Reklama

Reklama

Włochy - Polska. Koźmiński: Milik z miesiąca na miesiąc jest coraz słabszy. Czas działa na jego niekorzyść

Włosi są faworytem. To trochę silniejsza reprezentacja od nas, pokazali to w Gdańsku, szczególnie w pierwszej połowie. Trzeba ich szanować, ale jednocześnie pamiętać, że okoliczności zewnętrzne nam sprzyjają – stwierdził przed meczem z Włochami w Lidze Narodów wiceprezes PZPN Marek Koźmiński.

Sebastian Staszewski, Interia: - Reprezentacja Włoch od kilkunastu dni toczy nierówną walkę z koronawirusem. Mimo, iż Roberto Mancini powołał na zgrupowanie ponad 40 piłkarzy, to kilku z nich na pewno nie zagra z Polską, bo uniemożliwia im to... miejscowy sanepid. Jak ocenia pan całe to koronazamieszanie?

Reklama

Marek Koźmiński, wiceprezes PZPN: - Sportowo im współczuję. Sytuacja z którą się zmagają - gdzie lokalne sanepidy nie pozwalają zawodnikom grać - jest ewenementem w świecie futbolu. Dodatkowo zachorował także ich trener... Jak pech to pech. Dla Manciniego to ciężki czas, bo ma drużynę zdziesiątkowaną, pociętą na kawałki, która nie mogła się normalnie przygotowywać, bo na pierwszym treningu było obecnych tylko 12 czy 13 piłkarzy. Ale cóż, taki mamy czas. Padło na Włochów, muszą sobie z tym poradzić. 

Niegrzecznie cieszyć się z czyjegoś nieszczęścia, ale nie ma co kryć, że słabość Włochów nam nie zaszkodzi.

- Jeżeli spojrzymy na ten mecz pod kątem tego kto, co i dlaczego, to sytuacja jest dla nas komfortowa. Włosi mają swoje kłopoty, a my jesteśmy przygotowani do meczu bardzo solidnie. Punkt wyjściowy jest więc naprawdę dobry. Na końcu jednak wszystko i tak wyjaśni się w zielonym prostokącie.

Jest pan w stanie wskazać faworyta niedzielnego meczu?

- To Włosi. Są trochę silniejszą reprezentacją, pokazali to w Gdańsku, szczególnie w pierwszej połowie. Trzeba ich szanować, ale jednocześnie pamiętać, że okoliczności zewnętrzne nam sprzyjają.

Od początku kadencji Jerzego Brzęczka graliśmy z Italią trzykrotnie: raz przegraliśmy, dwukrotnie zremisowaliśmy. Teraz będziemy mieli największą szansę, aby w końcu zwyciężyć?

- Jeśli mówimy o tych meczach chronologicznie to zaczęliśmy od koncertowych 45 minut w Bolonii. To była kapitalna połowa, druga w porównaniu do niej była po prostu poprawna. W Chorzowie pechowo przegraliśmy, a Gdańsku było lekkie wskazanie na Włochów, choć im dłużej trwał mecz, tym graliśmy lepiej. W żadnym z tych spotkań nie byliśmy jednak dużo słabsi, Włosi nas nie zlali. Teraz czeka nas wyjątkowy mecz: bez kibiców, na małym stadionie, w prowincjonalnej jak na kadrę Włoch lokalizacji, z osłabioną drużyną. Poprzednie spotkania nie będą więc miały znaczenia.

Pan nie wybrał się do Reggio Emilia z powodu koronawirusa, o czym pisaliśmy wczoraj.

- Przebywam w Krakowie w izolacji. Czuję się dobrze, chorobę przechodzę bezobjawowo, ale w związku z tym nie mogłem wybrać się do Italii. Trudno, nie ma problemu. Mecz obejrzę w telewizji.

A skoro jesteśmy przy koronawirusie, nie obawia się pan podróży naszych piłkarzy do Włoch?
- U nas też nie jest kolorowo. Jeśli chodzi o względy bezpieczeństwo, higieny, kontrolingu to nie ma chyba drugiej tak zabezpieczonej grupy jak piłkarze. Ich obsługa jest na najwyższym poziomie. Więcej nie da się zrobić: dwa autokary, regularne testy, specjalne procedury. Nie mam tu żadnych obaw. 

Porozmawiajmy o naszej reprezentacji. Imponuje panu liczba środkowych pomocników, z których może skorzystać trener Brzęczek?
- Selekcjoner "dorobił" się tych piłkarzy, choć podczas jego kadencji pojawił się tylko jeden nowy pomocnik: Kuba Moder. Jurek odświeżył jednak Karola Linettego, dał szansę Jackowi Góralskiemu. I oni wszyscy pokazali, że bogactwo wyboru jest ogromne, duża jest także różnorodność. Bo inny jest "Krycha", inny jest Karol albo "Góral", a jeszcze inny jest Moder.

Kto więc jest pana faworytem do gry? Młodziutki Moder kupił serca polskich kibiców z miejsca.  
 Wszystko zależy od tego z kim będziemy grać i jaki będziemy mieli plan. Bo z Hiszpanami nie można pozwolić sobie na szaleństwo, ale z taką Finlandią już tak. A puentując ten wątek to wydaje mi się, że tak szerokiej kadry jaką teraz ma Brzęczek, szczególnie jeśli chodzi o linię pomocy, nie miał w przeszłości nawet Adam Nawałka.

Znacznie gorzej jest w ataku. Krzysztof Piątek i Arkadiusz Milik poprawili swoją pozycję meczem z Ukrainą?
- Arek niestety nie gra i miesiąc w miesiąc widać to coraz bardziej. Obecnie jest słabszy niż w październiku, każdy kolejny tydzień działa na jego niekorzyść. Ale to dało się przewidzieć, nie jest to żadna wielka niespodzianka. W tej dyspozycji, w której jest, nie może liczyć na miejsce w jedenastce. Ale jeśli tylko zacznie grać, to będzie rósł. I mam nadzieję, że w marcu zobaczymy w końcu prawdziwego Milika. Krzysiek natomiast żyje z bramek i każdy strzelony gol dodaje mu sił. To widać gołym okiem. Chwała mu za bramkę z Ukraińcami, bo to nie była łatwa sytuacja, chociaż bramkarz popełnił błąd. Ale Piątek i tak w kadrze będzie cierpiał. Bo po pierwsze miał i ma duże perturbacje w klubie, a po drugie: w kadrze jest Robert Lewandowski...

Któryś z nich powinien być partnerem Lewandowskiego? Artur Sobiech powiedział niedawno Interii, że Robert powinien mieć atak tylko dla siebie.
- Wszystko zależy od tego, jak będzie chciał grać trener. Czy dwoma typowymi napastnikami, czy może z wysuniętym "Lewym" i Piotrem Zielińskim albo Mateuszem Klichem za jego plecami. Jeśli Piątek nie będzie strzelał cyklicznie, to zapewne selekcjoner zdecyduje się na drugie rozwiązanie.

Rozmawiał Sebastian Staszewski, Interia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje