Reklama

Reklama

Zbigniew Boniek: Naszą ofertą odstraszyliśmy innych

Zbigniew Boniek przyznaje, że z racji obowiązków prezesa odstawił niektóre swoje przyjemności, ale kiedyś to nadrobi. "Proszę się nie martwić, nie umrę ze starości w federacji" - zapewnia. Prezes PZPN przyznał, że Polska jest blisko organizacji mistrzostw Europy U-21. "naszą ofertą "odstraszyliśmy" innych chętnych" - stwierdził.

Po objęciu funkcji prezes PZPN mówił pan, że największe zmartwienie stanowi sprawa siedziby związku. To wciąż najbardziej nurtujący problem? Kiedy możemy się spodziewać przeprowadzki?

Reklama

Zbigniew Boniek: Martwiła mnie ta sprawa, ponieważ nie jesteśmy firmą developerską, tylko mamy robić piłkę. Byłem zaniepokojony, że zostawiono nam karty i wszystko prawie gotowe pod budowę nowej siedziby (w Wilanowie - przyp. red). A to było przedsięwzięcie, które - według nas - nie miało racji bytu. Udało nam się to zatrzymać, a teraz chcielibyśmy znaleźć się przy Stadionie Narodowym, przejąć tamtejszy budynek od ministerstwa sportu. Jeśli się uda, będziemy bardzo zadowoleni. Ale jeśli nie, PZPN może absolutnie działać tak, jak przez 95 lat.

Czyli wynajmować biura?

- Oczywiście. Przy naszych potrzebach cały wynajem może kosztować ok. 2 mln zł rocznie. Natomiast jeśli kupimy siedzibę, podejrzewam, że roczne koszty jej utrzymania będą większe. Przecież trzeba zrobić cały system zabezpieczeń, a każda usterka obciąża nasz budżet. Chcielibyśmy lokalizacji przy Stadionie Narodowym, ale musi nam w tym pomóc ministerstwo sportu. Wówczas, gdyby wszystko poszło dobrze, przeprowadzimy się pod koniec 2016 roku. Jeśli nie, trudno. Obecna siedziba absolutnie nam nie wadzi.

Ewentualna przeprowadzka wiąże się podobno z kilkoma pomysłami...

- Tak. Zależy nam na Stadionie Narodowym, ponieważ chcemy się komunikować z kibicami. Stworzyliśmy dwie strony internetowe, ale chcemy mieć też fajny sklep reprezentacji. Żeby ktoś, kto przyjedzie do Warszawy, mógł tam pójść i kupić na miejscu koszulkę. No i oczywiście chcielibyśmy tam muzeum, z prawdziwego zdarzenia, multimedialne. Nie wiem, czy to zdążę zrobić ja, czy mój następca.

Miniony rok był udany dla polskiego futbolu, ale jest kilka minusów. Choćby brak awansu reprezentacji U-21 do mistrzostw Europy. Do występu w barażach brakowało niewiele - zespół trenera Dorny przegrał ostatni mecz grupowy z Grecją (1-3).

- Wielka szkoda, bo po ostatnim gwizdku sędziego ta drużyna przestała istnieć. Niestety, nie zagraliśmy najlepiej, choć bardzo ambitnie. Zostaliśmy poszkodowani błędną decyzją arbitra, ale my, jako PZPN, nigdy nie odwołujemy się do sędziego. Błędy zdarzają się w futbolu. Przyjmujemy to na "klatę" i idziemy dalej. Swoją drogą, futbol jest przewrotny. Rok temu na Wigilię myśleliśmy, że kadra U-21 nam coś da, tymczasem teraz cieszymy się z dobrych meczów dorosłej reprezentacji.

Ale podobno wkrótce znów może być głośno w Polsce o mistrzostwach Europy U-21?

- Liczymy na organizację ME 2017 w tej kategorii wiekowej. Walczymy, naszą ofertą "odstraszyliśmy" innych chętnych. Jesteśmy blisko sukcesu. Odpowiedź poznamy pod koniec stycznia. To fajny projekt, a mamy masę ciekawych piłkarzy, którzy będą mogli wówczas zagrać.

Na razie jednak nie jest nam do śmiechu, gdy patrzymy na los piłkarzy z niedawnej młodzieżówki. Z powodu kłopotów w klubach zahamowany został rozwój takich piłkarzy, jak Wolski, Wszołek, Furman, Pawłowski czy Zieliński. Nie gra również nieco starszy od nich Klich...

- Do zagranicznego klubu trzeba jechać w dwóch przypadkach - gdy się ma 15-16 lat, jak Grzegorz Krychowiak czy Wojciech Szczęsny, albo gdy się jest ukształtowanym zawodnikiem. Jeśli wchodzi się na poważną scenę, trzeba od razu zacząć śpiewać. Nie ma czasu na naukę. Polskich piłkarzy, którym się nie udaje, łączy kilka wspólnych rzeczy. Niektórzy nie byli jeszcze gotowi, pojechali za wcześnie, może patrzyli na aspekt finansowy. Jeżeli ktoś w polskiej lidze miał potrzebę w co drugim meczu odpoczywać, niech się nie spodziewa, że będzie grał na Zachodzie. Ale to jest umiejętność prowadzenia piłkarzy. Niestety, mamy w Polsce bardzo niewielu menedżerów potrafiących zarządzać karierą zawodnika.

Od miesięcy kontrowersje wzbudzała sprawa trenerów, którzy w ciągu np. kilku tygodni prowadzili dwie drużyny. Z etyką w zawodzie ma to niewiele wspólnego...

- Właśnie to zmieniamy. W rozgrywkach szczebla centralnego trener będzie mógł w jednej rundzie w jednej klasie rozgrywek prowadzić tylko jeden zespół. Są jeszcze inne warunki. Będziemy tutaj bezwzględni, a tym, którzy złamią przepisy, odbierzemy licencję np. na rok lub dwa. Nie po to szkolimy, żeby trener "trafiony" po pięciu przegranych meczach, w szóstym prowadził już nowy zespół. Taki szkoleniowiec nie przynosi rozwiązań drużynie. Niektórzy są "przegrzani" i czasami trzeba dać im odpocząć.

Co pan myśli, gdy widzi kolejne wybryki grupy kibiców Legii i kary nakładane przez UEFA?

- Legii jest mi po prostu żal. Kiedy się chodzi na Łazienkowską, panuje tam fantastyczna atmosfera. I nagle to, co miało być wielką atrakcją, czyli ostatni mecz w grupie i spotkanie 1/16 finału LE, z powodu zachowania garstki ludzi odbywa się bez kibiców. Warszawski klub musi coś z tym zrobić. Bo to nie jest tak, że wszyscy są przeciwko Legii. Nikt nie jest. Czasami Legia jest sama przeciwko sobie, dlatego musi wprowadzić jakieś rozwiązania. Ten klub ma pewien problem. Chce żyć dobrze z kibicami, co rozumiem, bo każdy chciałby. To jednak powoduje, że płaci się ogromne kary i później zawsze znajdzie się jakaś ekstremistyczna grupa, która robi na trybunach, co jej się podoba.

Naganne zachowania kibiców Legii wpływają negatywnie na wizerunek PZPN poza granicami?

- Pewnie na wizerunku to się nie odbija, jednak my też musimy być czujni. Zachowanie naszych kibiców podczas meczów reprezentacji w Polsce jest fantastyczne, ale poza granicami wygląda inaczej. Chodzi głównie o fajerwerki. Za każdy mecz płacimy 20-30 tysięcy franków szwajcarskich kary. I tak jest regularnie, nawet po Gruzji. Mówiąc żartem, przy sprzedaży biletów na zagraniczne mecze kadry powinniśmy chyba wkalkulować "podatek od kibiców", bo zawsze coś odpalą na trybunach.

Wielkie problemy ma inny utytułowany klub - Widzew Łódź, w którym grał pan siedem lat, a w 2004 roku pomógł wydźwignąć się w trudnym momencie. Powiedział pan kiedyś, że Widzew można ugiąć, ale nie można go złamać. Teraz, gdy przeżywa najtrudniejszy sportowy moment, też sobie poradzi?

- Trudno powiedzieć, ale życzę tego z całego serca. Droga może być bardzo długa, ale trzeba próbować. Czasami słyszę, że oddałem Widzew panu Sylwestrowi Cackowi. Ale on miał wizję zrobienia wielkiego klubu i był do tego przygotowany finansowo. Odszedłem z Widzewa, bo miałem być odpowiedzialny za sprawy sportowe, tymczasem przez telefon dowiedziałem się o zwolnieniu trenera Michała Probierza. Okazało się, że ten mariaż był trudny. Jestem obecnie z boku, bo jako prezes PZPN muszę być bezstronny. Widzew będzie miał nowy stadion, jest nadzieja. Jeżeli będzie kiedyś możliwość, postaram się pomóc. Teraz muszę przyjąć postawę neutralną wobec Widzewa i każdego innego klubu.

Jedną z nowości w PZPN jest Centralna Liga Juniorów. Sprawdza się ten pomysł?

- To fantastyczna liga, taka ekstraklasa dla młodzieży. Jest tylko jeden problem. Chodzi o to, żeby wszyscy poważnie ją traktowali. Kiedy widzę, że jeden z klubów Ekstraklasy zgłosił do CLJ boisko-pastwisko, to mnie to boli. Nie rozumiem, dlaczego w niektórych przypadkach ta liga nie gra na głównej płycie. Przecież stadiony nie są po to, żeby leżały odłogiem.

Będzie pan kandydował do Komitetu Wykonawczego UEFA? Pana poprzednicy startowali w wyborach, ale przegrywali. A to ważny organ w europejskim futbolu...

- Nie wiem, jest czas chyba do końca stycznia. Na razie powiem, że na 90 procent nie będę startował. Zawsze byłem daleko od piłkarskiej polityki. Myślę, że dopóki w UEFA są obecni działacze, nie ma potrzeby mojego kandydowania. Na pewno nie dzieje się krzywda naszej federacji.

Jedną z najważniejszych imprez w przyszłym roku w Polsce będzie finał Ligi Europejskiej.

- Trwają już przygotowania, powstały m.in. pakiety biznesowe, cały czas przyjeżdżają delegacje UEFA. A my się cieszymy, bo finał LE to fantastyczna promocja kraju. Ci, którzy po raz pierwszy przyjadą w maju do Warszawy, zapewne wrócą tu w przyszłości.

Mówiąc nieco z przymrużeniem oka, pozbawia pan pomysłów artystów kabaretowych. Kilka lat temu PZPN był jednym z ulubionych tematów do żartów, teraz z ich strony praktycznie cisza...

- Niech szukają inspiracji gdzie indziej. Dopóki ja tu będę z moją ekipą, nie dam powodów. Mam 58 lat, jestem szanowany w Europie. A to przypadkowo się nie stało. Jestem spokojny, że dobrałem takich ludzi, którzy żadnych afer nie zrobią. Na pewno nie będziemy jeździć na mecze firmą autokarową, która nie ma autokarów. Albo jeśli przedłużymy jakieś umowy, np. o wynajem lokalu, nie będziemy używać pośredników.

Nie krytykuje was nawet Jan Tomaszewski...

- Janek jest człowiekiem porywczym, kolorowym, ale trzeba dać mu powód. A my mamy standardy, których przestrzegamy. Oczywiście, nie wszystkim to się podoba. Jeśli chodzi o Janka, traktujemy go poważnie, bo na to zasługuje. Był z nami m.in. na meczu z Anglią na Wembley. Tak samo na poważne traktowanie zasługuje Grzegorz Lato. Wprawdzie musiałem wiele posprzątać po jego ekipie, ale uważam go za jednego z najlepszych polskich piłkarzy w historii.

Golf, brydż, wyścigi kłusaków - którą z tych przyjemności musiał pan najbardziej odstawić na bok z racji funkcji prezesa PZPN?

- Wyścigi konne. Kiedyś startowałem w 20-30 rocznie. Dwa razy w miesiącu. Teraz bardzo rzadko, poza tym wychodzę z wprawy, brakuje treningów. A trzeba być przygotowanym, żeby "zarządzać na sulki" (dwukołowy wózek ciągnięty przez kłusaka - przyp. red). Kiedyś to odrobię. Proszę się nie martwić, nie umrę ze starości w PZPN. Trochę biegam, mam czas na brydż ze znajomymi, grę w golfa.

Mamy Boże Narodzenie, a wiem, że jest pan znawcą kolęd, polskich i włoskich.

- Polskie są najpiękniejsze na świecie. Jeśli chodzi o włoskie, jedną z popularniejszych jest "Tu scendi dalle stelle, o Re del Cielo" (zejdź z gwiazd, Królu nieba - przyp. red). W sumie kończę ten rok naprawdę szczęśliwy. Grudzień 2014 jest tym piękniejszy, że tak dobrze poszło reprezentacji. Gdyby jeszcze ten "Grosik" trafił w końcówce meczu ze Szkocją (2-2)...

Jak się obchodzi święta we Włoszech?

- Siadamy do stołu trochę później niż w Polsce, trzy-cztery godziny przed Pasterką. Wręczanie prezentów odbywa się następnego dnia, przed południem. Później wszyscy rozpoczynamy uroczysty rodzinny obiad.

Czego pan sobie życzy na 2015 rok?

- Zawsze tego samego - zdrowia. Jeśli ono będzie, wszystko inne się ułoży. To banalne, ale naprawdę najważniejsze.


Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Boniek | PZPN

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje