Reklama

Reklama

Złota Piłka "France Football": Lewandowski – piłkarz kompletny. Ale Bundesliga go ogranicza

Dokładnie w dniu, w którym Robert Lewandowski po raz kolejny poprowadził reprezentację do zwycięstwa, ze Słowenią (3-2), na łamach "France Football" Jean-Pierre Papin uznał go najlepszym piłkarzem minionego roku, a Miroslav Klose – w długim artykule na temat Polaka – stwierdził, że kapitan naszej kadry jest zawodnikiem "kompletnym". Czy to zapowiedź sukcesu w plebiscycie Złotej Piłki? Niekoniecznie.

Dziennikarze francuskiego magazynu nie mają wątpliwości - Lewandowski jest w życiowej formie. I z lubością przypominają jego kolejne rekordy albo przynajmniej kosmiczne osiągnięcia. A to, że w jedenastu pierwszych meczach Bundesligi trafiał za każdym razem do siatki; że od sierpnia nic nie jest w stanie go zatrzymać (27 goli, licząc ten ze Słowenią); że od początku roku licznik zdobytych bramek zatrzymuje się na razie na liczbie 48 (znowu dodajemy wtorkowe trafienie w kadrze, którego "FF" siłą rzeczy jeszcze nie uwzględnia).

Słowem - że polski napastnik, jak mówi Karl-Heinz Rummenigge, mógłby w takim tempie doścignąć legendę Bayernu Gerda Muellera. A nawet więcej. "Im bardziej na to patrzę, tym częściej mówię sobie, że Robert ma potencjał, aby go prześcignąć" - przekonuje szef mistrzów Niemiec.

Reklama

To wszystko jest poparte wypowiedziami innych niemieckich legend. Miroslav Klose, najlepszy strzelec w historii mundialu (16 goli), były napastnik monachijczyków, a dzisiaj trener drużyny do lat 17, mówi tak: "Stylem gry jesteśmy do siebie podobni, ale Robert jest dziesięć razy lepszy niż ja w czasie, kiedy grałem. Jest piłkarzem kompletnym: świetnie gra obiema nogami, dobrze w powietrzu, a do tego ma niesamowitą skuteczność".

Całkiem niezła laurka od legendarnego zawodnika polskiego pochodzenia.

"FF" przypomina też słowa Karla-Heinza Riedle, że "Lewandowski to najlepszy środkowy napastnik na świecie" oraz że nikt od początku sezonu nie przesądzał tak często o wyniku meczu. W przypadku naszego napastnika to było aż szesnaście razy.

Czy to oznacza, że Lewandowski może liczyć na wielki sukces w najbardziej prestiżowym plebiscycie piłkarskim, na którym mu niewątpliwie bardzo zależy? W sytuacji, gdy tekst powstał już po zakończonym głosowaniu 180 dziennikarzy z całego świata, nie ma oczywiście informacji, jak wysoko znalazł się Polak, ale... między wierszami również można wiele wyczytać. A tu już jest trochę gorzej.

Przypomnijmy, historia Lewandowskiego ze Złotą Piłką jest bardzo burzliwa. Przed czterema laty, gdy prowadził kadrę do Euro we Francji, a Wolfsburgowi strzelał jesienią pięć goli w dziewięć minut, wspiął się aż na czwarte miejsce, tuż za podium. Gdy rok później przypadło mu miejsce zaledwie szesnaste (także przez niefortunny regulamin wyboru, premiujący w głosowaniu zaledwie trzech piłkarzy, a nie pięciu, jak dzisiaj) uznał, że to jest "kabaret". Co więcej, w 2018 roku nie znalazł się nawet w nominowanej "trzydziestce". Podobnie jak żaden inny zawodnik z Bundesligi.

Teraz z niemieckiej ligi jest tylko on.

I to może być poważne ograniczenie. "France Football" przypomina bowiem, z jednej strony, że w tym roku nikt nie potrafi dorównać Polakowi w tym roku pod względem goli i rekordów, ale - z drugiej - jego wyczyny nie mają  charakteru globalnego, "zaledwie przekraczają granice Niemiec". Nawet jeśli Lewandowski trafia do siatki z godną podziwu regularnością, co 67 minut, to "Bundesliga nie ma tej wielkości jak kiedyś".

Francuski magazyn pyta wprost: Gdzie byłby dzisiaj Lewandowski na światowej mapie najlepszych piłkarzy, gdyby nie grali już nieosiągalni Messi i Cristiano Ronaldo? I dalej wskazuje na równie ważny element: "Bundesliga, w której stawia się na ofensywę, jest dla niego idealna, ale stanowi też duże ograniczenie. Sportowo i medialnie znajduje się bowiem za rozgrywkami w Hiszpanii i w Anglii. Gdzie byłby Polak, gdyby grał w tych ligach?".

Można to interpretować dwojako. Nie ma raczej wątpliwości, że Lewandowski jest u szczytu formy i zasługuje jak w żadnym innym roku na sukces w Złotej Piłce. Ale nawet w takich warunkach na rywalizację z dwoma "kosmitami" szanse są niewielkie, bo w grę wchodzą nie tylko czynniki czysto sportowe. Z drugiej strony, nawet biorąc pod uwagę te wszystkie ograniczenia - związane także z prestiżem Bundesligi w skali globalnej - szansa na podium w plebiscycie wciąż nie jest wykluczona. A to byłoby już ogromnym osiągnięciem, powtórzeniem tego, co wywalczyli dawno temu Kazimierz Deyna i Zbigniew Boniek.

Gwarancji na wysokie miejsce nie ma jednak żadnej - choćby dlatego, że nie było też sukcesu w Lidze Mistrzów - i Polak równie dobrze może znaleźć się poza czołową "piątką", nawet jeśli wydawałoby się to niesprawiedliwe.

Chyba że dziennikarze FF celowo mylą tropy...

Remigiusz Półtorak

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL