Pokpili sprawę Lewandowskiego, fortuna przeszła im koło nosa. Żałują do dziś
Kolejne transfery Roberta Lewandowskiego wywoływały w Polsce ogromne emocje. Niewielu jednak wie, że na kolejnych transakcjach sowicie zarabiały poprzednie kluby kapitana reprezentacji Polski, również te najmniejsze. Wszystko dzięki tzw. opłacie solidarnościowej pozwalającej na partycypację w zyskach, należnej za wyszkolenie piłkarza. Z okazji nie skorzystał klub z rodzinnej miejscowości "Lewego". Moment zawahania kosztował ich prawdziwą fortunę.

Wiele wskazuje na to, że przed Robertem Lewandowskim ostatnie tygodnie spędzone w koszulce FC Barcelony. Kapitan reprezentacji Polski odrzucił ofertę przedłużenia kontraktu z "Dumą Katalonii" a jego agent rozpoczął rozmowy m.in. z włoskim Juventusem. W gronie zainteresowanych znajdują się także AC Milan, amerykański Chicago Fire, a nawet kluby z Arabii Saudyjskiej.
Saga z udziałem Lewandowskiego, której finalnym momentem ma być złożenie podpisu na kontrakcie, z pewnością potrwa jeszcze długo. Polak nie może narzekać na brak zainteresowania, głównie ze względu na jakość piłkarską, lecz nie tylko. Szczególnie kuszącym jest fakt, że Lewandowski już teraz może podpisać umowę z jakimkolwiek klubem, przechodząc do niego "za darmo".
Oznacza to w praktyce, że Barcelona nie tylko nie może zablokować takiego transferu, to na dodatek nie zarobi na odejściu Lewandowskiego złamanego grosza. To jest kiepska sytuacja nie tylko dla mistrzów Hiszpanii, ale również i dla innych polskich klubów.
Mniejsze kluby zarobiły fortunę na Lewandowskim. Jest tylko jeden wyjątek
Wszystko przez tzw. opłatę solidarnościową. Jest to mechanizm wprowadzony po to, by wynagrodzić kluby biorące udział w wyszkoleniu zawodnika, przechodzącego na zasadzie transferu gotówkowego z jednej krajowej federacji to drugiej. Pieniądze są należne wszystkim drużynom, które szkoliły piłkarza pomiędzy 12 i 23 rokiem życia. Stawki są stałe - jest to 5% od kwoty transferu. Ta suma jest dzielona miedzy kluby (za każdy rok 5 proc. dla zawodników od 12. do 15. roku życia i 10 proc. od 16 do 23 roku) - opisywał to zjawisko na łamach Interii Sport Andrzej Klemba.
Za przejście Roberta Lewandowskiego z Bayernu do Barcelony najwięcej zarobić miała Varsovia Warszawa, której piłkarzem "Lewy" był w latach 2000-2004. Na konto tego klubu miało trafić około trzech milionów złotych. W podziale zysków partycypują również Delta Warszawa, Legia Warszawa, Znicz Pruszków, Lech Poznań, a nawet Borussia Dortmund.
Co interesujące, w tym gronie nie ma Partyzanta Leszno, z którym Lewandowski przez wiele lat był utożsamiany. Reprezentant Polski wielokrotnie trenował w klubie ze swojej rodzinnej miejscowości, lecz nigdy nie był oficjalnie zarejestrowany jako jego zawodnik.
Jak po latach przybliżył portal "WP SportoweFakty", prezes Partyzanta Grzegorz Mincberger miał pomagać Lewandowskiemu w przejściu do Znicza Pruszków. To właśnie przyjaciel rodziny Lewandowskich skontaktował go z ówczesnym prezesem Znicza Pruszków Sylwiuszem Muchą-Orlińskim. Sam Mincberger jednak na karierze "Lewego" nigdy nie zyskał materialnie. Szerzej o tym opowiedział na łamach książki Sebastiana Staszewskiego "Lewandowski. Prawdziwy".
Szkoda, że nie pomyślałem, aby zarejestrować go tuż po wyrzuceniu z Legii. Nawet na chwilę, przecież później oddalibyśmy go za darmo. Dzięki temu uszczknęlibyśmy coś z tego tortu.
To drobne przeoczenie kosztowało Partyzanta prawdziwą fortunę. Dla przykładu - Delta Warszawa, w której Lewandowski według portalu 90minut.pl spędził tylko pół roku, na jego transferze do Barcelony miała zarobić około 113 tys. euro, czyli blisko 500 tysięcy złotych. Dla małego klubu koncentrującego się na szkoleniu młodzieży są to gigantyczne pieniądze.
Zobacz również:













