Robert Lewandowski potrzebował miesiąca, by strzelić dla Chicago Fire trzy gole, zaliczyć asystę i zostać najlepszym zawodnikiem kolejki MLS. Wpływ jego transferu nie miał być jednak liczony wyłącznie bramkami. Polak miał pomóc klubowi odzyskać miasto, przyciągnąć kibiców i podnieść rangę całej ligi. Pierwsze efekty są wyraźne, ale nierównomierne: Polonia ruszyła za swoim kapitanem, podczas gdy życie Chicago i szerzej - całej MLS - nie uległo zmianie. Na trybunach Soldier Field można dostrzec to, czego nie pokazują ani statystyki, ani raporty sprzedażowe. Biało-czerwone flagi, koszulki reprezentacji Polski, szaliki z orłem, polski język słyszany w kolejkach po napoje i na stadionowych korytarzach. Podczas pierwszego domowego występu Lewandowskiego Chicago Fire przestało na chwilę wyglądać jak klub, który od lat próbuje odzyskać swoje miejsce na sportowej mapie miasta. Stało się gospodarzem dużego polonijnego święta.
- Polacy byli wszędzie. Nawet po polsku było słychać na każdym kroku. To było niesamowite wrażenie. Siedząc i patrząc, jak gra, czuliśmy dumę. Przeżycie warte wydania niemałych pieniędzy - opowiada Monika Wyrwas, dyrektor wykonawcza Polish American Chamber of Commerce, organizacji, która przeprowadziła dwie udane akcje sprzedaży biletów na mecze Chicago Fire.
Polonia naprawdę ruszyła
Debiut Lewandowskiego przed chicagowską publicznością trudno byłoby lepiej wyreżyserować. Na Soldier Field przyszło 32 183 widzów, najwięcej w tym sezonie na domowym meczu Fire, lecz nieco mniej, niż się spodziewano. Gospodarze pokonali Charlotte FC 2:1, a oba gole strzelił Polak. Pierwszego - zaledwie 93 sekundy po objęciu prowadzenia przez rywali. Drugiego - na wagę zwycięstwa. Kilkadziesiąt godzin później MLS wybrała go najlepszym zawodnikiem kolejki.
Wyrwas mówi, że sprzedaż biletów na pierwszy mecz Lewandowskiego w Chicago niemal się podwoiła. Organizacja, którą kieruje, przeprowadziła dwie akcje sprzedażowe i pośredniczy w kontaktach między polonijnymi grupami a biurem biletowym Fire. Dzięki temu obserwuje zainteresowanie nie z perspektywy internetowych deklaracji, lecz konkretnych zamówień. - Myślałam, że pierwsza fala entuzjazmu przejdzie, a później wszystko zacznie zanikać. Tymczasem zainteresowanie jest niesamowite. Dostaję wiadomości: "Wybieramy się, idzie nas troje, macie dogodne bilety?". Wtedy zbieram większą grupę, dzwonię do kasy biletowej i mówię, ilu mamy chętnych oraz w jakiej cenie szukamy miejsc - tłumaczy.
Rozpiętość cenowa jest duża. Według Wyrwas za najlepsze miejsca trzeba było zapłacić około 250 dolarów, ale na wyższych poziomach stadionu dostępne były także bilety za mniej więcej 75 dolarów. Nie odstraszyło to Polonii.
Na razie transfer najmocniej działa jednak właśnie wewnątrz Polonii. To środowisko dostało sportową postać, wokół której może się zjednoczyć niezależnie od klubowych sympatii przywiezionych z Polski. Łukasz Dudka, redaktor naczelny "Dziennika Związkowego", potwierdza większe zainteresowanie publikacjami o piłkarzu, zwłaszcza w okresie transferu i przyjazdu do miasta. Zauważa też wzrost liczby polonijnych dziennikarzy starających się o akredytacje na mecze i konferencje Fire. Ale pierwszy miesiąc pokazał również granice tego poruszenia.
Na Soldier Field święto, w Bridgeview wolne miejsca
Kilka dni po 32-tysięcznej publiczności na meczu z Charlotte drużyna przeniosła się na położony na południowo-zachodnich przedmieściach SeatGeek Stadium. W spotkaniu Leagues Cup z Necaxą uczestniczyło 9 tys. osób. Trzy dni później zwycięstwo nad Santos Laguną, przypieczętowane golem Lewandowskiego w doliczonym czasie, obejrzało 14 tys. widzów. Obiekt może pomieścić około 20 tysięcy osób.
Były to inne rozgrywki, inny stadion i mniej atrakcyjni dla przeciętnego mieszkańca Chicago przeciwnicy. SeatGeek Stadium znajduje się w Bridgeview, do którego wielu mieszkańcom miasta znacznie trudniej dotrzeć niż na centralnie położone Soldier Field. Mimo tańszych biletów i pewności, że Lewandowski zagra, trybuny nie zostały jednak wypełnione.
- Wydaje mi się, że efektu Lewandowskiego poza polonijną społecznością w Chicago na razie nie ma - ocenia Dudka. - Gdyby rzeczywiście panował szał, nawet ten 20-tysięczny stadion powinien się wypełnić. Tak się nie stało. Jednocześnie jest jeszcze za wcześnie, żeby oceniać, czy Chicago Fire przeliczyło się z tym transferem pod kątem marketingowym.
Wyrwas interpretuje niższą frekwencję łagodniej. Jej zdaniem Bridgeview od dawna jest dla okazjonalnych kibiców mniej atrakcyjnym miejscem. Sam dojazd staje się filtrem oddzielającym fanów zdecydowanych od tych, którzy wybiorą mecz głównie ze względu na znane nazwisko. Obie obserwacje mogą być prawdziwe jednocześnie: Lewandowski potrafi wywołać duże wydarzenie w centrum Chicago, ale nie sprawił jeszcze, że publiczność pojedzie za Fire wszędzie i na każde rozgrywki.
To ważne rozróżnienie dla klubu, który przygotowuje się do przeprowadzki na własny, 22-tysięczny stadion w South Loop. Obiekt za około 650 mln dolarów ma zostać otwarty w 2028 roku. Fire potrzebują więc nie jednego wyprzedanego wieczoru, lecz kilkunastu lub kilkudziesięciu tysięcy ludzi gotowych regularnie kupować bilety. Lewandowski może pomóc ich odnaleźć, ale sam nie zbuduje trwałego nawyku chodzenia na mecze.
- Chicago kocha swoje drużyny wtedy, kiedy wygrywają. Jeśli Fire będą regularnie awansować do play-offów i grać o stawkę, ludzie przyjdą. Jeżeli znów będą wlec się w ligowym ogonie, sam duży transfer nie wystarczy - podkreśla Dudka.
MLS nie oszalała na punkcie Lewandowskiego
Sportowo Lewandowski szybko dał lidze materiał promocyjny. Zadebiutował przeciwko Interowi Miami, na Yankee Stadium przywitała go reakcja publiczności, którą amerykańskie media opisywały jako głośniejszą niż owacje dla części gospodarzy, a po dwóch golach z Charlotte został twarzą kolejki MLS. Po pięciu występach we wszystkich rozgrywkach miał trzy bramki i asystę.
Nie oznacza to jednak powstania efektu porównywalnego z tym, który od 2023 roku generuje Lionel Messi. Widać to po sprzedaży biletów poza Chicago. W Orlando i Nowym Jorku wejściówki na spotkania z Chicago nadal można znaleźć za mniej niż 30 dolarów, a organizatorzy nie traktowali wizyty Lewandowskiego jako wydarzenia premium. Inaczej wygląda to w przypadku Interu Miami: przyjazd Messiego automatycznie oznacza otwieranie dodatkowych sektorów i podnoszenie cen.
To opis różnicy skali. Messi stał się w Stanach Zjednoczonych zjawiskiem wykraczającym poza piłkę. Polak pozostaje globalną gwiazdą futbolu, ale jego najsilniejsze rynki oddziaływania są bardziej konkretne: europejscy kibice, chicagowska Polonia oraz ludzie, którzy już interesują się piłką. Transfer podnosi prestiż MLS i potwierdza, że liga potrafi przyciągać wielkie nazwiska, jednak na razie nie zmienia cen biletów ani zainteresowania w każdym mieście, do którego przyjeżdża Fire.
Pierwszy miesiąc daje zatem odpowiedź mniej spektakularną od tej, którą klub chętnie umieściłby w kampanii marketingowej. Lewandowski nie stał się "drugim Messim". Ludzie w USA nie wykupują biletów, bo przyjedzie do nich gwiazdor z Polski. Zainteresowanie jest takie samo, jakie było wcześniej.
Polonia czeka na coś więcej niż gole
Lewandowski jest dziś w Chicago doskonale widoczny na boisku i billboardach, ale prawie nieobecny w życiu polonijnym. Organizacje próbują dotrzeć do niego lub jego najbliższego otoczenia. Pytają o możliwość spotkania, udziału w wydarzeniu czy zorganizowania oficjalnego powitania. Na razie bez powodzenia.
- Wszyscy próbują wyczuć, z kim rozmawiać, czego można oczekiwać i jak podejść do tego tematu. Nie mamy jeszcze bezpośredniego kontaktu z otoczeniem pana Lewandowskiego. Chcielibyśmy zorganizować z jego udziałem galę albo powitanie w Chicago - mówi Monika Wyrwas.
Szefowa Polish American Chamber of Commerce chciałaby również nawiązać współpracę z Anną Lewandowską i przedstawić ją polonijnemu środowisku przedsiębiorców. Wyrwas widzi przestrzeń do wykorzystania jej doświadczenia biznesowego oraz zaoferowania kontaktów potrzebnych do rozwinięcia działalności w Stanach Zjednoczonych. - Mamy marzenie, że Lewandowscy będą łatwiej dostępni i staną się częścią naszej społeczności, niezależnie od tego, czy przyjechali na dwa lata, czy zechcą zostać dłużej. Na razie otoczka wokół nich jest jednak na tyle szczelna, że nie mamy dojścia - przyznaje.
Dudka odbiera liczne pytania o wywiad, możliwość spotkania z piłkarzem i jego obecność na polonijnych imprezach. Rozumie jednak dystans otoczenia zawodnika. Każde pojawienie się Lewandowskiego może wywołać tłum, dlatego ograniczona dostępność jest również mechanizmem ochronnym. Pierwszym większym krokiem ma być obecność Chicago Fire podczas festiwalu Taste of Polonia w weekend Labor Day. Klub został jednym ze sponsorów imprezy i zapowiedział własne stoisko. Według informacji Dudki Lewandowski również ma pojawić się na festiwalu, choć prawdopodobnie na krótko.
To może być moment równie ważny jak pierwsze dwa gole na Soldier Field. Sportowy transfer już połączył Polonię na trybunach. Teraz okaże się, czy przerodzi się w relację trwalszą niż wspólne oglądanie meczów.
Pierwszy miesiąc nie przyniósł jeszcze rewolucji w całym Chicago ani w MLS. Przyniósł natomiast coś, czego Fire bardzo potrzebowali: poczucie, że wokół klubu znów może wydarzyć się coś dużego. Lewandowski zapełnił część trybun, uruchomił sprzedaż, przyciągnął polonijne media i dał ludziom powód, by pytać o następny mecz. Reszta zależy od wyników, konsekwencji klubu i tego, czy zainteresowani jednym nazwiskiem kibice zostaną z Fire także wtedy, gdy zabraknie debiutanckiej oprawy.
Na razie najuczciwszy bilans brzmi więc: Lewandowski poruszył Polonię, zwrócił uwagę Chicago, ale całej ligi jeszcze nie odmienił.













