Reklama

Reklama

Zbigniew Boniek: W klubach siedzą ludzie bez know-how

- Na piłce trzeba się znać, a często klubami zarządzają ludzie, którzy nie mają o niej zielonego pojęcia i to na wielu szczeblach. Zawsze mówiłem, że największym problemem polskiej piłki jest brak ludzi z know-how. Dlatego nie dziwmy się, że mamy takie problemy z awansem choćby do Ligi Europy - mówi Interii prezes PZPN-u Zbigniew Boniek.

Michał Białoński, Interia: Nie sądzi pan, że ograniczenie wieku piłkarzy z Centralnej Ligi Juniorów do lat 18 zwiększyło ryzyko, że stracimy talenty w tych klubach zawodowych, które nie mają drużyny rezerw? Nie zawsze ten, kto odstaje od dorosłej piłki w wieku 18 lat nie nadaje się do niej dwa lata później.

Reklama

Zbigniew Boniek, prezes PZPN-u: Nikt nikogo nie odrzuca w wieku lat 18. Jeżeli ktoś w tym wieku nie jest gotowy do seniorskiej piłki na poziomie zawodowym, to idzie do trzeciej, bądź czwartej ligi. Tam trenuje, rozwija się, a po roku, dwóch wraca na poziom zawodowy, o ile jest wystarczająco dobry. Pamiętajmy o jednej rzeczy: po 18. roku życia każdy sezon spędzony wśród rówieśników jest sezonem straconym. Do rozwoju potrzebna jest rywalizacja na poziomie globalnym.

To nie jest tak, że jak ktoś jest słabszy fizycznie, to przepada. Nawet wątły fizycznie piłkarz, jeśli ma podbić świat, musi w nim być widoczna iskra boża, nieprawdopodobna jakość piłkarska i problemem klubu jest umiejętne zarządzanie takim talentem, np. poprzez wypożyczenie do trzeciej ligi, nie tracić go z orbity.

Nie zawsze takie zarządzanie się jednak udaje.

- Zgadza się, kluby często popełniają błędy i nie zawsze wiedzą, jakie talenty mają w sekcjach młodzieżowych. Znam kilka takich przypadków, piłkarzy pooddawanych za darmo do niższych lig, a dzisiaj grają w Ekstraklasie, strzelają bramki i są powoływani do reprezentacji. Chodzi o jakość zarządzania, na piłce trzeba się znać. Natomiast proszę nie wierzyć w to, że gubimy szalenie utalentowanych zawodników, którzy kończą 18 lat. Co to znaczy, że oni nie mają gdzie grać? Przecież w Polsce jest tyle rozgrywek, tyle klubów, że dla każdego talentu znajdzie się miejsce. A jeśli komuś brakuje talentu, czy charakteru to trzeba iść do EMPiK-u, nabyć książki i postawić na naukę.

Nie sądzi pan, że krzywdzimy kluby młodzieżowe, w których mali piłkarze stawiają pierwsze kroki w wieku od sześciu do 12 lat, a tych klubów nie obowiązują ekwiwalenty transferowe za wyszkolenie? Nie każdy z takich klubów pobiera pieniądze od rodziców tych dzieci.

- Na tym etapie to jest zabawa z piłką. Jak ktoś jest utalentowany, dobry, może przyjść do naszej Akademii Młodych Orłów i w niej nie ma żadnych opłat. Często też z piłkarskimi dziećmi pracują prywatne szkoły, które działają na zasadach komercyjnych i pobierają co miesiąc pieniądze od rodziców. Ja nie znam takiej akademii, klubu, które by nie pobierały opłat od rodziców. Jedyną jest AMO i mobilna AMO.

Pamiętajmy, że na tym pierwszym etapie zabawy w piłkę jeszcze nikt nie wie kto zostanie piłkarzem, a kto nie. 90 procent dzieci przychodzi na treningi, bo rodzice tego chcą, a nie one same. A jeśli już się zdarzy raz na przysłowiowe sto lat, że wyjdzie kolejny Krychowiak z klubu pokroju Orła Mrzeżyno, to przy poważnym transferze i tak ten klubik dostanie pieniądze w ramach funduszu solidarnościowego - solidarity payment.

Wprowadziliśmy mechanizmy, które bronią kluby młodzieżowe. Od 15. roku życia piłkarze mogą mieć kontrakty. Dzięki temu, jeśli ma pan utalentowanego piętnastolatka, zaproponuje mu pan sto złotych miesięcznie i on to zaakceptuje przy podpisaniu trzyletniego kontraktu, bo dłuższych nie można, to nawet gdyby przyjechał po niego Real Madryt, to chłopak nie może odejść bez zgody klubu. Można takiego zawodnika sprzedać za stosunkowo niewielką kwotę, ale w umowie transferowej zabezpieczyć się np. kolejnym milionem euro, jeśli nasz talent w przysłowiowym Realu zadebiutuje, zacznie tam robić karierę.  Ale na piłce trzeba się znać, a często klubami zarządzają ludzie, którzy nie mają o niej zielonego pojęcia, na wielu szczeblach. Zawsze mówiłem, że największym problemem polskiej piłki jest brak ludzi z know-how. Dlatego nie dziwmy się, że mamy takie problemy z awansem choćby do Ligi Europy.

Przy okazji meczu z Czechami byłem na śniadaniu z przedstawicielami czeskiej federacji, którzy mają jedną drużynę z klucza w Champions League i dwie kolejne w Lidze Europy, a my nie mamy żadnej drużyny w Europie. Mimo tego, że jesteśmy od nich lepsi pod względem infrastruktury, nasze talenty za granicą grają w lepszych klubach, mamy lepiej opakowaną ligę. Teoretycznie mamy wszystko, brakuje nam tylko klubów, które by regularnie grały w LM lub LE.

Dlaczego jest tak słabo?

- Między innymi dlatego, że jak my proponujemy klubom, aby obligatoryjnie w każdym meczu grały jednym młodzieżowcem, to wszyscy mówią tak, po polsku: "A co to jest za problem, żeby grać jednym młodzieżowcem? Będzie dobry, to będzie grał." A guzik prawda! Czasami jest dobry, ale wy nawet nie wiecie, że macie dobrego młodzieżowca. Są trenerzy, którzy za wszelką cenę chcą robić wynik i ani im w głowie doszkalanie młodego piłkarza, wprowadzaniu go w dorosłą piłkę. Wolą stawiać na 26-letniego, bądź starszego obcokrajowca, którego przyprowadza menedżer. Wiadomo, że wokół takiego transferu często jest trochę kasy wyprowadzonej w różnych formach i nikt nie myśli o szkoleniu. A dopiero gdy przejrzymy największe transfery z naszej ligi, to okazuje się, że w czołówce najlepiej sprzedanych są niemal sami Polacy.

Jaką strategię ma klub X? Słyszę teksty: "Dlaczego mamy grać z Chojniczanką, jeśli ona awansuje do Ekstraklasy?" A jeśli ona zasługuje na awans, to będziecie z nią grali. Tak samo słyszałem narzekania na Bruk-Bet Termalicę Nieciecza. Tymczasem jedyni prawdziwi właściciele w Polsce to są właśnie państwo Witkowscy z tego klubu, którzy wydali na klub własne pieniądze, zbudowali wszystko od zera - stadion, bazę treningową. Gdyby tylko mieli dobrą strategię prowadzenia klubu, to nadal graliby w Ekstraklasie, ale i tak jeszcze będą mieli satysfakcję. Szanujmy tych, którzy mają ideę, wydają własne pieniądze na piłkę. Czasem w piłce tylko rzucamy slogany, jesteśmy w tym mistrzami, tyle że nic z tego nie wynika.

Gościł pan w Londynie na posiedzeniu IFAB-u, który wprowadza zmiany w przepisach piłkarskich. Zastanawiacie się nad modyfikacją rzutu karnego i nad kilkoma innymi pomysłami, jak likwidacja rzutu wolnego pośredniego. Coś ustaliliście?

- Nie o wszystkim mogę mówić. Wprowadzony przez IFAB VAR poprawił piłkę, 99,7 procent jego decyzji jest prawidłowych. Natomiast sama logistyka jego nie jest perfekcyjna i nie ingeruje choćby przy nieprawidłowo podyktowanych rzutów rożnych. Najbliżej jesteśmy wprowadzenia decyzji o likwidacji dobitek przy rzutach karnych, ale ostateczne postanowienie jeszcze nie zapadło, a jeśli już zapadnie, to nowy przepis zostanie przetestowany na imprezach niższej rangi, zanim wejdzie w życie. Pamiętajmy, że dzisiaj 75 procent rzutów karnych jest wykorzystywanych, więc bramkarz i tak jest w ciężkiej pozycji.


Po ostatnim zjeździe PZPN-u pojawiły się zarzuty, że Boniek zlikwidował opozycję, nie ma już awantur, liczenia szabel i nawet prezes Niemiec nie zabiera głosu. Co pan na to?

- Od polemiki są zarządy PZPN-u, a jeżeli na zjeździe ktoś chce dyskutować, to ma do tego pełne prawo. Ja najbardziej szanuję tych, którzy mają inne zdanie. Natomiast my lubimy burdel, sytuacje, w których ktoś krzyczy, kwiczy, powie coś głupiego. Ja się temu przyglądam i się z tego tylko i wyłącznie śmieję. Trochę nam zazdroszczą, że jesteśmy normalną organizacją, w której można dyskutować, mieć swoje zdanie, we własnym gronie się posprzeczać, ale jak już wychodzimy na forum publiczne, to musimy się godnie zachowywać, gdyż reprezentujemy polską piłkę. Szukanie we wszystkim drugiego dna, hasła, że Boniek załatwił sobie trzecią kadencję - to mnie śmieszy.

A myśli pan o niej?

- Żeby tak się stało, musiałoby się wiele rzeczy zmienić.

Najważniejsza jest Ustawa o Sporcie, która na razie ogranicza karierę prezesów do dwóch kadencji.

- Nie tylko to. Jeszcze musiałby sam Boniek mieć chęć bycia prezesem, a jeśli już by się zdecydował, to musiałby być demokratycznie wybrany. Przy rozmowach o piłce często nie oceniamy umiejętności zawodników, taktyki, tylko koncentrujemy się na całej otoczce. O tym, kto powinien dostać więcej pieniędzy, komu coś ukradli, kto coś "skręcił", czy był rzut karny, czy go nie było. Normalnie o piłce rozmawiać nie potrafimy, nie umiemy jej poprawiać i to jest wielki problem. Wszędzie węszymy drugie dno.

Widzi pan siebie w październiku 2020 roku, gdy zakończy pan kadencję? Co pan będzie robił? Dziś zarządzanie polską federacją pochłania pana niemal bez reszty.

- Mogę założyć kanał "Prawda Zibiego", mogę wrócić do roli felietonisty Interii, jest sto tysięcy różnych rzeczy, jakimi mogę się zająć. Ostatnio miałem nawet propozycję, aby zostać prezesem jednego z wielkich klubów. Oczywiście powiedziałem "nie", bo nie ma takiej dyskusji.

AS Roma?

- Ja tego nie powiedziałem. Jestem prezesem PZPN-u, po dwóch kadencjach przestanę nim być, bo taki jest zapis i absolutnie się tym nie martwię. Mam co robić. Z żalem patrzę na kariery naszych piłkarzy, jak wiele z nich jest marnowanych, źle prowadzonych przez menedżerów. Wielu z agentów myśli tylko o tym, żeby pod stołem skasować za pierwszy podpis kontraktu piłkarza w jakimś klubie zagranicznym, a później nie prowadzą już tego piłkarza właściwie. Siedem lat temu w ogóle nie myślałem o tym, że będę prezesem związku, wszyscy mówili, że jestem niewybieralny. Teraz się wszyscy martwią, co będę robił po drugiej kadencji. Będę miał 64 lata, zatem będę jeszcze całkiem młodym człowiekiem, na brak zajęć nie będę narzekał.

Rozmawiał: Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Boniek

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje