Reklama

Reklama

Zbigniew Boniek: Jeszcze długo stadiony pozostaną bez kibiców

- Przypomnę tylko, że nie wyjechaliśmy na mecze Ekstraklasy w czasach, gdy nie było koronawirusa, tylko się go dopiero spodziewaliśmy. Dzisiaj mamy optymistyczny plan na dokończenie rozgrywek, gdy już jesteśmy w uściskach wirusa na dobre - powiedział Interii prezes PZPN-u Zbigniew Boniek.

Michał Białoński, Interia: W zeszłym tygodniu spotkał się pan z premierem Mateuszem Morawieckim i wyraził nadzieję na wznowienie rozgrywek zawodowych lig. Jak środowisko klubów zareagowało to?

Reklama

Zbigniew Boniek, prezes PZPN-u: Ja jestem prezesem PZPN-u, ale nikomu na siłę nie każę grać. Od prowadzenia rozgrywek jest Ekstraklasa SA. Jeżeli ktoś się nie dostosuje do wznowienia rozgrywek, to regulamin określa jasno konsekwencje (walkowery, po trzecim relegacja o dwie klasy rozgrywkowe - przyp. red.). Ja współpracuję z Ekstraklasą SA. Powstała możliwość wznowienia gry. Zezwolono na dostęp do parków i lasów, a skoro do tego doszło, to chciałbym, aby też otworzono centra treningowe, gdyż w nich, przy przestrzeganiu protokołu, jest znacznie mniejsze ryzyko zakażenia się wirusem niż w miejskim parku, który w słoneczne dni zapełni się amatorami. W ośrodkach treningowych ćwiczyć będą zawodowcy, którzy są pod opieką medyczną. My mamy robić wszystko, aby przygotować wszystko do wznowienia sezonu, najbezpieczniej jak można.

Przypomnę tylko, że nie wyjechaliśmy na mecze Ekstraklasy w czasach, gdy nie było koronawirusa, tylko się go dopiero spodziewaliśmy. Dzisiaj mamy optymistyczny plan na dokończenie rozgrywek, gdy już jesteśmy w uściskach koronawirusa na dobre.

Faktycznie, 12 marca do mało kogo docierało, że pandemia wszystko sparaliżuje.

- Mieliśmy tylko sześć stwierdzonych przypadków, a jednak nie odważyliśmy się grać, choć można było rozegrać spokojnie dwie kolejki, oczywiście bez udziału kibiców, gdyż rząd już wcześniej zabronił przeprowadzania imprez masowych. Pod pewnymi względami trochę się różnimy od innych.

Miał pan nosa, mówiąc mi miesiąc temu, że z koronawirusem trzeba się będzie nauczyć żyć. Dziś podobne słowa słyszymy od ministra Szumowskiego, który jest naszym głównym generałem w walce z epidemią. Ostatnio stwierdził, że powrót do normalności zajmie nawet dwa lata, a w każdym razie do momentu, w którym nie zostanie wynaleziona szczepionka.

- Prawda jest taka, że mimo fantastycznych wyników w nauce i rozwoju techniki, jakie osiągnęły Europa i świat, to jednak na temat koronawirusa nadal guzik wiemy, a co innego mówimy. Chyba wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że nie możemy żyć w zamknięciu, dopóki któregoś dnia na świecie nie zanotujemy ani jednego przypadku koronawirusa. Musimy z tym żyć, niestety, taka jest prawda. Trzeba dbać o ludzi starszych, ci którzy mają inne choroby muszą bardziej dbać o siebie itd. Musimy starać się, aby służba zdrowia była wydolna, by każdy, kto ciężko przechodzi koronawirusa mógł skorzystać z intensywnej terapii. Dlatego im mniej będzie chorych, tym lepiej. Z drugiej strony, okres życia w zamknięciu też się musi powoli kończyć, musimy się uczyć radzić w nowej rzeczywistości.

Nawet Włosi, którzy najbardziej w Europie, obok Hiszpanii, są dotknięci pandemią, powoli myślą o wznowieniu rozgrywek Serie A.

- Na temat Włochów nie za bardzo chcę się wypowiadać, by nie być posądzonym o brak obiektywizmu, natomiast gdy słyszę, że ktoś w Polsce otwiera usta i mówi, że my z koronawirusem radzimy sobie lepiej niż Włosi, to chce mi się po prostu śmiać! Włosi, a szczególnie Lombardia, w której jest największe ognisko zachorowań, są w zupełnie innej lidze, jeżeli chodzi o medycynę. Natomiast dlaczego Lombardia została tak zaatakowana, tego nie wie nikt. I dziękujmy Bogu, że nie stało się to u nas.

A co do faktu, ze Serie A też myśli o dokończeniu ligi, przeczytam panu świeżą wypowiedź prezydenta UEFA Aleksandra Czeferina: "Jesteśmy gotowi, żeby grać na pustych stadionach. Lepiej grać na pustych obiektach, niż w ogóle. Świat musi zacząć normalnie funkcjonować". Trudno się z tym nie zgodzić.

Czy inne zawodowe ligi, oprócz PKO Ekstraklasy, czyli Fortuna 1. liga i II liga również miałyby wznowić sezon pod koniec maja?

- Chcielibyśmy, aby 1. i druga liga też zaczęły grać. Realnym dla nich terminem jest bardziej 6-7 czerwca i wówczas kontynuowałyby sezon do końca lipca. Mamy przygotowany plan, zgodnie z którym Ekstraklasa wznowi rozgrywki 31 maja i prowadzić je będzie do 16 lipca. 1. liga i II liga mogą grać dłużej, teoretycznie nawet do końca lipca.

Z tego, co widzę i słyszę, dochodzę do wniosku, że lipiec i sierpień mogą być najlepszymi miesiącami do gry, bo po nich grozi nam następna fala koronawirusa, przez co nie wiadomo, jak będą wyglądały rozgrywki w następnym sezonie. Czy nie będą rwane. Nie jest łatwo żyć w czasach koronawirusa. Zobaczymy, jak się przystosujemy. Jak to w życiu, ktoś będzie chciał spekulować, załatwić coś pod siebie.

Smutny jest fakt, że w całym roku 2020 nie zobaczymy już kibiców na stadionach.

- To, że będziemy grali bez kibiców uderzy nie tylko w ligi, ale też w reprezentację Polski. Przez długi czas trybuny się nie zapełnią. Pewnie do momentu, w którym nie zostanie wymyślona i wprowadzona szczepionka. Dopóki jest ryzyko przenoszenia wirusa w skupiskach ludzkich, dopóty musimy się izolować.

Nie ma pan wrażenia, że jesteśmy trochę z tyłu w stosunku do krajów takich jak Czechy czy Niemcy, w których zawodowi piłkarze wrócili do treningów, na razie w grupach siedmioosobowych, jak Bayern? Wiadomo, że w tych krajach szczyt zachorowań nastąpił nieco wcześniej niż u nas.

- Spokojnie, jesteśmy w odpowiednim miejscu. My wyznaczyliśmy termin wznowienia rozgrywek Ekstraklasy na 31 maja, dziś jest dopiero 20 kwietnia, więc mamy ponad 40 dni do rozpoczęcia gry. Spojrzałem dzisiaj na plan treningów drużyn po przerwie zimowej. Prawie wszystkie drużyny wznawiały ćwiczenia między 6 a 9 stycznia, a 8 lutego zaczynała się liga. Zatem wtedy miały mniej czasu niż teraz. Dlatego nie ma problemu.

Tyle że przerwa była krótsza, bo mecze zakończyły się 21 grudnia, więc pauza wynosiła raptem kilkanaście, do 20 dni.

- Teraz jest trochę dłuższa, ale jesteśmy w sytuacji wyjątkowej, na dodatek wszystkie kluby są w takim samym położeniu.

Nie trzeba koronawirusa, żeby nasze kluby miały gigantyczne kłopoty finansowe. UEFA wzięła pod lupę Lechię Gdańsk, z racji jej gry w eliminacjach do Ligi Europy. Po audycie, jaki wykonał klub, okazało się, że jest na minusie w kwocie 10 milionów złotych. Słabo u nas z liczeniem?

- Lechia od dawna z UEFA się boksuje. Takie problemy są nie tylko u nas. W Juventusie różnica między przychodami a wydatkami jest jeszcze większa. Niedawno wypuścił obligacje za prawie 200 mln euro, a taki zabieg to nic innego, jak zaciągnięcie pożyczki. Niestety, często piłka tak funkcjonuje. Z drugiej strony jednak, gdyby Juventus sprzedał swoich piłkarzy, to by problemy rozwiązał z nawiązką.

Niższe ligi, jak trzecia mają problemy z interpretacją tabeli przy równym dorobku punktowym. Zwłaszcza w sytuacji, gdy sąsiedzi z tabeli grali ze sobą tylko raz, bez rewanżu.

- W polskiej piłce problemy z interpretacją przepisów na ogół zależą od miejsca siedzenia. Koronawirus może spowodować, ze niektórzy poczują się pokrzywdzeni, ale tak jest zawsze, gdy nie wszystko się rozstrzyga na boisku, tylko przy zielonym stoliku. Natomiast jeżeli dwa zespoły zagrały między sobą tylko jeden mecz, a drugiego nie mogą rozegrać, to nie można powiedzieć, że ktoś wygrał bezpośrednie spotkania. To jest przecież proste. 

Koronawirusa nie wymyślił PZPN, ani wojewódzkie ZPN-y, tylko wszyscy mamy  z nim problem. 11 maja zdecydujemy, co zrobić z amatorskimi ligami, które leżą w kompetencji wojewódzkich związków. Oczywiście WZPN-y muszą się opierać na ogólnopolskich regulaminach rozgrywek, a nie na własnych. Faktycznie, mamy kilka przypadków w IV lidze, gdzie na czele tabeli jest bardzo ciasno.

W IV grupie na czele Hutnik Kraków i Motor Lublin mają tyle samo punktów. Motor ma lepszą różnicę bramek, ale Hutnik wygrał bezpośredni mecz 1-0. Choć rewanżu nie było, to w tabelach widnieje jako lider Hutnik.

- Panie redaktorze, są przypadki jeszcze bardziej zagmatwane, poczekajmy spokojnie do 11 maja. Jeśli nie było rewanżu, to wydaje mi się, że trudno mówić o tym, aby bezpośrednie mecze były brane pod uwagę. Przepisy muszą być jasne, ale sytuacja jest ekstremalna. Rozegrano dopiero po 19 meczów, a powinny być 34, zatem brakuje 15 kolejek. Gdyby je rozegrano, to awans do zawodowej II ligi mogłyby zyskać rezerwy Korony Kielce albo nawet Wólczanka Wólka Pełkińska, która ma tylko o punkt mniej niż Hutnik z Motorem.

Rozmawiał: Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Zbigniew Boniek | PKO BP Ekstraklasa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje