Reklama

Reklama

Zbigniew Boniek: Co nam zostało rok po Euro 2012?

- Tych kilku tygodni z Euro 2012 nie wykorzystaliśmy do poprawy zarządzania polską piłką. Nie wprowadziliśmy żadnej ustawy, ułatwiającej jej rozwój. Stało się wręcz przeciwnie - w kontekście do ME wprowadzono zaostrzoną Ustawę o Organizacji Imprez Masowych, która w sporej mierze izoluje ludzi od stadionów, utrudnia im chodzenie na mecze, nakłada wymóg wyrabiania kart, podawania PESEL-i itd. To dla mnie bezsensowny pic na wodę - powiedział w wywiadzie dla INTERIA.PL prezes PZPN-u Zbigniew Boniek. Dzisiaj mija rok od rozpoczęcia Euro 2012.

Zbigniew Boniek ocenia stan polskiej piłki, mówi też o tym dlaczego nie zwalnia Waldemara Fornalika, a także o dochodzeniu w sprawie incydentu jego zastępcy Romana Koseckiego, który zabawił się w sędziego. Prezes PZPN-u nie ukrywa też, że zawiódł się na polskich politykach.

Reklama

INTERIA.PL: Co polskiej piłce zostało rok po Euro 2012, oprócz pięknych stadionów? Czy organizacyjnie, infrastrukturalnie i sportowo jesteśmy w takim miejscu, w jakim powinniśmy być?

Zbigniew Boniek, prezes PZPN-u: - Euro 2012 to był sukces, który odniosło państwo polskie i Polacy. Natomiast sportowo wypadliśmy fatalnie. Nie wyszliśmy nawet z grupy, choć mieliśmy najłatwiejszą.

- Gdzie jesteśmy sportowo? Wczoraj ledwie zremisowaliśmy z Mołdawią, ale ja nie zamierzam uzależniać losów polskiej piłki od jednego meczu. Nie wierzę też, że naszą reprezentację zbawi mag sprowadzony z zagranicy za kilka milionów euro.

Organizacyjnie Euro 2012 w Polsce było zwycięstwem, tak oceniła UEFA.

- Euro 2012 było generalnie wielką promocją Polski. Euro odmieniło naszą ojczyznę. Dzisiaj mamy autostrady, nowoczesne porty lotnicze, a nie jakieś zalatujące komunizmem szopy z blachy, jak było wcześniej w niektórych miastach. Dzisiaj jadę samochodem z Warszawy do Poznania nowoczesną autostradą w dwie godziny i nie muszę się modlić przed wyjazdem. Dojechać nią można na drugi koniec Europy.

- Szkoda tylko, że moi poprzednicy Euro 2012 nie wykorzystali, a jeśli już, to robili to na szkodę polskiej piłki. Pod jego przykrywką wymyślali absurdy w stylu budowa siedziby PZPN-u. Gdybyśmy kontynuowali tę ideę, to mielibyśmy dzisiaj problemy z utrzymaniem płynności finansowej. Musielibyśmy wydać prawie 50 mln zł na budynek, który byłby kompletnie niefunkcjonalny, z 11 tys. metrów kwadratowych powierzchni użytkowej miałby ledwie dwa i pół tysiąca. Już po samych proporcjach widać, że coś było nie tak.

"Co właściciele mają z inwestowania w piłkę? Same kłopoty"

Niektórym się wydawało przed Euro 2012, że mistrzostwa Europy dadzą bodziec do błyskawicznego rozwoju naszej piłki, że liga niemal z dnia na dzień stanie się lepsza, ciekawsza, ale tak nie jest.

- Problem jest złożony. My nie mamy oligarchów, takich jakich mają np. na Ukrainie, którzy byliby w stanie wydźwignąć nasze kluby na inny pułap finansowy. Jeśli już znajdzie się jakiś biznesmen-zapaleniec, który się zaangażuje w piłkę, to zamiast korzyści ma z tego same problemy. "Walą" w niego kibice, dziennikarze, bo przecież w Polsce wszyscy wiedzą wszystko lepiej. Ja się pytam: "Na co komu być właścicielem klubu"? Do tego bujamy w obłokach, w oczekiwaniach wymachujemy buławą glorii i chcielibyśmy na każdym kroku z wszystkimi wygrywać. Jeśli gramy z przeciętną drużyną, to mamy wygrywać na co dzień, a ze znakomitą mamy robić ciągle niespodzianki. Tak w sporcie się dzieje jednak niezwykle rzadko.

- Nie analizujemy na podstawie stanu posiadania, tylko żyjemy mrzonkami, a to do niczego nie doprowadzi.

- Spójrzmy na to, że u nas kluby mają budżety od 10 milionów złotych rocznie do ...

... 80 milionów.

- Spokojnie, 80 mln to ma jeden - Legia, 60 mln ma Lech, a reszta dysponuje kwotami 15-30 mln zł.

To kwoty, które średniej wielkości europejskie kluby wydają na jeden transfer.

- Z nimi się nie równajmy, to nie ma sensu. My musimy szkolić, szkolić, budować piłkę od samego dołu i poczekać, aż wyrosną nam klasowi piłkarze.

"Euro 2012 - niewykorzystana szansa do poprawy zarządzania"

- Tych kilku tygodni z Euro 2012 nie wykorzystaliśmy do poprawy zarządzania polską piłką. Nie wprowadziliśmy żadnej ustawy, ułatwiającej jej rozwój. Stało się wręcz przeciwnie - w kontekście do ME wprowadzono zaostrzoną Ustawę o Organizacji Imprez Masowych, która w sporej mierze izoluje ludzi od stadionów, utrudnia im chodzenie na mecze, nakłada wymóg wyrabia kart, podawania PESEL-i itd. To dla mnie bezsensowny pic na wodę.

- Nie wprowadzono żadnej ustawy, która ułatwiłaby dopływ pieniędzy do sportu, zapewniła sponsorom ulgi podatkowe. Dla rozwoju biznesu robimy specjalne strefy ekonomiczne, firmy które tam inwestują mają sporo udogodnień, a ja się pytam: jakie ulgi mają kluby piłkarskie w Polsce, jakie ulgi mają sportowcy? Zero, nic. A co produkują? Nic. Dostarczają tylko dobrych emocji osiedlu, miastu, narodowi.

- Gdy wygra Agnieszka Radwańska, cieszą się niemal wszyscy, przeżywają zdrowe emocje, jej sukces daje nam satysfakcję, poczucie dumy z tego, że jesteśmy Polakami. Dlaczego sportowców nie objąć np. podatkiem liniowym, ułatwiając im życie?

Minister finansów powiedziałby panu, że nie stać nas na to.

- I nie miałby racji. W naszym kraju nie ma czegoś takiego, jak status sportowca zawodowego. A przecież można ustalić, że ktoś z kontraktem minimum 1500-2000 zł miesięcznie, jest sportowcem zawodowym i płaci podatek liniowy w wysokości np. 10 procent. Niby taka prosta rzecz, ale jednak dla klubów byłaby bardzo dużym odciążeniem, a jednocześnie dla państwa przewrotnie, przyniosłaby zyski. Mocniejsze finansowo kluby mogłyby zatrudniać lepszych piłkarzy, nawet tych z zagranicy, zaczęłaby się kręcić karuzela koniunktury, moglibyśmy odnosić lepsze wyniki.

- Gdybyśmy mieli trzech narciarzy wygrywających w alpejskim Pucharze Świata, to prawdopodobnie zwiększyłaby się sprzedaż nart, zaroiłoby się na stokach, bo sportowy sukces napędza cały naród. Tak jak zwycięstwa Radwańskiej czy Janowicza przyciągają młodych ludzi do tenisa.

- My jednak, zamiast poprawiać rzeczywistość polskiej piłki, ciągle tylko zrzędzimy. Ostatnio natrafiłem nawet na dzieło "pisarza", który zasłużył na Nagrodę Pulitzera, bo zaczął wyliczać, ile Warszawa może stracić na organizacji finału Ligi Europejskiej. Jeśli ktoś siada i pisze taki artykuł, nie mając żadnej wiedzy o tym, jaki kontrakt podpisał PZPN, a jednak puszcza w świat takiego bąka, to dla mnie jest to mistrzostwo świata w niekompetencji! Warszawa na Lidze Europejskiej tylko i wyłącznie zarobi.

W jaki sposób?

- Miasto nic nie musi wydawać, ma wszystko gotowe, a jedyne, co musi zorganizować, to podstawić dla kibiców z Centralnej na dworzec Warszawa-Stadion kilka pociągów, ewentualnie zapewnić darmową komunikację miejską dla posiadaczy biletów na ten mecz. Zyski będą bez porównania większe. Jeżeli do stolicy przyjedzie na finał 40 tys. widzów, wykupią nocleg, pójdą do restauracji, miasto na tym zarobi i to niemało. Rachunek jest prosty, a i tak ktoś puszcza knota o tym, że Warszawa straci. Widzę ostatnio tych knotów tyle, że się w głowie nie mieści.

- Zamiast myśleć kompleksowo, to zajmujemy się spekulacjami, czy na wypadek remisu, czy porażki Fornalik zostanie zwolniony. Wydaje nam się, że jak się zmieni jednego człowieka, to będzie wszystko grało. Ale nie - polskiej piłki nie da się przerabiać, ją trzeba budować!

- Gdybyśmy mieli w klubach oligarchów, którzy wydają po 80 mln euro na transfery co pół roku, to Ligę Mistrzów mielibyśmy regularnie. My ich jednak nie mamy, więc do wszystkiego musimy dojść sposobem, pokorą, systematyczną pracą! Tymczasem nigdy nie grzeszyliśmy pokorą, wręcz przeciwnie - lubimy bujać w obłokach, prezentować optymizm bez pokrycia i dlatego ciągle przełykamy gorycz porażki.

Dlaczego w piłce ręcznej, siatkówce możemy odnosić sukcesy, a w piłce jesteśmy tacy kulawi?

- Bo w tych dyscyplinach stać nas na zatrudnianie najlepszych zawodników i trenerów, jak np. Anastasiego. W piłce panuje tak duża konkurencja, że możemy sobie co najwyżej pomarzyć o tym, iż zagrają, czy będą trenować u nas największe gwiazdy zarabiające po 10 mln euro za sezon.

- Zamiast systematyczną pracą, zajmujemy się tworzeniem fanaberii, wymyślamy farmazony. Teraz słyszę, że ustawiła się wirtualna kolejka po bilety na mecz towarzyski Lechia - Barcelona. Będzie to pierwszy w sezonie mecz towarzyski barcelończyków, czyli wiadomo, zagrają na pół gwizdka, na 40-50 procent. A i tak godzimy się grać w dacie pierwszej kolejki Ekstraklasy. Czy Barcelona z Lechią planowałaby sparing w dniu startu sezonu Primera Division?

Nie cieszy pana przyjazd Barcelony do Polski?

- Irytuje mnie podejście do niego. Na mecz reprezentacji Polski bilety kosztują 40-70 zł. Na mecz Lechii z Barceloną od 400 do 700 zł za bilet, plus loże itd. Już mówimy, że wszystko jest wysprzedane. Jestem w stanie przyjąć zakład, że na razie nic nie jest sprzedane, ale my już tworzymy wirtualną kolejkę. Tak przejawiają się nasze kompleksy narodowe.

- Wszyscy wiemy, kto to jest Messi, wszyscy go uwielbiamy, ale przecież w meczu towarzyskim dwa razy kopnie sobie piłkę, ze trzy razy poda, kilka razy przedrybluje i wróci do domu, nie będzie się specjalnie męczył.

"Michel, my złożymy aplikację, ale musisz mi przyznać organizację Ligi Europejskiej"

Szukając plusów Euro 2012 zastanawiam się, czy jednym z nich nie jest właśnie przyznanie nam finału Ligi Europejskiej? Jasne, że w tym sukcesie pomogła nam dobra pańska znajomość z szefem UEFA Michelem Platinim, ale może też UEFA nie bała się nam dać tak ważnego meczu, gdyż widziała, że Warszawa zdała egzamin z organizacji półfinału ME Niemcy - Włochy?

- To nie miało żadnego wpływu na przyznanie nam finału Ligi Europejskiej. W Polsce lubimy opowiadać hipokryzje i kłamać. Impreza sportowa Euro 2012 została zorganizowana przez UEFA. Pod względem logistyczny, propagandowym, było organizowane przez państwo polskie. Natomiast finał Ligi Europejskiej dostaliśmy z bardzo prostej przyczyny. Poszedłem do Platiniego i powiedziałem tak: "Michel, my złożymy bardzo dobrą aplikację, ale musisz mi przyznać organizację tego meczu. Polska na ten finał zasługuje, jak szedłem do wyborów, to mi obiecałeś przyznanie tej imprezy, bo się na to otworzy szansa".

- Pierwotnie wydawało się, że pierwszym wolnym terminem może być dla nas rok 2016, czy nawet 2017. Tymczasem w 2015 roku był tylko jeden, czy dwóch przeciwników, ale nasza oferta była tak mocne, że rywale powiedzieli: "zamiast walczyć z Warszawą, a to walka z Bońkiem - przyjacielem Platiniego, lepiej starać się o finał Ligi Europejskiej w późniejszym o rok terminie". W ten sposób dostaliśmy historyczny finał 2015, pierwszy mecz Ligi Europejskiej, którego zwycięzca trafia do fazy grupowej Ligi Mistrzów.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje