Reklama

Reklama

Zbigniew Boniek dla Interii o Lidze Mistrzów, formie Neymara i Lewandowskiego, żądaniach Legii

- Gdy śledzę media, dochodzę czasem do wniosku, że kreujemy fantastykę: "Nie ma protokołu postępowania", w każdym temacie szukamy polemiki. My jednak kierujemy się rozsądkiem. Wystartował nowy Puchar Polski, z nowym sponsorem, wyższymi nagrodami, jest o co grać. Wiele zależy od sposobu postępowania środowiska, np. piłkarzy. Ja wiem, że młodość ma swoje prawa i bardzo dobrze. W dobie pandemii piłkarze muszą zdawać sobie sprawę, że ich odpowiedzialność społeczna jest dużo większa, więc muszą dbać o siebie, ale też o innych i nie pojawiać się w miejscach, w których można się zakazić - apeluje w rozmowie z Interią prezes PZPN-u Zbigniew Boniek, który porusza też wiele innych ciekawych tematów.

Michał Białoński, Interia: Jak pan ocenia poziom turnieju finałowego Ligi Mistrzów? Mecze są bardzo ciekawe i na wysokim poziomie. Pozytywnie zaskoczyły m.in. drużyny z Francji, które od marca nie grały o stawkę, więc ich forma była wielkim znakiem zapytania.

Reklama

Zbigniew Boniek, prezes PZPN-u: Rozgrywane w Lizbonie mecze są dobre, na bardzo wysokim poziomie. Widać, że piłkarze są głodni gry, palą się do niej. Nie mamy prawa też narzekać na formułę, która została narzucona przez COVID-19. Warto się zastanowić, czy dwutygodniowy turniej Champions League, począwszy od 1/8 finału, z udziałem ośmiu najlepszych zespołów, nie powinien być wprowadzony już na stałe, także po pandemii. Dla mnie byłoby to ciekawym wyjściem: umieszczenie drużyn w jednym dużym mieście, dwa stadiony, mecze co dwa-trzy dni.

Skład finału Bayern - PSG jest dla pana zaskakujący?

- Nie. Dotarły do finału dwie najlepsze drużyny. Niemiecki walec, jaki przypomina Bayern miażdży wszystko, co napotyka na drodze, aczkolwiek wczoraj, na początku meczu z Lyonem miał trochę problemów, podjął ryzyko. Natomiast jeśli chodzi o PSG, to trochę kuchennymi drzwiami ten zespół wszedł do finału. W ćwierćfinałowym meczu z Atalantą Bergamo jego gra nie wyglądała najlepiej.

Ale od razu ogłosił pan na Twitterze PSG pierwszym finalistą. Nie brał pan pod uwagę, że RB Lipsk może mu zagrozić.

- Wydawało mi się, że na drodze do finału PSG może się tylko raz potknąć. Natomiast teraz zastanawiam się, kto jest faworytem rywalizacji Bayern - PSG.

I do jakich wniosków pan dochodzi?

- Dla mniej najlepszym zawodnikiem tego turnieju jest na razie Neymar, który rzeczywiście pokazuje klasę. Wprawdzie czasem brakuje mu skuteczności pod bramką, ale jest niesamowicie szybki, błyskotliwy technicznie, jednak jeśli mam wskazać faworyta, to uważam, że jest nim Bayern. Bawarczycy mają niemiecką kindersztubę, wielkie parcie na bramkę rywala. Są bardziej efektywni. Francuzi przed bramką przeciwnika mają za dużo nazwałbym to - szampańskiego rozluźnienia. Natomiast u wszystkich zawodników w Bayernie chęć zdobywania bramek jest tak wielka, dzięki czemu jako kolektyw mistrzowie Niemiec są lekkim faworytem. Bayern jest drużyną bardziej konkretną

Robert Lewandowski błyszczy w Bayernie. W meczach z Barceloną i Lyonem strzelił po bramce, a w rewanżu z Chelsea bez jego udziału nie padłaby żadna bramka. Sama gra kapitana reprezentacji Polski wczoraj się panu podobała? Można było odnieść wrażenie, że "Lewy" ma zadyszkę, podczas gdy w 88. min o pół metra przeskoczył wyższego stopera Marcelo i zdobył bramkę.

- Lewandowski cały czas gra na wielkim poziomie, jest zawodnikiem niebezpiecznym. Natomiast wspaniałe jest to, że Robert strzelił 15 bramek w dziewięciu meczach tej edycji Ligi Mistrzów, a to wcale nie jest takie proste. Robert wykonuje rzeczy niebywałe i trzeba mu tylko bić brawo. Natomiast musi pamiętać o jednej rzeczy, że finał trzeba wygrać, samo dojście do niego to jest jeszcze nic. Tym bardziej, że Robert już grał w finale, z Borussią i przegrał wówczas z Bayernem. Teraz przeciwnik też nie jest łatwy.   

UEFA nie patyczkuje się z zespołami, u których wykryto zakażonych piłkarzy. Slovanowi Bratysława nakazała powrót z Wysp Owczych, mimo że poleciał tam bez jednego zakażonego zawodnika. W końcu z Kl Klasvik zagrają w piątek rezerwy Slovana. W analogicznej sytuacji Legii Warszawa, u której również jeden piłkarz był zakażony, udało się rozegrać spotkanie z Linfield FC. Czyli pańskie dmuchanie na zimne w wypadku odwołanego meczu o Superpuchar wydaje się być trafną decyzją.

- UEFA nie ma zbyt wielu wolnych terminów. Jej stanowisko jest proste: jeśli możesz grać, to to robisz, a w przeciwnym razie jest walkower. My tak w Polsce powiedzieć nie możemy. To byłoby szalenie niebezpieczne, poza tym wiemy doskonale, że czasem ktoś się może zarazić koronawirusem zupełnie nieświadomie i niespodziewanie. 

Dlatego staramy się nie powiększać ryzyka stworzenia ogniska epidemii i czasem szukamy innych terminów na zaplanowane wcześniej mecze. Proszę pamiętać, że jesteśmy pod pręgierzem sanepidu. W każdym państwie prawa obowiązują zasady i musimy ich przestrzegać. Jeżeli sanepid wprowadzi nam kwarantannę, to od niej nie da się uciec. Mamy dobry protokół postępowania, który jest zaakceptowany przez sanepid, ale aby minimalizować niebezpieczeństwo, to musimy podejmować decyzje, tak jak to było w przypadku odwołanego meczu Legii z Cracovią. Członek sztabu Legii był zakażony, cały czas przebywał z piłkarzami, więc wydawało nam się, iż nierozegranie meczu o Superpuchar będzie jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Tym bardziej, że kilka dni po nim ruszyły eliminacje do europejskich pucharów, w których Legia zdążyła już wystąpić, a w piątek zaczyna się nowy sezon PKO Ekstraklasy.

Unoszenie się Legii po pańskim wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego", żądanie sprostowania i przeprosin chyba nikomu nie służy. Przecież nikt w PZPN-ie nie chce robić na złość mistrzowi Polski?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje