnika z wielkich lig do gry dla Polski. Trzeba też dogadać się z klubami - tymi polskimi, ale przede wszystkim tymi zagranicznymi, w których grają tacy zawodnicy jak wspomniany Nowicki, czy Mateusz Bartoszek. Wreszcie mogą pojawić się transmisje z meczów wyjazdowych kadry. Ale ludzie muszą wiedzieć z kim się mierzymy, jakie wyzwanie nas czeka. A my w tym czasie działajmy u podstaw - rozwijajmy Ekstraligę, szkolmy młodzież, trenerów, dbajmy o żeńskie rugby. I tym ma się zająć Kongres Polskiego Rugby. Jeśli już ma być ten awans, bądźmy na niego gotowi. Bo dziś w żadnym wymiarze nie jesteśmy.

Rozmawiał Maciej Słomiński

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama