Reklama

Reklama

Polski trener grzmi po przegranym finale: "To skandal, odechciewa się grać!"

Polskie rugbistki, które są mistrzyniami Europy, na turniej do Chile poleciały by na stałe zakwalifikować się do elitarnego cyklu World Series. Niestety, w finale kwalifikacji Biało-Czerwone przegrały z Japonią 0:17. O kulisy zawodów w Santiago de Chile zapytaliśmy selekcjonera reprezentacji Polski w rugby 7, Janusza Urbanowicza.

Maciej Słomiński, Interia: Przede wszystkim jak zdrowie i samopoczucie panie trenerze?

Janusz Urbanowicz, selekcjoner reprezentacji Polski kobiet w rugby 7: - We wtorek wieczorem wróciliśmy do domów po 26-godzinnej podróży z Chile. Gdy dotarłem do rodzinnego Gdańska zasnąłem na 12 godzin. Dochodzę do siebie i cieszę się, że jestem w domu. Wszędzie dobrze, ale tu najlepiej.

Czy to, że turniej kwalifikacyjny do World Series był rozgrywany w Chile, na drugiej półkuli miało wpływ na poziom waszej gry?

- Uważam, że nie, drużyna grała na swoim dobrym poziomie. Mecze grupowe i ćwierćfinałowy były dla nas łatwe i przyjemne. Pierwsze kłopoty napotkaliśmy dopiero w półfinale. Chinki, które były faworytkami turnieju w Chile, które pokonały Rosję na igrzyskach olimpijskich, prowadziły z nami 10:0 do przerwy.

Reklama

Co się stało w przerwie? Co pan powiedział zawodniczkom?

- Nic niezwykłego. Nie byłem zmartwiony, a zupełnie spokojny, czułem że wygramy ten mecz i to przekazałem zawodniczkom. Pierwsza akcja i przyłożenie dla nas, druga to samo. Wygrywaliśmy wszystkie rozpoczęcia gry, wszystkie piłki spadały do nas. Za kilka minut prowadziliśmy 22:10 i nie wypuściliśmy wygranej z rąk. Wygraliśmy z Chinkami, które w sztabie miały trzech trenerów, którzy z męską reprezentacją Fidżi w rugby 7 wygrali złoto na igrzyskach w Tokio.

W finale scenariusz był do pewnego momentu ten sam. 0:10 do przerwy z Japonią, jednak druga połowa była inna - skończyło się 0:17 i to Azjatki zakwalifikowały się do World Series.

 - Być może byliśmy trochę uśpieni po półfinałowej wygranej z faworytkami z Chin? Trudno mi również milczeć o tym co stało się przed finałem.

To znaczy?

- Hanna Maliszewska nie mogła zagrać, po tym jak została zawieszona na trzy mecze za ponoć celowe uderzenie głową w meczu z Chinami. Hania wychodziła do szarży, specjalnie odchyliła głowę, żeby nic się nie stało. Było zderzenie, Chince pękł łuk brwiowy, ale to było całkiem przypadkowe. Nikt w trakcie meczu tego nie zauważył. Rozgrzewamy się przed finałem, a tu przychodzi jakiś gość z World Rugby i mówi, że Maliszewska nie zagra, bo jest zawieszona. "Malinka" była w świetnej formie, zalała się łzami, że nie może grać... Powiedziano nam, że możemy pisać odwołanie, ale to i tak nic nie da, żebyśmy się cieszyli, że dostała trzy mecze zawieszenia, bo mogła sześć. Co więcej, szukano "haków" na Natalię Pamięta, naszą kluczową zawodniczkę. To bardzo zakłóciło nasze przygotowanie do najważniejszego meczu. Dodam, że "poszkodowana" Chinka zagrała w meczu o 3 miejsce.

Dlaczego ktoś miałby rzucać wam piasek w szprychy?

- Widocznie Azja jest większym rynkiem dla World Rugby niż Polska. W finale mężczyzn Urugwaj pokonał Gruzję, która dostała trzy żółte kartki, co przesądziło o wyniku meczu. Przed finałem mówiono Gruzinom, że inne drużyny piszą skargi, że grają zbyt ostro. Ja niczego takiego nie widziałem.

Teraz trochę inaczej patrzę teraz na finał z Japonią.

- To nie był nasz mecz. Trzeba przyznać, że Japonki zagrały bardzo dobrze - trzeba im oddać, że ich obrona była żelazna, tego dnia nie mogliśmy jej złamać. Jestem zdania, że gdybyśmy dziś zagrali z Japonią to ten mecz byśmy wygrali - na pięć meczów z rugbistkami z kraju kwitnącej wiśni wygramy trzy, a one dwa. Jesteśmy na bardzo wyrównanym poziomie. Decydują detale, Karolina Jaszczyszyn świetnym kopem w finale uruchomiła Natalię Pamięta, ta by przyłożyła punkty i byłby remis 5:5, gdyby piłka odbiła się inaczej. Niestety piłka poszła w lewo, nie w prawo. Nie mówię, że pani sędzia przesądziła o wyniku meczu finałowego, ale kilka karnych mogła podyktować na naszą korzyść w sytuacjach stykowych. Niestety system kwalifikacji do World Series jest okrutny, jeden słabszy mecz przesądził o tym, że w bardzo dobrym sezonie, zwycięstwie w mistrzostwach Europy i kwalifikacji do Pucharu Świata nie zrealizowaliśmy jednego z celów.

Jakie macie najbliższe plany? Pan i drużyna.

- Za 2,5 tygodnia wybieramy się na pierwszy w historii polskiego rugby Puchar Świata do RPA. Pierwszy mecz decyduje o wszystkim, obowiązuje system pucharowy. Los nie był dla nas łaskawy, na otwarcie zagramy z USA, jeśli wygramy, jesteśmy w pierwszej ósemce, jeśli nie - gramy o miejsca 13-16. Sam udział w Pucharze Świata jest dla nas wielkim sukcesem.

Jaka jest sytuacja zdrowotna pana drużyny?

- Karolina Jaszczyszyn ma napuchnięte kolano, nie wiem czy to nie jest moment, w którym powinna poddać się operacji. Nasza kapitan gra na 50 procent swoich możliwości, to i tak jest bardzo wysoki, świetny poziom. Ania Klichowska też ma swoje problemy zdrowotne. Po skandalicznym zawieszeniu Maliszewskiej, które pokrzyżowało nam szyki, bardzo ciężko jest podnieść drużynę i zmotywować do dalszej pracy. Odechciewa się grać. Po turnieju w Chile jesteśmy o tyle mądrzejsi, że wiemy że do World Series trzeba "wejść z drzwiami". Nie może być meczów na styku, musimy wszystko wygrać zdecydowanie, nie może być miejsca na wątpliwości.

Rozmawiał Maciej Słomiński, Interia

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL