Reklama

Reklama

W poszukiwaniu napastnika. Zatrważające statystyki Polaków

Napastnik pilnie poszukiwany - to ostatnio hasło naczelne naszej piłki ligowej i reprezentacyjnej. Kryzys w tym "zawodzie" w Polsce jest niewyobrażalny i nie zamaże go jeden piłkarz klasy światowej, jakim jest Robert Lewandowski. Niestety, w naszym kraju częściej słyszy się o skutecznych napastnikach na ulicach niż na boiskach, a statystyki polskich "snajperów" są zatrważające.

Niespełna dziesięć kolejek piłkarskiej Ekstraklasy za nami. Wśród najlepszych jedenastu strzelców naszej ligi, a więc tych, którzy zdobyli dotąd sześć, pięć lub cztery bramki, jest tylko dwóch (!) Polaków, w tym jeden napastnik - Paweł Brożek z Wisły Kraków. Drugim z przedstawicieli naszego kraju jest pomocnik Korony Kielce Paweł Sobolewski.

Reklama

Co wynika z tego zestawienia? W Polsce nie ma napastników! Co gorsza, polskich snajperów, poza Robertem Lewandowskim, nie ma też za granicą. Artur Sobiech trafia do bramki rywali od święta, Arkadiuszowi Milikowi czasem udaje się zagrać przez chwilę, choć w ostatni weekend, po miesiącach adaptacji w Bundeslidze, wreszcie zdobył gola. Nieznacznie tylko poprawia ten obraz niedawny efektowny gol Bartłomieja Pawłowskiego, zresztą bardziej pomocnika niż napastnika. Nazwiska innych polskich strzelców trudno sobie nawet przypomnieć.

Jakież były lamenty w kraju, gdy Waldemar Fornalik powołał na mecz z San Marino Brożka. Pytanie, kogo miał powołać? Piłkarz Wisły rzeczywiście w spotkaniu z amatorami zmarnował kilka setek, ale sam fakt, że, jak za dawnych lat, bez trudu dochodził do wielu sytuacji, napawał optymizmem. Minęło parę dni, napastnik "Białej Gwiazdy" odnalazł formę i już jest czołowym strzelcem Ekstraklasy, w której zawsze czuł się znakomicie.

Brożek nie zrobił kariery za granicą, ale przynajmniej na krajowym podwórku radzi sobie bardzo dobrze, powoli zamykając usta krytykom.

Na dzisiaj żaden klub naszej Ekstraklasy, poza Wisłą, nie ma w składzie polskiego napastnika z prawdziwego zdarzenia. Wydawało się, że najlepiej sytuacja wygląda w Lechu Poznań. Trener Mariusz Rumak załamuje jednak ręce nad formą Bartosza Ślusarskiego (najskuteczniejszy polski strzelec Ekstraklasy poprzedniego sezonu - przyp. red.). Łukasz Teodorczyk także nie jest w najlepszej dyspozycji. - Problemy Bartka ze skutecznością, to moim zdaniem kłopot w głowie - mówił niedawno szkoleniowiec "Kolejorza". A z tym raczej trudno coś zrobić.

Marek Saganowski z Legii Warszawa trzyma ligowy poziom (trzy gole), ale trudno, choćby z racji wieku, nazywać go już czołowym polskim napastnikiem. Wygląda na to, że, oprócz Brożka, jedynym, który nie zawodzi trenerów i kibiców, jest Paweł Buzała z gdańskiej Lechii, który w tym sezonie trzykrotnie trafiał do bramki rywali.

Nadzieje rodzi też Arkadiusz Piech, który, podobnie jak Brożek, zawiódł się na zagranicznych luksusach i po pół roku z podkulonym ogonem wrócił do kraju. "Miedziowi" z Lubina już mają z niego pożytek, bo do tej pory zdobył trzy bramki.

Właściciele klubów Ekstraklasy coraz częściej sięgają po zagranicznych napastników, bo na tych krajowych ciężko liczyć. Po raz ostatni polskim królem strzelców Ekstraklasy był w 2011 roku Tomasz Frankowski, rok wcześniej tej sztuki dokonał Robert Lewandowski. "Łowca bramek" właśnie zakończył karierę, a "Lewy" gra teraz w piłkę w prawdziwej lidze.

A przecież do 2008 roku, wyłączając przypadek Stanko Svitlicy (Legia, 2003), królami strzelców polskiej Ekstraklasy byli wyłącznie Polacy. W 2009 roku Brożek już musiał dzielić się koroną z Takesure Chinyamą, a w ostatnich dwóch sezonach zgarnęli ją: Łotysz Artjoms Rudnevs i Słowak Robert Demjan.

Piłkarz Legii Warszawa Miroslav Radović to na razie najlepszy strzelec tego sezonu. Do bramek rywali trafiał sześć razy. Pięć bramek, oprócz Brożka, zdobyli: Takafumi Akahoshi (Pogoń Szczecin), Bekim Balaj (Jagiellonia Białystok), Władimir Dwaliszwili (Legia) , Eduards Viszniakovs (Widzew Łódź), Marco Paixao (Śląsk Wrocław) i Prejuce Nakoulma (Górnik Zabrze). Po cztery trafienia na koncie mają: Bernardo Vasconselos (Zawisza Bydgoszcz), Ruben Jurado (Piast Gliwice) oraz wspomniany na początku Sobolewski.

Viszniakovs trafił do polskiej Ekstraklasy latem i zaczął zdobywać bramki jak na zawołanie. Podobnie Paixao, Balaj, czy Vasconselos. Polscy napastnicy, którzy w lidze grają od dawna, w większości już zapomnieli, jak trafia się do siatki.

Technika, szybkość, zwrotność, spryt w polu karnym przeciwnika to cechy, którymi zagraniczni piłkarze, czasem nawet z egzotycznych piłkarsko krajów, jak Albańczyk Balaj, biją naszych "snajperów" na głowę. Do tego dochodzi jeszcze cena za piłkarza zagranicznego, często o wiele niższa niż za Polaka.

Napastnik to zawodnik w piłce nożnej, który gra na pozycji najbliższej do przeciwnej bramki i dlatego w drużynie głównie to on jest odpowiedzialny za zdobywanie bramek. To definicja napastnika - tak dla przypomnienia. Trudno z nią polemizować, a zwłaszcza z ostatnim jej fragmentem: jest odpowiedzialny za zdobywanie bramek!

Gdyby zatem popatrzeć na grę polskich napastników od strony pracodawcy, większość z nich nie wypełnia podstawowych obowiązków pracownika, pobierając grubą kasę, w myśl wyświechtanej zasady z poprzedniej epoki:  Czy się stoi, czy się leży...

Na myśl przychodzi tu jeszcze jeden termin, znany w świecie futbolu jako hat-trick, ale ten zwrot zostawiamy w spokoju, bo naszym napastnikom jest on zupełnie obcy.

Przed reprezentacją Polski najważniejsze mecze tego roku, który zdecydują o być albo nie być "Biało-czerwonych" na mundialu w Brazylii. Waldemar Fornalik powołał na razie piłkarzy z klubów zagranicznych, a wśród nich dwóch napastników: Lewandowskiego, który strzela, choć w reprezentacji bardzo rzadko, i Sobiecha, który w lidze strzela rzadko, a w kadrze w ogóle. Wszystko wskazuje, że trzecim napastnikiem w kadrze będzie Brożek, bo wielkiego wyboru nie ma.

38-milionowy kraj nie jest w stanie wychować kilku napastników, których bez mrugnięcia okiem można by powołać na mecz z San Marino (!), nie wywołując lawiny pytań, komentarzy i kpin, nie mówiąc już o takich rywalach jak Ukraina czy Anglia.

Pozostaje mieć nadzieję, że niemal całkowity zanik piłkarskich snajperów w naszym kraju to tylko chwilowy kryzys, a nie zapaść, będąca owocem rozkwitu polskiej myśli szkoleniowej.

Autor: Waldemar Stelmach

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje