Łukasz Szukała: "Lewandowski... uratował mi portfel". Po latach ujawnia, czy wybaczył Nawałce
Brak powołania na Euro 2016 był dla niego niczym sztylet, który przebił mu serce. A mimo to nie ma urazy do Adama Nawałki. Wychowywał się w Niemczech, dostał nawet powołanie do tamtejszej młodzieżówki, ale Łukasz Szukała od początku chciał grać wyłącznie z Orłem na piersi. W rozmowie z Interią opowiedział m.in. o prestiżowym kursie MIP UEFA, który ukończył jako pierwszy Polak w historii, otrzymanej ofercie z Egiptu, pasji do tenisa i sytuacji, w której... Robert Lewandowski uratował mu portfel.

Tomasz Brożek, Interia: Przyleciał pan do Warszawy z Bukaresztu specjalnie na premierę książki Sebastiana Staszewskiego "Lewandowski. Prawdziwy"?
Łukasz Szukała, były reprezentant Polski: - Tak. To było duże wydarzenie, a więc i świetna okazja. Dlatego nie mogło mnie tu zabraknąć. Z resztą na sali pojawiło się też wielu były piłkarzy reprezentacji Polski, w tym moi dawni koledzy jak Kuba Wawrzyniak czy Marcin Burkhardt.
Oni jednak nie mogli powiedzieć, że stanowili dla autora inspirację, która rozpoczęła cały proces twórczy.
- Można powiedzieć, że po części natchnąłem Sebastiana. A we wszystko wplątany jest jeszcze… Cristiano Ronaldo i jego biografia. Ostatecznie na pomysł napisania książki wpadł jednak sam autor.
A pomysł napisania mocnej, szczerej książki o Lewandowskim ocenia pan pozytywnie?
- Oczywiście! Brakowało takiej książki. Lewandowski to wielka postać, generująca olbrzymie zainteresowanie, a przy tym to też spora tajemnica. To dla mnie najlepszy sportowiec w historii Polski. Mam szacunek do Zbigniewa Bońka, Kazimierza Deyny, Wojciecha Szczęsnego, Jakub Błaszczykowskiego, Łukasza Piszczka, Grzegorza Krychowiaka, Piotra Zielińskiego… Długo mógłbym tu wymieniać piłkarzy z poprzedniej i obecnej generacji. Ale to Lewandowski sprawił, że nadzieje polskich dzieci na piłkarską karierę wzniosły się na inny, nieznany wcześniej poziom. Zresztą jego wpływ sięga daleko poza granice naszego kraju, co raz uratowało mnie w nieprzyjemnej sytuacji.
Zamieniam się w słuch...
- Byłem w Brazylii. Wylądowałem o czwartej nad ranem. Pojechałem prosto do hotelu, ale nie mogłem jeszcze dostać pokoju. Zostawiłem więc bagaż i poszedłem na plażę. Po drodze spotkałem czterech młodych chłopaków. Jeden z nich miał koszulkę Flamengo, ale widać było, że pochodzą z biednych rodzin. Mieli może po 12 lat. Od razu dostrzegłem, że coś kombinują. Miałem rację. Podeszli i zaczęli natarczywie prosić o pieniądze. "Money, money, money" - mówili, wyciągając ręce. Powiedziałem, że nie mam przy sobie gotówki. Skłamałem, ale wolałem nie wyciągać portfela…
To pewnie nie zbiło ich z tropu?
- Niestety. Skoro nie miałem pieniędzy, poprosili o czapkę. Nie ukrywam, że choć wokół byli ludzie, bałem się. W Brazylii bywa niebezpiecznie. Na szczęście udało mi się zmienić temat. Powiedziałem im, że jestem sportowcem. Ze względu na mój wzrost, obstawiali, że gram w kosza. Wybiłem ich z błędu. "America?" - zapytali, gdy powiedziałem im o futbolu. "Poland, my friends" - odpowiedziałem.
Wtedy najmniejszemu z nich aż oczy się zaświeciły. Reszta poszła jego śladem. "Lewandowski, Lewandowski!" - zaczęli krzyczeć. Ich twarze natychmiast się zmieniły, a ja się uspokoiłem. Powiedziałem im, że Lewandowski to mój przyjaciel. I pokazałem nasze wspólne zdjęcia z treningów i meczów, które mam na Instagramie.
Czyli Robert Lewandowski… uratował panu portfel?
- Można tak powiedzieć (śmiech). Ale to pokazuje, że nawet na końcu świata, gdy słyszysz hasło "Polska", masz przed oczami właśnie Roberta Lewandowskiego. On wypromował nasz kraj, podniósł jego rangę i jest jego żywą reklamą. Dlatego książka taka, jak "Lewandowski. Prawdziwy", była potrzebna.

Lewandowski jest rozpoznawalny na całym świecie, ale czy na pewno znany? Na ile ludzie go znają i wiedzą jaki jest - nawiązując do tytułu wspomnianej biografii - "prawdziwy" Robert?
- Bardzo trudno poznać człowieka. Żeby przedstawić jego prawdziwą sylwetkę, trzeba poświęcić na to wiele czasu. To samo dotyczy Ronaldo, Messiego czy innych piłkarzy. Dlatego doceniam pracę Staszewskiego, który o Robercie porozmawiał z takimi ludźmi jak Laporta, Rummenigge, Hoeness, Mueller, Perisić, Coman, Gavi, Subotić, Watzke, Zorc i wieloma innymi. Naprawdę poszukał prawdy o nim. Poza tym dla mnie ważne jest to, jaki wpływ ma Lewandowski na Polskę i naszą młodzież. Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby pochodził z innego kraju, być może jego pomnik byłby jeszcze większy.
I może wtedy zdobyłby Złotą Piłkę…
- Ja nie patrzę na tę sprawę aż tak negatywnie. Dla mnie on tę Złotą Piłkę po prostu zdobył i tyle. Przy 2020 roku na liście może i nie ma jego nazwiska, ale za 50 lat ludzie będą bardziej spoglądać głównie na to pole. Będą się zastanawiać, co się wtedy stało i kto powinien zwycięzcą. A odpowiedź będzie brzmiała: Lewandowski.
Ale czy to wystarczy, by połechtać jego ego?
- Z tym może być gorzej. Brak Złotej Piłki jest dla niego trudną sprawą. To na pewno go bolało. Ale on jest niezwykle doświadczony i sam wie najlepiej, co osiągnął. A ja nie zdziwiłbym się, gdyby "France Football" wręczyło mu po karierze specjalną karierę.
Poniekąd była już nią "nagroda pocieszenia" imienia Gerda Mullera.
- To prawda, ale czeka go jeszcze jakiś hołd po karierze, specjalne upamiętnienie. Jestem tego wręcz pewny, a on sam bezapelacyjnie na to zasłużył. Wszyscy to wiedzą. Może to będzie nawet bardziej romantyczne niż sama Złota Piłka.
Biografia Lewandowskiego wywołała spore poruszenie w środowisku jeszcze przed premierą. Mamy dowiedzieć się z niej między innymi sporo o niewdzięcznej stronie jego natury. Choćby o konfliktach, które rodziły się wokół niego w reprezentacji Polski. Czy z pana perspektywy "Lewy" był kiedykolwiek problemem w szatni naszej kadry?
- W reprezentacji na pewno jest konkurencja między piłkarzami. Tak samo w wielkich klubach. Ale ja tak tego nie odbierałem. Grałem w drużynie narodowej przez ponad dwa lata. To może był krótki czas. Ale Lewandowski zawsze stanowił dla mnie dodatkowe źródło motywacji. To była duma, by grać z takim piłkarzem w jednej drużynie. Tak samo z innymi, jak z Glikiem czy Piszczkiem. Dlatego atmosfera była dobra. Czy iskrzyło między nimi? Może poza boiskiem, w innych tematach. Ale na boisku byliśmy jednością.
A jak wyglądał ten pierwszy kontakt z Lewandowskim w kadrze? Przy okazji pana debiutu kapitanem był jeszcze Jakub Błaszczykowski. Ale może i Robert służył cenną radą i wsparciem?
- Tak było. Gdy dołączyłem do reprezentacji, Lewandowski szybko wziął mnie na stronę i próbował ze mną trenować zagrania, które można wykorzystać na boisku. Pokazywał, że gdy jest w jednym sektorze boiska i biegnie w danym kierunku, piłkę powinien dostać tam i tam. A gdy się cofał i patrzył do góry, planował zwrot i chciał otrzymać podanie za plecy. To był już skrajny profesjonalizm, sprowadzający się do najmniejszych detali. To też mnie zmotywowało i pokazało, że ma rację. Że tak drobne rzeczy na tym poziomie robią różnicę
Śledzi pan poczynania obecnej reprezentacji?
- Tak. I mam jak najlepsze odczucia. Mamy duże szanse, by awansować na mundial. Szkoda tylko tej porażki z Finlandią. To był ważny mecz...
A jak patrzył pan na aferę związaną z wyjazdem do Helsinek? Trudno nie odnieść wrażenia, że jako Polacy sami włożyliśmy sobie kij w szprychy.
- Dokładnie tak. To był dramat. A sprawa opaski? Nie możesz traktować piłkarza na tym poziomie w taki sposób. Jako były reprezentant kompletnie nie widziałem w tym jakiegokolwiek sensu. Dlaczego sami stwarzamy sobie problemy? Powinniśmy walczyć razem, jako drużyna. Wszelkie personalne problemy i ego trzeba odłożyć na bok. Nie chodzi o to, kto jest numerem jeden, dwa czy trzy. Chodzi o reprezentację. Trzeba to było przeprowadzić dużo bardziej profesjonalnie. A przede wszystkim z szacunkiem. Moim zdaniem nie można było potraktować Lewandowskiego w taki sposób.
Wróćmy jednak do Jana Urbana. "W pewnym stopniu tracimy go z pola widzenia" - tymi słowami nasz selekcjoner skwitował w Meczykach przeprowadzkę do Arabii Marcina Bułki. Jak odbiera pan tę wypowiedź przez pryzmat swoich saudyjskich doświadczeń?
- Selekcjoner źle robi. Nie można tak powiedzieć. Liga saudyjska to nie byle co. Ma dobrych, a nawet bardzo dobrych piłkarzy i bramkarz zawsze może się w niej pokazać. W Arabii preferują ofensywny futbol, a poziom treningów stoi na topowym poziomie. Golkiperom łatwo jest tam utrzymywać wysoką formę. Ja bym tak szybko nie odpuszczał. Ale teraz Marcin Bułka leczy kontuzję, więc temat chwilowo został zamknięty.
Marcin Bułka wjechał do zupełnie innej Arabii Saudyjskiej niż pan w 2015 roku?
- Tak, to już nie ten sam kraj. Wtedy żyło się tam dużo trudniej, niż teraz. Teraz spokojnie można tam nawet jechać na wakacje. Dużo się zmieniło na plus. Ja żałuję, że byłem tam tak krótko. Dobrze się czułem w Dżeddzie. Miasto było świetne, rozpościerało się nad morzem. Te widoki robiły swoje.
Piłkarsko Arabia już wtedy stała na niezłym poziomie. Bez porównania do tego, co jest teraz, ale już wtedy nie można było narzekać. Na domowe mecze z dobrymi drużynami przychodziło po 50 000 fanów. A to już wielka presja i odpowiedzialność. Mój okres tam był krótki, ale bardzo mi się podobało. Do dziś tam kolegów.

Skoro jest pan z wszystkim na bieżąco, domyślam się, że z piłką pogodził się pan już na dobre?
- Ja wcale się z nią nie pokłóciłem. Moja kariera była intensywna. Zwiedziłem wiele krajów, często się wyprowadzałem i byłem z dala od rodziny. Pierwszy raz musiałem ją opuścić w wieku 15 lat. Dlatego po karierze potrzebowałem trochę luzu, żeby w końcu zacząć oddychać. Głowa musiała odpocząć, bo do tej pory wszystko kręciło się wokół futbolu. Wiecznie tylko piłka, piłka, piłka. Moje ostatnie kontrakty były dobre, ale nie grałem dużo, a w dodatku musiałem sądzić się o zaległe wypłaty. Później spędzałem więc dużo czasu z najbliższymi, rozwijałem biznes, działając na innym rynku. Powitałem także na świecie swojego syna. To był wyjątkowy moment, który zmienił wszystko. To nie było więc tak, że byłem obrażony na piłkę, a teraz wracam. Musiałem nabrać dystansu. A potem zacząłem stopniowo uruchamiać swoje kontakty.
Sądowe batalie, to ciekawy wątek. Wszystkie zostały już zakończone?
- Tak, wszystko już się zakończyło. To trwało do 2021 roku, ale - na szczęście - mam to już za sobą.
W międzyczasie przyszedł czas na tenis.
- Tak, to moja nowa, wielka pasja.
Czyli pewnie oglądał pan ostatni turniej WTA Finals z udziałem Igi Świątek?
- Tak, Igę oglądam bardzo często. Śledzę kobiecy i męski tenis, ale też sam dużo gram. Po karierze potrzebowałem czegoś, żeby trzymać formę. Biegać nie lubiłem, za siłownią nie przepadałem, a w piłkę już nie chciałem grać. Nie ma frajdy z biegania po boisku, gdy nie jesteś dobrze przygotowany i idziesz pograć z kumplami raz na tydzień. Wszyscy są wtedy zmotywowani, żeby jak najlepiej zagrać przeciwko tobie. To nie na moje zdrowie (śmiech).
Szukałem czegoś, co mnie zrelaksuje, ale będzie też zapewniało odpowiednią intensywność. Zacząłem pod koniec 2019 roku. To były moje pierwsze lekcje tenisa. Nigdy wcześniej nie grałem. W trakcie kariery nie było takiej możliwości. A teraz to moja terapia. Idę na kort i mam dwie godziny relaksu połączonego z wysiłkiem. Jest też elementy rywalizacji, czego jako były piłkarz po prostu potrzebuję. Psychicznie to było dla mnie bardzo ważne. Trenuję jak profesjonalista. Rano odbijam z trenerem, a wieczorem rozgrywam sparingi z kolegami.
Ulubieni tenisiści?
- Iga Świątek jest fantastyczna i odnosi wielkie sukcesy. Ale dla mnie Roger Federer to absolutny numer jeden i to od samego początku. To mój wielki mistrz i idol. Obserwowałem go skrupulatnie jeszcze podczas mojej piłkarskiej kariery. Mam też dobrego kolegę Mariusa Copila, który prawie łapał się do TOP50 rankingu ATP.
Duża sprawa
- Zgadza się. Grał nawet finał w Bazylei z Federerem w 2018 roku. Oglądałem ten mecz. Przegrał, ale walczył jak lew. Do tego rzecz jasna Novak Djoković i Rafa Nadal. Każdy z nich zasługuje na wyróżnienie.
My tu o tenisie, a przecież został pan pierwszym w historii Polakiem, który ukończył prestiżowy kurs UEFA MIP (UEFA Executive Master for International Players). Rozpiera pana duma?
- Nie zrobiłem tego dla poczucia dumy czy bycia tym pierwszym. Po prostu chcę się rozwijać. Wiem, że po grze w piłce czekają na mnie inne rzeczy i chcę być na nie przygotowany. Nie zdobyłem wcześniej wyższego wykształcenia, dlatego to było dla mnie tak ważne, bo to ten kurs był połączony ze studiami na Uniwersytecie w Limoges. Naprawdę wiele się nauczyłem. To stosunkowo nowy program. Byłem jednym z pierwszych, którzy się zapisali. A teraz na kursie jest nasz kolejny rodak - Artur Sobiech.
Konsultował się wcześniej z panem?
- Tak, rozmawiałem z nim i powiedziałem, żeby zapisywał się z zamkniętymi oczami. Bo to kurs, podczas którego wiele można się nauczyć
Czego dokładnie?
- Struktur klubowych i biznesowych. Tego, jak robi się analizę SWOT, jak opracowuje się biznesplan, czy plan strategiczny, jak tworzy się bilans zysków i strat. To bardzo praktyczna wiedza. Do tego masz wokół siebie ludzi, którzy już pracują w piłce, więc możesz czerpać z ich doświadczenia. Absolwenci wszystkich edycji kursu znajdują się w jednej grupie. Prowadzimy różne dyskusje i dzięki temu od początku masz listę kontaktów, które możesz wykorzystać, prosząc o pomoc.
Do tego dochodzą wizyty w klubach całej Europy?
- A nawet świata. Byliśmy w: Atletico Madryt, Benfice, Sportingu, PSG, Tottenhamie, Brentfordzie, Flamegno, Botafogo, Fluminense, Borussii Dormtund, Bayerze Leverkusen, Interze Miami…
Przywitał was Leo Messi?
- Niestety nie, ale byliśmy w szatni i… widzieliśmy jego klapki. Do dziś mam w telefonie ich zdjęcie. Był na nich numer "10". Chcieliśmy je ukraść, ale nikt się nie odważył, bo wszędzie były kamery (śmiech). Niestety samego Leo nie spotkaliśmy. Był z nami "tylko" CEO Interu Miami. Ale mogliśmy podejrzeć, jak wyglądają amerykańskie struktury, a te są kompletnie inne od tego, co znamy z Europy.
Kto ze światowych gwiazd futbolu znalazł się z panem na roku?
- Dla przykładu byli to: znany z Arsenalu Alex Song, były kapitan Szwajcarów Gökhan Inler, jego rodak Julian Baumgartlinger, niegdyś kapitan Bayeru Leverkusen, były piłkarz Sevilli i Ajaxu Julien Escude czy Niemiec Andreas Beck. W nowej edycji do kursu wraz z Arturem Sobiechem dołączyli choćby Ivan Rakitić i Simon Kjaer, a przede mną jego absolwentami zostali między innymi Sami Khedira, Dider Drogba, Kaka, oraz Claude Makelele.
Wszyscy pana koledzy zdali?
- Dwie osoby nie zaliczyły egzaminów. To pokazuje, że nie ma nic za darmo. Samo nazwisko i piłkarskie CV tu nie wystarczy. By dostać dyplom od UEFA i uniwersytetu, trzeba na to po prostu zasłużyć.
Poza zdaniem egzaminu, musiał pan jeszcze najpierw napisać, a potem obronić pracę. Jaki temat pan wybrał?
- Pisałem o opóźnieniach w wypłatach pensji w profesjonalnej piłce. Cóż, wszak jestem tu ekspertem (śmiech). Analizowałem futbol męski i kobiecy. U kobiet sprawa ma się jeszcze gorzej, niż u facetów. To przerażające, ale ten aspekt wymaga wiele pracy. Kobiety trenują równie ciężko, co my, a dużo mniej zarabiają. O ile w ogóle pensje trafiają na ich konta.
Gdy piłkarz w Turcji dostaje 30-40 tysięcy euro na miesiąc i 2-3 razy nie otrzyma wypłaty na czas, nic się nie stanie. Ale gdy kobiety zarabiają po 2-3 tysiące euro i opóźnienia występują przez dłuższy czas, wtedy idąc do sklepu musisz się zastanowić, co wrzucić od koszyka. Jest nawet statystyka mówiąca o tym, że wiele kobiet przestaje grać w piłkę bardzo szybko, bo nie może się z niej utrzymać. A mówimy tu o reprezentantkach kraju. Taki był mój końcowy wniosek.
Praca miała 30 stron. Do tego trzeba było jeszcze przygotować prezentację, a na koniec odpowiedzieć na pytania komisji, broniąc swojej pracy, jak na studenta przystało. Jak widać, nawet w wieku 41 lat nie jest na to za późno.
Jakie są w takim razie pana najbliższe zawodowe plany? Praca w świecie futbolu?
- Na pewno będę chciał zwiedzić trochę Europy. W celach zawodowych, rzecz jasna. Chcę pojechać do paru klubów w Niemczech, gdzie mam kolegów, do Włoch oraz do Francji. Tak można poznać kulisy wielkiego futbolu. To moje najbliższe plany, czekam na możliwości.
Możliwości pracy w roli dyrektora sportowego?
- Tak. Myślę, że to naturalny krok. Nie widzę siebie jako trenera. Może zrobię kurs UEFA B i UEFA A, żeby mieć większe doświadczenie i wiedzieć, jak to wygląda. Ale generalnie to nie dla mnie. Dlatego ta naturalna droga prowadziłaby do gabinetu dyrektora sportowego lub do posady asystenta w jakimś dobrym klubie w Europie. To jest mój plan.
W wyliczance kolejnych państw zabrakło mi Egiptu. Podnoszony w mediach temat przenosin do Afryki jest już nieaktualny?
- Dostałem jeden telefon. Zadzwonił do mnie mój były trener Laurentiu Reghecampf, który kiedyś sprowadził mnie jako piłkarza do Rumunii. To on otrzymał oferty z Egiptu. Ma do mnie zaufanie, więc chciał porozmawiać. Powiedział, że z papierkiem w ręku dużo łatwiej będzie mu mnie zakontraktować, bo dla zarządu będę fachowcem, nie kolegą trenera. MIP robi spore wrażenie, poczułem to już na własnej skórze podczas kontaktu z właścicielami klubów z Rumunii. Ale to na razie także nic konkretnego.
Tak samo jak oferta z Rakowa?
- Spotkałem się tylko w Wojciechem Cyganem, który pomagał mi wcześniej w sprawie kursu MIP. Porozmawialiśmy na kilka tematów, ale niech to zostanie między nami.
Przebaczył pan już trenerowi Adamowi Nawałce brak wyjazdu na Euro 2016? Czy ten cierń wciąż rani serce?
- To na pewno był dla mnie potworny cios i trudny okres, ale nie mam pretensji do trenera Nawałki. Nie będę kłamał mówiąc, że nie żałuję, że nie pojechałem na Euro. Chciałem tam być. Wystąpiłem w 9 z 10 meczów w eliminacjach, więc myślałem, że na to zasługuję. A wtedy nadeszła kontuzja…
Selekcjoner zawsze wykładał karty na stół. Wiedziałem, jakie stawia żądania. Jako obrońca potrzebowałem więcej meczów w nogach, więcej rytmu meczowego. A w Turcji miałem trudny okres. Chciałem odejść, ale nie puścili mnie.
I wtedy pojawił się temat powrotu do Steauy Bukareszt?
- Chciałem tam wrócić, ale władze Osmanlisporu mnie nie puściły. Wiedziałem, że będzie cholernie trudno. Miałem w zespole dwóch Turków, którzy też chcieli jechać na Euro. Sytuacja była złożona na wielu poziomach. A ja byłem bezradny, miałem związane ręce. I tak straciłem wyjazd na Euro. To był wielki ból. Ale takie rzeczy dużo cię uczą. Gdy upadniesz na ziemię, musisz jakoś wstać.
Podczas meczu legend reprezentacji Polski z Brazylią była możliwość, by do tego wrócić?
- Z trenerem Nawałką rozmawiałem już wcześniej. Moja żona zrobiła mi niespodziankę na 40. urodziny. Była to kompilacja filmików z życzeniami od kolegów i byłych trenerów. Także pan Adam Nawałka wysłał wideo. Ja do niego zadzwoniłem i podziękowałem. To co było, już minęło. Ja nie miałem do niego pretensji. Ból jest i będzie, ale ja idę do przodu. Reprezentacja we Francji odniosła sukces, a ja miałem w tym mały wkład poprzez występy w eliminacjach.
A jak wyglądało starcie z Ronaldinho na Stadionie Śląskim? W powietrzu wciąż unosił się czar jego wielkiego piłkarskiego geniuszu?
- Tak, on wciąż robi na żywo ogromne wrażenie. Wielka szkoda, że nie spotkałem go w czasach jego świetności. Choć może to i dobrze? Bo można by wtedy dostać zawrotów głowy. Kilku wielkich obrońców już to przeżyło. Wciąż było widać, że to talent czystej wody. Ciało już nie to, ale oglądanie go z bliska stanowiło gigantyczną przyjemność. W zasadzie… nie chciałem zabierać mu piłki. Chciałem, by się nią bawił, by pokazał coś magicznego. Wiele razy widziałem go w akcji w TV, ale wtedy chciałem doświadczyć tego na żywo, nawet kosztem uraty bramki, choć trener Nawałka wolałby tego uniknąć, bo chcieliśmy wygrać. Było widać, że Ronaldinho wciąż ma w sobie ten pierwiastek magii. Stracił już szybkość, ale nie umiejętności.
To na koniec - co dziś, z perspektywy czasu, wspomina pan najcieplej. Debiut w reprezentacji Polski czy pamiętny triumf nad Niemcami?
- Na pewno mecz z Niemcami i debiut to dla mnie dwa szczególne momenty. W seniorskiej kadrze pojawiłem się bardzo późno. Miałem już 29 lat, choć wcześniej występowałem w młodzieżowych zespołach. Pierwszym meczem był ten z Danią, wygrany 3:2 w Gdańsku, gdzie się urodziłem. To sprawiło, że smak tego spotkania był jeszcze bardziej wyjątkowy.
To samo można powiedzieć o starciu z Niemcami. Przecież wychował się pan za zachodnią granicą, a Niemcy kusili pana grą dla ich kadry.
- Otrzymałem nawet raz powołanie z reprezentacji do lat 17. Ale moim celem zawsze była tylko i wyłącznie gra dla Polski. Podobnie myślał mój ojciec, który zrobił wszystko, by do tego doszło. Dzięki temu mogłem uczestniczyć w tym historycznym zwycięstwie. W Niemczech zostawiłem wielu kolegów, którzy przed meczem na Narodowym byli pewni, że jesteśmy skazani na porażkę. Cóż, wspólnie z kompanami z kadry udało mi się utrzeć im nosa.











