Urban ruszył na murawę. Ale co zrobił Lewandowski. Te sceny mówią wszystko
To była istna wymiana ciosów. Niestety, zakończona zwycięstwem Szwecji. Po porażce 2:3 w Solnie reprezentacja Polski nie zagra na tegorocznych mistrzostwach świata, mimo świetnego długimi fragmentami meczu. Ale na koniec liczy się to, ile razy piłka wylądowała w siatce, a dzisiaj skuteczniejsi okazali się rywale. Dlatego też po spotkaniu byliśmy świadkami wzruszających scen. Załamani polscy piłkarze, pocieszający ich Jan Urban oraz wymowne zachowanie Roberta Lewandowskiego, który choć fizycznie obecny, duchem był jakby daleki od stadionu w Solnie.

Reprezentacja Polski zaprezentowała w Solnie nieustępliwy charakter, wolę walki, a przy tym sporo piłkarskiej jakości. Podopieczni trenera Jana Urbana dwa razy odrabiali straty. Niestety, na trzecią pogoń za Szwedami zabrakło nam już czasu. Ekipa Grahama Pottera wygrała 3:2 i to ona zagra na tegorocznym mundialu.
Wraz z końcowym gwizdkiem sędziego Slavko Vincicia cała reprezentacja Szwecji oraz jej sztab w euforii wtargnęła na murawę. Błyskawicznie znalazł się na niej także trener Jan Urban, pocieszający swoich piłkarzy, którzy zdążyli już załamani paść na murawę.
Zaczął od Sebastiana Szymańskiego, który nie dość, że znajdował się najbliżej, to jeszcze najbardziej ekspresyjnie przełykał gorycz porażki. Przed długi czas leżał bowiem w bezruchu, twarzą zwrócony do ziemi.
Dziwny to obrazek - patrzeć na załamanych reprezentantów Polski, pomiędzy którymi z czasem zaczęli przemykać rozweseleni Szwedzi, pędzący w stronę swoich kibiców. Prym wiódł tu strzelec pierwszego gola Anthony Elanga, który porwał nawet od fanów niebiesko-żółtą flagę, dumnie paradując z nią po murawie Strawberry Areny.
Rywale nie zapomnieli i o naszych piłkarzach, dziękując im za walkę, a także pocieszając po porażce. A później nasza drużyna narodowa ruszyła w stronę przeciwległej linii końcowej, za którą znajdował się sektor gości wypełniony biało-czerwonymi kibicami, którzy do końca wierzyli w triumf.
Na czele stawki powędrował Robert Lewandowski. Reszta zespołu szła w znacznej odległości od swojego kapitana. Co usłyszeli nasi piłkarze? Śpiewy polskiego sektora długimi fragmentami zagłuszali euforycznie świętujący triumf gospodarze. Dało się jednak usłyszeć przyśpiewkę: "Gdybym jeszcze raz miał urodzić się..." oraz skandowane nazwisko Roberta Lewandowskiego.
Snajper FC Barcelona najdłużej został przy kibicach. Jako ostatni niespiesznym krokiem opuszczał także plac gry, na którym ponieśliśmy klęskę. Patrząc na niego z perspektywy loży prasowej dało się wyczuć, że choć razem z wszystkimi, cały czas był jakby obok, nieobecny. Zamyślony i pełen wzruszenia. Kto wie, czy nie tak wygląda jego koniec reprezentacyjnej kariery. Kariery, której piłkarska Polska jeszcze nie widziała i - być może - już nigdy nie zobaczy.
Ze Strawberry Arena w Solnie - Tomasz Brożek












