Czy to pożegnanie Lewandowskiego? Na taki moment szykujemy się latami
Robert Lewandowski i Liga Mistrzów to związek pełen miłości, udany do niemal na pełnej długości i szerokości. Gdyby był związkiem dwójki ludzi, nie skończyłby się nigdy. Przemijanie w piłce działa jednak zupełnie inaczej, więc całkiem możliwe - nawet, jeśli nie do końca pewne - że we wtorkowy wieczór widzieliśmy ostatnie podrygi w tych rozgrywkach jednego z najlepszych napastników w historii futbolu.

Tylko Robert Lewandowski i jego najbliżsi wiedzą, co chodziło mu po głowie przez ostatni tydzień. Porażka Barcelony z Atletico przed sześcioma dniami nie zamykała szans na awans do grona najlepszych dwóch zespołów Ligi Mistrzów, lecz znacznie go utrudniała. Lewandowski, mający w ostatnim czasie aż nadto widoczne skłonności do celebrowania momentów, jakby miały być ostatnimi, musiał zdawać sobie sprawę, że w Lidze Mistrzów zostały mu tylko one. Najbliższe miesiące przyniosą odpowiedź, czy faktycznie, jednak ostatnie, co powinno nas dziwić, to informacja, że faktycznie tak było.
O erze post-Lewandowski mówimy od lat. Pierwszy raz pytanie o swoją przyszłość w reprezentacji, napastnik usłyszał jeszcze w 2022 roku, tuż po odpadnięciu z mistrzostw świata w Katarze. W 2024 roku - gdy tuż przed mistrzostwami Europy doznał kontuzji i okazało się, że turniej zleci mu na walce z czasem, by zasmakować choć okrucha tej imprezy - po meczu z Holandią gremialnie uznawaliśmy, że jesteśmy przygotowani na ten moment. Na początku 2025 roku w gabinetach umiejscowionych na Camp Nou trwała dyskusja, czy do trzech lat upływającego kontraktu Polaka, dorzucić ten czwarty rok. Robert Lewandowski jednak zachwycał długowiecznością. Na każdą wątpliwość odpowiadał golem, ewentualnie kilkoma. Bywał coraz słabszy - nie ukrywajmy, że PESEL nie ma znaczenia - ale nigdy na tyle, by można było go ot tak pożegnać. Nigdy na tyle, by rozważania o erze post-Lewandowski przeszły w coś namacalnego.
Coś się jednak zmieniło. Od pewnego momentu Robert Lewandowski żegna się sam. Nawet jeśli decyzji o swojej przyszłości - czy to w reprezentacji, czy Barcelonie - sam nie zna, celebruje momenty, jak nigdy wcześniej. Po nieudanym barażu w Szwecji boisko opuszczał nieśpiesznie, jako ostatni, jakby chciał zapamiętać każdy swój krok na murawie - nie dlatego, że wiedział, iż są one ostatnie, lecz dlatego, iż dopuszczał taką myśl.
To mógł być ostatni mecz Roberta Lewandowskiego w Lidze Mistrzów
Teraz być może zagrał ostatni mecz w Lidze Mistrzów. Pożegnania - jeśli w ogóle z takim tu mieliśmy do czynienia, choć nie oszukujmy się: to bardzo możliwe - rzadko bywają równie piękne, co kariera, więc nie było ani ładnie, ani efektownie. Gdybyśmy chcieli uciekać w absurdalną, lecz efektowną narrację, moglibyśmy napisać, że zepsuł je także Hansi Flick, odsyłając na ławkę pewniaka w ligomistrzowym składzie, jakim do tej pory był Lewandowski. Nic to, że trafił z decyzją i Ferran Torres omal zapewnił Barcelonie odrobienie strat. Jeśli to był koniec, wyobrażaliśmy sobie go w inny sposób.
Nawet jeśli byliśmy świadomi, że Robert Lewandowski od dawna nie zrobił w piłce czegoś, co pozwalałoby nam uwierzyć, że czeka go w niej jeszcze coś lepszego, niż do tej pory osiągnął. Przemijał pięknie, lecz przemijał. Nie był już kojarzony z czołówką rywalizacji o Złotą Piłkę, a gdyby wygrał na pożegnanie swoją ostatnią Ligę Mistrzów, i tak nie uczyniłby to jako gwiazda najpierwsiejszego szeregu. Wiedzieliśmy, że nie będzie już nękał rywali hat-trickami. Jednocześnie zachwycał Robert Lewandowski długowiecznością - ze świecą szukać drugiego napastnika, który był w stanie robić tak wielkie rzeczy, mając tyle lat na karku. Jego rówieśnicy często próbują na koniec kariery zaczepić się gdziekolwiek, o ile w ogóle widzą sens kontynuowania czynnej przygody ze sportem, a on wypracował kontrakt z jednym z największych klubów świata. Zrobił to przed rokiem, gdy - o, zgrozo - był o rok młodszy, niż obecnie. Ten rok wydaje się być kluczowy. Nawet, gdyby miał kolejny raz zostać w Barcelonie, to tylko w roli piłkarza, którego coraz częściej będziemy oglądać przy zbliżeniach na ławkę rezerwowych.
Bo piłka nie stoi w miejscu - zawsze jest ważny mecz, zawsze porażka przekreśli szansę na coś wielkiego, a Robert Lewandowski coraz częściej zostawał z tyłu. Mając 38 lat, coraz częściej był jedynym ponad-30-latkiem w składzie Barcelony. Coraz częściej irytował, coraz mniej dawał, coraz śmielej był żegnany w myślach swoich własnych kibiców. Problem polegał na tym, że kiedy Robert Lewandowski wpada w słabą formę, to ta słaba forma na tym etapie kariery była widoczna aż nadto. Widać to po pojedynkach fizycznych, piłka się go nie słucha, nie zagrywa jej w odpowiednim tempie i zwyczajnie czasami grę zwalniał. To jest naturalna kolej rzeczy, która wynika z wieku. W tej pokrętnej logice kibice zatem nie mogli mu wybaczyć tych lat na karku.
Pisząc te słowa, nie wiem, czy Robert Lewandowski faktycznie zagrał ostatni mecz w Lidze Mistrzów. Nie wiem, czy strzał głową w 91. minucie, który pewnie złapał Juan Musso, był tym, którym pożegnał się z tymi rozgrywkami. Ale przeżywam dokładnie to samo, co on w Sztokholmie - celebruję te minuty, jakby miało ich więcej nie być. Nawet jeśli polscy kibice Barcelony poczują ulgę, gdy ich klub zamieni Polaka na jakiś nowszy model, dotrze wreszcie do nich, w jak wyjątkowych czasach żyli.










