Reklama

Reklama

Wasilewski zasłużył na inne pożegnanie

​Wpuszczenie Marcina Wasilewskiego na trzy minuty meczu z San Marino, by wszedł do klubu wybitnego reprezentanta było kuriozum. Zasłużył na pożegnanie z drużyną narodową w zupełnie inny sposób.

Rozumiem, że po klęsce z Ukrainą stres i napięcie przerosły możliwości Waldemara Fornalika. Tego obawiali się wszyscy ci, którzy już przy nominacji zwracali uwagę, że w Ruchu Chorzów nie da się zahartować tak, by wystarczyło do wytrzymania presji wyzwań z drużyną narodową. Nie zamierzam już jednak toczyć dyskusji na temat selekcjonera. Sadzając Wasilewskiego na ławce w meczu z San Marino wskazał go, jako jednego z winowajców klęski z Ukrainą. Wrodzona grzeczność zagrała jednak w duszy Fornalika na trzy minuty przed końcem pojedynku z 207. drużyną w rankingu FIFA. Posłał Wasilewskiego na boisko, by zaliczył 60. mecz w drużynie narodowej.

Wnioskuję z tego, że Fornalik nie ma już zamiaru powoływać obrońcy Anderlechtu. Gdyby wciąż na niego liczył, nie byłoby pośpiechu z wprowadzaniem go do klubu wybitnego reprezentanta. Takie "przysługi" w sporcie są jednak zwykle bardzo ryzykowne. Pamiętam, jak w spotkaniu z Brazylią podczas mundialu w 1986 roku przy stanie 0-4 Antoni Piechniczek puszczał do gry Władysława Żmudę po to tylko, by wyrównał rekord Uwe Seelera 21 spotkań rozegranych w finałach MŚ. Wybieganie na murawę w takich okolicznościach, było poniżej poziomu gracza formatu Żmudy.

To samo spotkało Wasilewskiego. Polski futbol jest dziś w innym miejscu niż w latach 80., więc nasi kadrowicze o meczach z Brazylią na mundialu mogą póki co pomarzyć skrycie. Kiedy Michał Żewłakow bił rekord Grzegorza Laty w liczbie występów w drużynie narodowej, większość z nas miała ambiwalentne uczucia. Lato był królem strzelców mistrzostw świata z własnym miejscem w historii futbolu, Żewłakow to znak współczesności: smętnego okresu dla polskiej piłki. Mimo wszystko to nie wina Żewłakowa, że w ostatnich kilkunastu latach Polska nie wychowała obrońców lepszych od niego.

To samo dotyczy Wasilewskiego. Wśród tych 60 meczów, które rozegrał w biało-czerwonym stroju trudno doszukać się zapierających dech w piersiach. Wyróżnia się sześć występów w finałach mistrzostw Europy 2008 i 2012: trzy porażki (Niemcy, Chorwacja, Czechy) i trzy remisy (Austria, Grecja, Rosja). Dla polskich kibiców był jednak zawsze synonimem poświęcenia. Walczył ile sił w płucach i w nogach.

Kiedy przed Euro 2012 rada drużyny wymusiła na Franciszku Smudzie powołanie dla Wasilewskiego na towarzyskie spotkania z Meksykiem i Niemcami, selekcjoner powitał go zgraną futbolową ironią na temat kleju do butów. Okazało się jednak, że i bez olśniewającej techniki był lepszy od konkurentów przełamując w końcu nawet niechęć Smudy. Powrót do kadry w tak historycznym momencie był dla Wasilewskiego ostatecznym triumfem nad koszmarami przeszłości - ciężkim złamaniem nogi z 30 sierpnia 2009 roku, po którym cztery razy lądował na stole operacyjnym.

Z pewnością Wasilewski zapracował na godniejsze wejście do klubu wybitnego reprezentanta, niż to wymyślone przez Fornalika. Gwizdy kibiców, gdy pojawiał się na murawie Stadionu Narodowego przeciw San Marino uznaję więc za przejaw dezorientacji i irytacji, a nie niewdzięczności i niechęci wobec obrońcy Anderlechtu. Fani winni są mu oklaski, Fornalik naprawę gafy. Wiem, że Zbigniew Boniek ma teraz na głowie znacznie więcej zmartwień, ale dług wobec "Wasyla" wypada spłacić. Jeśli ma się żegnać z kadrą, to godnie. Nigdy nie zrobił nic, by zmuszać go do wyjścia kuchennymi drzwiami.

Reklama

Dyskutuj na blogu Darka Wołowskiego

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje