Reklama

Reklama

Włochy - Polska 2-0 w Lidze Narodów. Piotr Jawor: Bezradni jak San Marino

Gdyby ktoś zmazał nazwiska z koszulek i powiedział, że ten z "16" na co dzień jest kelnerem, "10" jeszcze trzy godziny temu rozstawiał rusztowanie, a "8" właśnie oderwał się od zakładania instalacji LPG w samochodzie kolejnego klienta, to zdziwienia wielkiego by nie było. Niestety, w meczu z Włochami byliśmy reprezentacją San Marino - pisze w felietonie Piotr Jawor, dziennikarz Interii.

To było koszmarne spotkanie. Gdyby wybierać najgorszy występ Polaków w ostatnich latach, to wystarczyłoby dołożyć kilka bramek dla Włochów i ten mecz byłby mocnym kandydatem.

Reklama

Piłkarze Jerzego Brzęczka nie potrafili zrobić nic. Przez pierwszych kilkanaście minut nawet nie podeszli pod pole karne rywali, a w całej pierwszej połowie nie oddali ani jednego strzału, nie stworzyli ani jednej okazji, nie mieli ani jednego rzutu rożnego. Piłkarski koszmar.

Do tego nogi drżące przy każdym pressingu rywali, strach w oczach przed pojedynkiem jeden na jeden, o próbach rozgrywania piłki nie wspominając. Nawet te rozpoczęte od bramkarza kończyły się dwoma podaniami i stratą. Futbolowa katastrofa.

W niedzielny wieczór byliśmy reprezentacją San Marino. Surową technicznie, cierpiąca na taktyczny analfabetyzm i nieposiadającą żadnych indywidualności. Gdyby ktoś zmazał nazwiska z koszulek i powiedział, że ten z "16" na co dzień jest kelnerem, "10" jeszcze trzy godziny temu rozstawiał rusztowanie, a "8" właśnie oderwał się od zakładania instalacji LPG w samochodzie kolejnego klienta, to zdziwienia wielkiego by nie było.

W niedzielny wieczór można było poczuć się jak kibic reprezentacji San Marino. Wiesz, że z przodu twoja drużyna nie jest w stanie nic sklecić i właśnie dlatego fetowanie bramek trafia się raz na kilka meczów. Z tyłu masz chłopaków, którzy może i się starają, ale liczba straconych bramek i tak bardziej zależy od szczęścia niż od nich. No i środek pola, który może i się walczy, ale przy braku umiejętności kończy się to tak, jak w przypadku Jacka Góralskiego.

Jedyna różnica jest taka, że kibic San Marino to wszystko wie już przed meczem, a kibic reprezentacji Polski szokujący zastrzyk piłkarskiej niemocy otrzymuje raz na jakiś czas. Antyfutbolową truciznę ostatnio wstrzyknęła nam reprezentacja Holandii, a teraz podwójną dawkę zaserwowali Włosi.

Najgorsze jest to, że zdarza się to w meczu o stawkę. Niewielką, ale jednak stawkę, bo mecz o pierwsze miejsce w grupie Ligi Narodów, to co innego niż spotkanie towarzyskie z Ukrainą. Tymczasem należy pamiętać, że przed Polakami już niemal wyłącznie same takie spotkania. Liga Narodów ma bowiem przygotować reprezentację nie tylko na mistrzostwa Europy, ale także do meczów eliminacji mistrzostw świata w Katarze, a aż trzy z nich zostaną rozegrane jeszcze przed Euro! 

Jeśli więc Polacy w nich znów będą San Marino, to skończą jak San Marino, czyli bez szans na awans do turnieju.

Piotr Jawor



Dowiedz się więcej na temat: reprezentacja Polski | reprezentacja Włoch | Liga Narodów

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama