Reklama

Reklama

Tomasz Iwan: Polanski udowodnił, że szkoda tracić czas dla niego

- W przypadku Eugena Polanskiego mamy jasność - to nie trener czy prezes go nie chcą, tylko on sam nie jest zainteresowany grą w barwach "Biało-czerwonych" - powiedział dyrektor reprezentacji Tomasz Iwan, odnosząc się do odmownej decyzji zawodnika Hoffenheim w sprawie powrotu do kadry.

Za miesiąc spotkania z mistrzami świata oraz Szkotami, a już wiadomo, że selekcjoner Adam Nawałka nie będzie mógł ponownie skorzystać z Eugena Polanskiego, który nie chce grać w prowadzonej przez niego drużynie.

Reklama

Tomasz Iwan: - W reprezentacji powinni występować przede wszystkim patrioci, piłkarze mocno związani ze swoim krajem, a nie wahający się, czy to im się opłaci, czy też nie. A jest kilku takich zawodników. W przypadku Polanskiego mamy jasność - to nie trener czy prezes go nie chcą, tylko on sam nie jest zainteresowany grą w barwach "Biało-czerwonych". Adam Nawałka pojechał do niego do Niemiec, spotkał się, pokazał, że mu zależy na powrocie Eugena do kadry. Tymczasem Polanski udowodnił, że szkoda tracić czasu dla niego.

Decyzja Polanskiego znów wywołała dyskusję na temat piłkarzy mających polskie paszporty, ale nigdy nie mieszkających w kraju, czasem bez znajomości języka.

- Zawodnicy mają nasze obywatelstwo, ale tak naprawdę nie wiemy, jak mocno polskość jest w nich zakorzeniona. Nawałka nie po raz pierwszy wyciągnął rękę do Polanskiego. Jeśli zawodnik odmawia trenerowi, to nie zasługuje, aby w ogóle być w kręgu zainteresowań, takimi piłkarzami nie należy więcej sobie zaprzątać głowy. Dla mnie dużym honorem jest móc znów usiąść na ławce rezerwowych kadry i nosić orzełka na piersi. Nie wyobrażam sobie, aby ktoś nie podchodził do tego w ten sposób.

Na inaugurację Polacy pokonali Gibraltar, ale niebawem przeprawa z triumfatorami brazylijskiego mundialu...

- Dobrze się złożyło, że zaczęliśmy eliminacje od meczu z najsłabszym rywalem (7-0), bo - jakkolwiek by to nie zabrzmiało - zawsze cieszy komplet punktów. W Faro, gdzie odbył się mecz, można było wiele stracić, a niewiele zyskać. Przed spotkaniem wszyscy dopisywali nam trzy oczka, zastanawiali się tylko, ile wygramy i kto strzeli bramki.

- Z Niemcami gramy na Stadionie Narodowym w Warszawie i liczę, że ten fakt doda skrzydeł zdecydowanej większości naszych graczy. Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim, bo na tych, którzy na co dzień nie grają w swoich klubach, atmosfera obiektu i duża ranga spotkania mogą podziałać niestety negatywnie. To może być mecz bardzo ważny w kontekście dalszych eliminacji, mimo że to dopiero druga kolejka. Droga do tego, aby nasza reprezentacja jak równy z równym rywalizowała z Niemcami, jest daleka, ale mam nadzieję, że nie przegramy u siebie i w przyszłości uzyskamy awans do Euro 2016.

Na czym opiera pan swój optymizm?

- Ja zawsze widzę szklankę do połowy pełną, a nie do połowy pustą. Kilkanaście lat temu, kiedy grałem w kadrze, też nam się do pewnego momentu nie wiodło. Kibice i dziennikarze liczyli nam minuty od ostatniej strzelonej bramki, byliśmy zewsząd krytykowani. Aż przyszedł wygrany mecz z Ukrainą, który stanowił przełamanie. Od tamtego czasu byliśmy praktycznie niepokonani i zakwalifikowaliśmy się na mistrzostwa świata 2002.

- Ale z drugiej strony nie możemy oczekiwać, że polski zespół narodowy zacznie regularnie wygrywać z najlepszymi na świecie. Cały czas się łudzimy i czekamy na cuda, a spójrzmy na nasze ligowe boiska, na których kluby od prawie 20 lat nie mogą awansować do Ligi Mistrzów.

Wracając do MŚ w Korei Płd. i Japonii, na które ostatecznie pan nie pojechał. Siedzi w panu zadra po decyzji ówczesnego szkoleniowca Jerzego Engela?

- Nie jestem pamiętliwy, aczkolwiek wtedy mocno przeżyłem skreślenie mnie z reprezentacji. Nie mam pretensji do Engela, bo to złe słowo, ale nie ukrywam, że miałem satysfakcję, kiedy niedawno stwierdził, iż popełnił błąd nie biorąc Iwana na mundial. Każdy w życiu się myli, a trener, z którym na co dzień normalnie się witam i rozmawiam, potrafił się do tego przyznać.

Czy obecna drużyna "Biało-czerwonych" jest dużo słabsza od tej, w której pan grał na początku tego stulecia?

- Rankingi mówią same za siebie - my byliśmy gdzieś w trzeciej dziesiątce rankingu FIFA, a teraz jest to 60., 70. miejsce. Brakuje kolektywu, ale żyjemy w innych czasach, w dobie internetu. Nie można na siłę z tych chłopaków robić zawodników, jakimi byliśmy ja i koledzy. Teraz większość chce być sama w pokojach, nam zależało aby być w "dwójkach", aby móc się spotkać, napić kawy, pożartować. Nie ma nic lepszego na poprawę nastrojów w każdej grupie, niż dobre rezultaty na boisku.

Od niemal roku pełni pan rolę dyrektora reprezentacji. Spodziewał się pan, że tak właśnie będzie wyglądała ta praca?

- Nie zdawałem sobie sprawy, że obowiązków i zadań jest tak wiele. Nie mam zamiaru nikomu cukrować, bo jestem osobą mocno niezależną, co poczytuję sobie za duży atut, ale przez ostatnie lata w PZPN nastąpił ogromny postęp jeśli chodzi o profesjonalizm. To coraz lepiej zarządzana firma, w której nie ma sytuacji, że jakiś działacz w lewej kieszeni ma 20 biletów na mecz, a w prawej 50...

Powołania Nawałki też się panu podobają?

- Powołuje najlepszych, nie widzę za bardzo zawodników, którzy wyróżniają się, a są pomijani przy wysyłaniu nominacji. Trener ma kłopot, bo część piłkarzy siedzi na ławkach, a nawet trybunach w swoich klubach. Część zdolnej młodzieży szybko wyjeżdża za granicę i tam nie gra, a to wszystko odbija się na reprezentacji. Później przychodzą mecze na Stadionie Narodowym i niektórzy nie są w stanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności.

Praca w kadrze mocno koliduje panu z pasją, jaką od kilku lat jest golf?

- Czasem żartobliwie mówię: po co był mi ten powrót do futbolu? Wbrew pozorom, mam sporo pracy papierkowej, ale nawet jak do późnych godzin przeglądałem dokumenty, staram się znaleźć pół godziny na trening golfowy. Mój zapał do tego sportu wcale nie zmniejsza się, wprost przeciwnie. W samochodzie cały czas wożę kije i torbę. Jestem gotowy do grania o każdej porze, tylko wolnego czasu brakuje.

Zaangażował się pan w promocję finału europejskiej ligi golfa, czyli turnieju Deutsche Bank Polish Masters 2014, który w dniach 24-28 września odbędzie się w Sobieniach Królewskich pod Warszawą.

- Staram się promować ten wciąż niedoceniany sport, pokazywać jego piękno i walory. W tej grze nie trzeba przeciwnika, wychodzi się na pole, aby poprawiać swoje wyniki, ale też aby się zrelaksować i odstresować od spraw codziennych.

Oprócz pana, świetnie w golfa grają też Mariusz Czerkawski i Jerzy Dudek.

- Oni trenują kilka lat dłużej, a Mariusz do tego stopnia połknął bakcyla, że ćwiczy kilka razy w tygodniu. Zapalonym golfistą jest też prezes PZPN Zbigniew Boniek. Zieloną Kartę z grona dawnych piłkarzy ma Piotr Świerczewski. W turnieju towarzyskim przy okazji Deutsche Bank Polish Masters 2014 wezmą udział np. olimpijczycy w snowboardzie bracia Ligoccy.

Kadrowiczów Nawałki też udało się panu wyciągnąć na pole golfowe. Podobało im się?

- Widziałem, jak dużo frajdy gra sprawiła Robertowi Lewandowskiemu, Wojciechowi Szczęsnemu, Mateuszowi Klichowi i Grzegorzowi Krychowiakowi. Zagraliśmy na kilku dołkach i było widać, że Robert czy Wojtek już trzymali kije w rękach i generalnie nieźle im poszło. Co prawda, gdyby ktoś znający się na temacie popatrzył na grupę z boku, złapałby się za głowę, gdyż gra nie miała zbyt wiele wspólnego z zasadami etyki na polach.

Do piłki pana już nie ciągnie?

- Miałem kilka poważnych kontuzji kolan, dlatego nawet o rekreacyjnym kopaniu piłki nie ma już mowy. Ale nie odmawiam sobie tzw. dziadka podczas treningów kadry. I niezbyt często muszę wchodzić do środka, a więc nie jest źle... Później wieczorem ciężko mi wstać z łóżka, tak dokuczają nogi, ale nie żałuję.

Rozmawiał Radosław Gielo

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy