Reklama

Reklama

Zbigniew Boniek: Szalony krok do przodu, w każdej dziedzinie

Zbigniew Boniek, podsumowując 2014 rok, powiedział, że od początku wierzył w pracę selekcjonera Adama Nawałki. "On zrobił dwie kapitalne rzeczy. Zmienił ustawienie drużyny i stworzył reprezentację, w której każdy chce być" - przyznał prezes PZPN.

Zbigniew Boniek, podsumowując 2014 rok, powiedział, że od początku wierzył w pracę selekcjonera Adama Nawałki. "On zrobił dwie kapitalne rzeczy. Zmienił ustawienie drużyny i stworzył reprezentację, w której każdy chce być" - przyznał prezes PZPN.

W ostatnich latach prezes PZPN rzadko kiedy mógł powiedzieć w grudniu, że mija udany rok dla polskiego futbolu. Pan chyba może?

Zbigniew Boniek: Pamiętajmy, że straty na wojnie można policzyć dopiero po powrocie do domu, a nie na froncie. Eliminacje Euro 2016 trwają, ale na pewno mogę czuć się usatysfakcjonowany. To trochę nie pasuje do polskiej koncepcji. U nas zazwyczaj trzeba narzekać i krytykować, natomiast nie można się czymś pochwalić. Tymczasem ja uważam, że PZPN w ciągu dwóch lat zrobił szalony krok do przodu, w każdej dziedzinie. Na dodatek jest jakiś rezultat sportowy.

Reklama

Wynik, w który jeszcze niedawno niewielu wierzyło...

- Przypominam sobie, co się działo ponad rok temu. Ile było dezaprobaty wobec wyboru selekcjonera. Pewna grupa uważała, że jedynym wyjściem dla polskiej piłki jest trener zagraniczny. Ale ja musiałem działać zgodnie ze swoją zasadą. Uważam, że znam się na piłce i robiłem ruchy, do których byłem przekonany.

15 lat temu, gdy był pan wiceprezesem związku, postawiliście na Jerzego Engela, który później awansował do MŚ 2002. Wtedy wybór Engela i niedawno Nawałki wzbudzał sporo kontrowersji. Co widział pan w tych trenerach?

- Jeśli chodzi o Jurka, podobała mi się jego kreatywność, umiejętność analizy, inteligencja. Był młody, czuł się nieco podrażniony, ponieważ oczekiwał większych sukcesów, więc danie mu reprezentacji było dobrą decyzją. Można powiedzieć, że to był wspólny pomysł, mój i ówczesnego prezesa Michała Listkiewicza.

U trenera Nawałki widział pan podobne atuty?

- Adam to przede wszystkim praktyk, trenuje od 20 lat. Jest twardym człowiekiem, o żelaznych zasadach. Lubi pracę i dyscyplinę. Jako piłkarz grał na wielkich imprezach, zna mentalność zawodników na tym poziomie. Wychodziłem z założenia, że selekcjoner musi być komunikatywny. Dzisiaj spotkania z reprezentacją są tak rzadkie, że chwile na kadrę muszą być maksymalnie wykorzystane. Trzeba jak najwięcej wrzucić w głowy piłkarzom, więc nie może być bariery językowej. Adam był jednym z kandydatów, na pierwszym miejscu. Przyznam, że gdzieś z tyłu głowy chodziła mi też kandydatura zagraniczna (Lars Lagerback - przyp. red), ale rozmawiałem z tym szkoleniowcem i mówił, że ma obowiązujący jeszcze kontrakt. Byłem przekonany, że Adam to właściwy wybór i szybko nauczy się roli selekcjonera.

Podczas wiosennego zjazdu PZPN, po kilku wcześniejszych porażkach kadry, powiedział pan o Nawałce m.in.: "Adam, my nie zmieniamy zdania. Do końca. Jesteśmy do twojej dyspozycji. To się nie zmieni do ostatniego dnia, w którym będziemy świętować awans na Euro 2016". Naprawdę pan wierzył? A może to była kurtuazja i chęć pomocy koledze w trudnym momencie?

- Absolutnie wierzyłem. To było widać i czuć, nawet w momencie, gdy wszyscy się śmiali. Wtedy - w maju - bez problemów zremisowaliśmy z Niemcami 0-0 na wyjeździe. Powątpiewano w nas, bo Niemcy zagrali osłabieni. Ale przecież kilku z tamtej drużyny Joachima Loewa pojechało na mundial. Zresztą my też byliśmy w Hamburgu bez kilku graczy. W tamtym meczu oraz czerwcowym z Litwą zobaczyłem, że coś się zaczyna się poprawiać taktycznie w naszej drużynie. Coś się ruszyło, "przepchnęło".

Co jest największą zasługą Nawałki?

- Zrobił dwie kapitalne rzeczy. Po pierwsze, gramy tylko jednym defensywnym pomocnikiem, czego kiedyś reprezentacja nie robiła. Przypomnijmy chociaż dwa ostatnie mecze eliminacji MŚ 2014 - wyjazdowe z Ukrainą (0-1) i Anglią (0-2). Na dodatek mamy dwójkę napastników. W ostatnich pięciu latach nikt tego w kadrze nie brał pod uwagę. Adam miał czas, żeby to wszystko sprawdzić. Odmienił kadrę i za to trzeba mu przyklasnąć. Co równie ważne, stworzył reprezentację, w której każdy chce być i każdy da się pokroić za koszulkę narodową. Wystarczy zobaczyć, jak śpiewają hymn.

W 2013 roku mówił pan, że nasza reprezentacja ze słabszymi wygrywa, z równymi sobie męczy się, a z lepszymi przegrywa. Obecnie można stwierdzić, że pozostał problem meczów z równymi sobie. Wciąż się męczymy...

- Zapewne chodzi o mecz ze Szkocją (2-2 - przyp. red). Cóż, trzeba było wówczas zapłacić za wysiłek kilka dni wcześniej z Niemcami, choć - kładąc się spać - cały czas myślę o tej akcji z końcówki meczu. Mila podaje, Grosicki mija bramkarza i trafia w słupek. Chyba wyjdzie mi to spod wątroby dopiero wówczas, jeśli wywalczymy awans.

Podobno reprezentacja Polski ma swój fan club we Włoszech? Dostawał pan dużo sms-ów po meczu z Niemcami...

- Mam tam grupę kilkunastu przyjaciół, którzy już zapowiedzieli, że jeśli awansujemy do Euro 2016, przyjadą na nasze mecze. Fajnie byłoby, gdy stawili się na trybunach z polską flagą i napisem "Fan club Italia". Przyjemnie się czyta sms-y od przyjaciół. Jeden z nich, znany lekarz, już po drugiej bramce dla Polski w meczu z Gruzją (4-0) napisał: "Stary, wracam do roboty, bo oni nie są w stanie wam nic zrobić".

Nie martwią pana kontuzje, zwłaszcza pod kątem marcowego meczu w Irlandii? Na pół roku wypadł Artur Jędrzejczyk, uraz ręki leczy Kamil Grosicki, a Jakub Błaszczykowski dopiero wrócił po prawie rocznej przerwie.

- Szkoda każdego, kto może pomóc trenerowi, ale jakoś dajemy sobie radę. Okazało się, że umieliśmy grać nawet bez Kuby. Wydaje mi się, że tej chwili w reprezentacji jest tylko dwóch niezastąpionych piłkarzy, mających wpływ na taktykę. Nie powiem jednak, o kogo chodzi. Zdajemy sobie sprawę, że kontuzje są częścią piłki. Na tym polega selekcja, żeby mieć alternatywę. Oczywiście szkoda Jędrzejczyka. On zabezpieczał trenerowi cztery pozycje, bo mógł grać od lewej do prawej strony w defensywie. Jest też niesamowicie pozytywny w grupie. Tacy piłkarze przyczyniają się do tego, że nasza kadra rośnie również poza boiskiem. Czekamy na niego, tak samo jak na Kubę i Kamila.

Ostatnią decyzją trenera Nawałki w 2014 roku było powierzenie na stałe opaski kapitana Robertowi Lewandowskiemu... 

- Kadra wykonała wiele roboty w tym roku i to wszystko musi dalej w określonych normach funkcjonować. Selekcjoner chciał tę sprawę rozwiązać już teraz, żeby temat więcej nie wracał. Miał jasny pomysł, jak to zrobić i tak uczynił.


Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL