Pominęli Lewandowskiego, słono za to zapłacili. Z tego błędu śmieją się do dziś
Dzisiaj każdy polski klub byłby w stanie oddać wszystko, byleby tylko skłonić Roberta Lewandowskiego do gry w ich barwach. Sytuacja nie zawsze wyglądała dla "Lewego" tak kolorowo. W momencie początkowej eksplozji jego potencjału napastnik był bliski powrotu do Legii Warszawa, z której już raz został wypchnięty. Stołeczny klub podjął jednak decyzję, której echa odbijają się bardzo głośno do dzisiaj. I to nie tylko w Polsce.

Robert Lewandowski pomimo 37 lat na koncie jest w stanie utrzymać na tyle dobrą formę, by cały czas znajdować się w rotacji mistrza Hiszpanii. Powoli jednak trzeba przyzwyczajać się do myśli, że taki stan rzeczy nie będzie trwał wiecznie. Kiedy jednak koniec kariery nie nadejdzie, osiągnięcia kapitana reprezentacji Polski są tak duże, że na jego następcę możemy się nigdy nie doczekać.
"Lewy" nie rozpoczynał kariery jako wschodząca gwiazda polskiego futbolu. Przebijał się z drugiego, a może nawet i trzeciego szeregu. Niechciany w Legii Warszawa, zmagający się z poważną kontuzją wylądował w Zniczu Pruszków. Tam zabłysnął po raz pierwszy, a po wywalczeniu korony króla strzelców momentalnie pojawiły się oferty od najlepszych polskich klubów. W tym również od Legii, która już raz odrzuciła Lewandowskiego. Nikt nie spodziewał się wówczas, że ten niepozorny transfer gwałtownie wpłynął na losy polskiej piłki nożnej.
Legia wolała Hiszpana od Lewandowskiego. Zakończyło się katastrofą, kompletny niewypał
Za przeprowadzanie transferów do Legii odpowiadał wówczas dyrektor sportowy klubu Mirosław Trzeciak. W stołecznym klubie postawiono wtedy na kierunek hiszpański, co w polskiej piłce zdarzało się wielokrotnie. Do Warszawy przylecieli wówczas m.in. Inaki Descarga, Tito oraz Mikel Arruabarrena. Sprowadzenie tego ostatniego zdecydowanie przeszło do historii polskiej piłki. Głównie z powodu jednego cytatu z Trzeciaka.
Możesz sprzedawać Lewandowskiego, mamy Arruabarrenę
Legia zdecydowała się sprowadzić napastnika z doświadczeniem w drugiej lidze hiszpańskiej, zamiast króla strzelców zaplecza Ekstraklasy. W tamtym momencie decyzja ta mogła zostać uznana za ryzykowną, lecz w jakimś stopniu logiczną. Rzeczywistość okazała się dla Trzeciaka, jak i całej Legii absolutnie brutalna.
Arruabarrena do teraz jest uznawany jako jeden z największych niewypałów transferowych w historii klubu. Po części musi to być spowodowane zestawieniem z dalszą karierą Lewandowskiego, lecz Hiszpan na boisku po prostu się nie obronił. W lidze zdołał zagrać tylko sześć razy, gola oczywiście nie strzelił, a już zimą wrócił do ojczyzny. Tymczasem Lewandowski w Lechu Poznań zachwycał, a po chwili trafił do reprezentacji Polski.
Sam zainteresowany po latach doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że w Polsce stał się symbolem. Podchodzi do całej sprawy z dużym dystansem, traktując swój prymat nad Lewandowskim jako swojego rodzaju wyróżnienie.
- Kiedy mówię moim znajomym, że Legia wolała mnie od Lewandowskiego, nie wierzą. Pukają się w czoło. "Mikel, nie pij więcej tego wina". A gdy dowiadują się, że to jednak prawda, śmieją się przez godzinę - wypalił Hiszpan w rozmowie ze "sport.pl".
Arruabarrena w rozmowie z Sebastianem Staszewskim z dużym zdziwieniem reagował na fakt, że ma w naszym kraju tak złą reputację. Wskazywał na swoją pozycję w drugiej lidze hiszpańskiej i zestawił ją z polską drugą ligą, w której brylował Lewandowski. Dysproporcje były wówczas ogromne. Hiszpan stwierdził, że Trzeciak "nie był jasnowidzem". Pomijając to, co wiemy w 2025 roku, trudno nie jest przyznać racji Arruabarrenie. A może polscy kibice powinni być wdzięczni za taki rozwój wypadków? Lewandowski w Warszawie mógłby nigdy się nie przebić, a o wyjeździe do Borussii Dortmund mógłby tylko pomarzyć. Jak doskonale wiemy, jego przejście do Lecha Poznań okazało się idealnym wyborem.












