Reklama

Reklama

Żewłakow nie miał żalu do trenera Majewskiego

Wielokrotny kapitan piłkarskiej reprezentacji Michał Żewłakow, po krótkiej nieobecności, wrócił do reprezentacji. 33-letni obrońca Olympiakosu Pireus przyznał, że powołanie od Franciszka Smudy sprawiło mu ogromną satysfakcję, gdyż nie krył rozczarowania pominięciem jego osoby przez tymczasowego selekcjonera Stefana Majewskiego.

Żewłakow po raz ostatni w reprezentacji zagrał we wrześniu w Mariborze, gdzie Polska przegrała mecz eliminacji MŚ ze Słowenią 0:3. Po zwolnieniu Leo Beenhakkera, stery w kadrze przejął Stefan Majewski, który na ostatnie dwa spotkania eliminacyjne nie powołał kilku najbardziej doświadczonych graczy, m.in. Żewłakowa.

"Nie miałem do nikogo żalu. Taka była decyzja selekcjonera, mogłem się z nią zgodzić lub nie, ale musiałem ją zaakceptować. Najgorsze i najbardziej śmieszne było to, że nie wiedziałem o czym mam myśleć. Zostałem pozostawiony na uboczu, bez wyjaśnienia. Powiedziałem sobie, że najlepszym lekarzem będzie czas, niech on wygoi rany" - powiedział Żewłakow. Dodał, że czekał na powołania Smudy, by przekonać się, czy ma jeszcze myśleć o reprezentacji.

Reklama

O 91-krotnym reprezentancie Smuda nie zapomniał i zaprosił go na zgrupowanie przed towarzyskimi meczami z Rumunią i Kanadą.

"O powołaniu dowiedziałem się w dość banalny sposób - z internetu. Przeczytałem listę powołanych piłkarzy, zobaczyłem na niej moje nazwisko i... bardzo się ucieszyłem. Nie ukrywam, że Franciszek Smuda rozbił te wszystkie czarne chmury nade mną i teraz razem spacerujemy... zasłaniając się parasolem przed słońcem" - przyznał z uśmiechem.

O nowym selekcjonerze wypowiada się bardzo ciepło. "Trener Smuda oprócz tego, że jest wszystkim dobrze znany i ogólnie respektowany, to człowiek kontaktowy. Potrafi łatwo znaleźć wspólny język z zawodnikami starszymi, bardziej doświadczonymi, ale też umie trafić do młodych piłkarzy, których na zgrupowaniu jest spora grupa. Na razie to wszystko się dociera. Ci, którzy przyjechali na reprezentacje po raz pierwszy, są jeszcze tacy spokojni, obserwują. Patrzą, na ile mogą sobie pozwolić" - podkreślił Żewłakow.

Obrońca Olympiakosu Pireus unika porównań Smudy do jego poprzednika Leo Beenhakkera. "Trudno coś po dwóch treningach powiedzieć o różnicach między nimi. Zasadnicza jest jedna - trener Smuda mówi po polsku, a Leo Beenhakker po angielsku. Trzeba pamiętać, że Beenhakker pracował przez ponad trzy lata, a Franciszek Smuda ma dopiero za sobą dwa treningi z reprezentacją. Nie mógł więc jeszcze pokazać swoich umiejętności. Poczekajmy z tą oceną" - powiedział.

Żewłakow przyznał, że o Euro 2012 na razie nie myśli. Ale też nie ukrywa, że występ na mistrzostwa Europy w Polsce byłby świetnym ukoronowaniem kariery.

"Zawodnicy w moim wieku często planują swoją karierę na najbliższy rok, czy sezon. Ja też patrzę na razie na koniec czerwca przyszłego roku. Tak zresztą mam podpisany kontrakt w klubie i to właśnie będzie taki okres, gdzie ja będę musiał udowodnić coś sobie, trenerowi i kibicom. Euro 2012 - to jest jakieś marzenie. Choć to one wytyczają często nasze plany. Nie wiem tak naprawdę ile czasu tutaj jeszcze będę - trzy miesiące, może sześć, a może rok. Na razie żyję z meczu na mecz. Jak uda się zagrać na Euro 2012, to będzie najcudowniejszy sposób na zakończenie kariery" - stwierdził.

Dodał również, że nie czuje się jeszcze wypalony, a zmiana trenera i odświeżenie atmosfery wokół reprezentacji sprawiła, iż czuje się trochę młodszy. "Dla mnie jest to fundament, by zbudować jakiś fajny domek i pokazać lepszą formę niż tą, którą prezentowaliśmy w ostatnich eliminacjach" - podsumował Żewłakow.

Dowiedz się więcej na temat: obrońca | Euro 2012 | Franciszek Smuda | Żewłakow

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje