Cierpienie Lewandowskiego, a potem hit. Los spłatał figla. Kluczowy moment geniuszu
Robert Lewandowski i Jakub Kamiński. O tym duecie było w ostatnim czasie głośno, lecz niekoniecznie ze względów czysto sportowych. Los spłatał dzisiaj jednak figla i to ten duet okazał się kluczowy w skutecznej walce o choćby jeden punkt w starciu z Holandią. Początek pierwszej połowy był dla kapitana "Biało-Czerwonych" drogą przez ciernie. Drogą, którą utorował sobie jednak przebłyskiem geniuszu.

- Sam muszę odpowiedzieć sobie na pytanie, co chcę zrobić. Na ten moment nie znam jeszcze odpowiedzi. Nie spieszy mi się, mam w sobie spokój - stwierdził ostatnio podczas spotkania z dziennikarzami Robert Lewandowski.
I choć mówił o swojej przyszłości klubowej, także ta reprezentacyjna może stać się w najbliższym czasie tematem coraz głośniejszych rozważań. W najmniej optymistycznym wariancie piątkowy mecz mógł stanowić de facto przedostatni "taniec" kapitana "Biało-Czerwonych" na PGE Narodowym.
A tego wieczora kolejny raz wszystkie oczy były na niego zwrócone. Powodów ku temu było przynajmniej kilka - ostatni hat-trick w Celtą Vigo, wyjazd do Stanów Zjednoczonych, a także premiera książki "Lewandowski. Prawdziwy". Do której jeszcze wrócimy.
Lewandowski długo szukał swojego miejsca na murawie. Czasem znajdował je wysunięty na desancie, daleko od stawiających dwie linie zasieków w fazie defensywy kolegów. Często jednak sam cofał się w głąb własnej połowy. I długimi fragmentami tam notował zdecydowaną większość kontaktów z piłką. Z pierwszych dziesięciu tylko jeden miał miejsce za linią środkową.
"Cierpienie kapitana" - chciałoby się rzecz i zobrazować to sytuacją, w której Virgil van Dijk zdemolował go w pojedynku powietrznym. Lewandowski otrzepał się szybko, wstał i kontynuował grę. Ale wyraźnie tracił cierpliwość...
Z czasem do samych powrotów "Lewy" dołożył gestykulację. Nie było to jednak nerwowe machanie rękami, a połączone z wyraźnymi wskazówkami instrukcje, które miały nam pomóc w skonstruowaniu upragnionego, skutecznego ataku.
Polska - Holandia. Lewandowski i Kamiński dają nam punkt
I tu przypomina się fragment wspomnianej biografii naszego snajpera, do którego odnosił się zresztą ostatnio sam zainteresowany.
- W kadrze się irytował, bo nie dostawał tego, czego chciał. A przecież nie mieliśmy piłkarzy jak z Bayernu czy Barcelony, takie są fakty. I machanie rękoma ani tego nie zmieniało, ani nie pomagało zespołowi. Bardziej przydałyby się nam pozytywne gesty: oklaski po dobrym zagraniu, poklepanie po ramieniu - stwierdził na kartach "Lewandowski. Prawdziwy".
Powiem od razu, że bardzo szanuję Kubę za tę wypowiedź i przede wszystkim za to, że powiedział to pod swoim nazwiskiem i się nie bał. To pokazuje mi, że to zawodnik z klasą. Na pewno nie będę miał do niego żadnych pretensji. Wręcz przeciwnie. Mogę szanować, że to powiedział
Tym razem gesty Lewandowskiego miały być właśnie impulsem do działania, nie wyzwoleniem się z negatywnych emocji. A los chciał, że to właśnie ten duet zapewnił nam gola na 1:0. I to po kontrataku, który jawił się jako w piątek na PGE Narodowym jako nasza najgroźniejsza bron.
Lewandowski znów przyczaił się na własnej połowie w kole środkowym. Piłkę od rozpędzającego się "Kamyka" przyjął niedokładnie, może nawet nieco niedbale. Ale właśnie tym zmylił całą defensywę Holandii, która nie spodziewała się tak widowiskowego przebłysku maestrii 37-latka. "Lewy" posłał z półobrotu podanie wręcz idealne, posyłając swojego partnera w bój, a ten nie pomylił się, stając oko w oko z bramkarzem.
Lewandowski z Kamińskim pojawili się razem w protokole także przy okazji zmiany przeprowadzonej przez Jana Urbana już w czasie doliczonym do drugiej połowy. Zastąpili ich Adam Buksa oraz debiutujący w barwach reprezentacji Polski Filip Rózga.
Ostatecznie "Lewy" zamknął mecz z 30 kontaktami na koncie. Zapamiętamy jednak zwłaszcza ten jeden. Ten, który kolejny raz pokazał, że jesteśmy w stanie skutecznie walczyć o punkt z Holandią. Choć na zwycięstwo przyjdzie nam jeszcze zaczekać.












