Przed pierwszym gwizdkiem oba zespoły mogły sobie pogratulować awansu do ćwierćfinału Leagues Cup. Ekipa z Chicago przeszła pierwszą fazę rywalizacji z kompletem zwycięstw. Piłkarze z Portland - z dwoma triumfami i porażką.
Tym razem stawką bezpośredniego starcia były punkty MLS. "Strażacy" wyszli na murawę, by kontynuować udaną serię. Cztery poprzednie potyczki kończyli zwycięsko.
Lewandowski w wyjściowej jedenastce. Chicago Fire wciąż nie do zatrzymania. Passa triumfów trwa
Gospodarze otworzyli rezultat spotkania już w 9. minucie. Do podania z głębi pola idealnie między dwoma defensorami wystartował Robin Lod. Przyjął futbolówkę na klatkę piersiową, po chwili stanął oko w oko z golkiperem rywali i nie dał mu najmniejszych szans na skuteczną interwencję.
Timbers nie mieli żadnego pomysłu, by odpowiedzieć na tę zaczepkę. Razili niedokładnym rozegraniem piłki. Każda próba ataku rodziła się z chaosu.
Wybrańcy Gregga Berhaltera nie zamierzali czekać, aż przeciwnicy rozwiną skrzydła. Potrzebowali tylko pięciu minut, bu podwyższyć prowadzenie. Tym razem w akcji brał udział Robert Lewandowski, ponownie grający w podstawowym składzie.
Polak uderzał sprzed pola bramkowego, ale jego strzał został zablokowany. Piłka trafiła po chwili przed 16. metr, a tam dopadł do niej Dje D'Avilla. Przymierzył bez zastanowienia i zrobiło się 2:0.
Piłka wpadła do siatki po rękach Jamesa Pantemisa. Sędziowie sprawdzali jeszcze tę sytuację w systemie VAR. Był moment niepewności, ale ostatecznie goście wznowili grę ze środka murawy.
Zanim się otrząsnęli po drugim ciosie, mogli przyjąć kolejny. Na piątym metrze do uderzenie sposobił się Lewandowski. Nie trafił jednak w piłkę i skończyło się jękiem zawodu na Soldier Field.
Przed przerwą Polak próbował jeszcze zaskoczyć bramkarza "Drwali" strzałem z 20. metrów, ale ponownie został zablokowany. W odpowiedzi Kristoffer Velde, były gracz poznańskiego Lecha, trafił z ostrego kąta w słupek. I to był ostatni incydent godny odnotowania w pierwszej połowie.
Krótko po zmianie stron przed szansą na czwarte trafienie w barwach Chicago Fire stanął Lewandowski. Popracował balansem ciała i uderzył kąśliwie w światło bramki. Pantemis nie dał się jednak zaskoczyć.
Polski snajper prawdopodobnie już w szatni został poinformowany, że w drugiej odsłonie dostaje tylko kwadrans. Po godzinie gry został zmieniony. Jego miejsce zajął Jonathan Bamba.
W tej części spotkania obraz gry w niczym nie przypominał tego, co widzieliśmy w pierwszym kwadransie. Gospodarze nie kwapili się do szturmu, a zespół z Portland szamotał się głównie z własną bezsilnością. Poziom dramaturgii tego meczu był w zasadzie niedostrzegalny.
Publika ożywiła się jeszcze tylko raz. Po składnej akcji do sytuacji strzeleckiej doszedł Puso Dithejane. W decydującym momencie zabrakło mu jednak precyzji. A kiedy celniej uderzył Lod, piłka znów padła łupem Pantemisa.
Kiedy wydawało się, że wynik nie ulegnie już zmianie, "Strażacy" zostali skarceni. Po dośrodkowaniu z rzutu wolnego głową do siatki trafił Finn Surman i mieliśmy już tylko 2:1. Była 85. minuta meczu.
Przyjezdnym zabrakło jednak argumentów czysto piłkarskich, by porwać się na kolejną bramkową szarżę. Tym sposobem ekipa z Wietrznego Miasta przedłużyła serię zwycięstw. Na swoją korzyść rozstrzygnęła pięć kolejnych spotkań.














