Reklama

Reklama

Tak Orły Nawałki kolekcjonują skalpy trudnych rywali

Nie zagraliśmy wielkiego meczu jak w Bukareszcie, bo i nie ma się co łudzić, że w każdej kampanii takie będą wychodzić ekipie Adama Nawałki. Najważniejsze, że Orły skolekcjonowały kolejny skalp niewygodnego przeciwnika.

Nawałka i jego załoga mają już w kolekcji kilka piłkarskich skalpów: pierwsze zwycięstwo w historii nad Niemcami, pierwsze od lat 30. nad Rumunią odniesione na wyjeździe, a teraz pierwsza wygrana nad Czarnogórą. Niech ta seria trwa jak najdłużej!

Reklama

Za wyjątkiem kilku akcji i to raczej nie przypadek, że w każdej z nich brał udział Piotr Zieliński, wirtuozerii w Podgoricy nie było. Zbyt wielu zawodników jest dalekich od swej optymalnej formy, by porwać cały zespół do pięknej gry przez 90 minut. Nie znaczy to jednak, że ktoś się oszczędzał.

Skrzydła były odcięte, rajdów Kamila Grosickiego, które jesienią rzuciły na kolana Bukareszt i całą Rumunię, tym razem nie oglądaliśmy. Jakub Błaszczykowski częściej jest w klubie obrońcą niż skrzydłowym, szybkość już nie ta co dawniej, za to odpowiedzialność jeszcze większa. Wypady lewą stroną Artura Jędrzejczyka były częste, lecz bezowocne, obfitujące w podania do nikogo. Łukasz Piszczek zaczął nerwowo, jednak im dłużej mecz trwał, tym bardziej Czarnogórcy uzmysławiali sobie, że "ten facet to klasa światowa, w całym meczu go nie zatrzymamy". "Piszczu" mógł zdobyć dwa gole, strzelił jednego. I tak został bohaterem.

Po meczu trwały spory w gronie polskich dziennikarzy, czy w trójce najlepszych postaci meczu powinien się znaleźć Łukasz Fabiański czy Piotr Zieliński. Poza dyskusją był duet: Piszczek - Robert Lewandowski.

Przy całym szacunku dla "Fabiana" (nigdy nie przyszłoby mi do głowy sadzanie go na ławce) i jego interwencji z 15. min, która uratowała zespół, ja wstawiam do tej trójki Zielińskiego. Pod nieobecność Grzegorza Krychowiaka Zieliński odżył, dostał skrzydeł. To on był najczęściej przy piłce w pierwszej połowie, gdy rywal próbował stosować wysoki pressing i nie przebierał w środkach. Owszem, czasem stracił piłkę, ale znacznie częściej zapewniał "Biało-czerwonym" jej posiadanie. Lokomocja, krótkie prowadzenie piłki przy nodze, dynamiczne bieganie, zwrotność - wszystko to utrudniało rywalom zatrzymanie naszej "dziesiątki".

W najważniejszym momencie piłkarz Napoli odebrał piłkę na połowie Czarnogóry i podał do Piszczka tak, że lepiej się nie dało. Efekt? Obrona wywiedziona w pole, bramkarz pozostawiony samotnie w beznadziejnej misji ratunkowej.

Zieliński, gdy stawiał pierwsze kroki w kadrze u boku "Krychy", bywał przytłoczony przez bardziej doświadczonego, mającego mocniejszą pozycję w kadrze kolegę. Grzegorz nie stosował wobec niego taryfy ulgowej: były nerwowe gestykulacje rękoma, były krzyki na młokosa. Teraz tego nie ma, na dodatek Piotrek z miesiąca na miesiąc dojrzewa w Napoli. Może grać jeszcze lepiej, obudzić w sobie instynkt snajpera, by wykorzystywał takie sytuacje, jak ta z 31. min, po zagraniu Kamila Grosickiego.

Wielu moich znajomych narzekało na poziom meczu, brakowało im widowiskowych akcji. Nie podzielam tej opinii. Dla mnie to była typowa bitwa o trzy punkty o wyjazd na mundial. Zbyt dobrze pamiętam czasy, w których Orły, grając w paszczy lwa, pękłyby po stracie bramki na 1-1. Teraz reagują odmiennie. Taki bodziec potrafi ich pobudzić do powalenia przeciwnika na deski. I nikt się nie przejmuje, że kopią po nogach, że łokciami walą po żebrach. To było totalne przejście do ofensywy, zdominowanie Czarnogórców.

Przechyliliśmy szalę wygranej w samej końcówce, dlatego myli się selekcjoner Czarnogórców Tumbaković, twierdząc, że przesądziła klasa światowa naszych piłkarzy. Ważną rolę miało też przygotowanie fizyczne Orłów. Łukasz Piszczek był wszędobylski od początku spotkania, a jednak nie zabrakło mu pary w płucach, by w 85. min zapuścić się w pole karne przeciwnika i pięknie uderzyć piłkę. Kondycyjnie wytrzymał do końca także "TurboGrosik", który został zmieniony dopiero w doliczonym czasie. Bardziej dla zyskania minuty, niż z braku sił.

Obawiałem się o wynik tego spotkania z prostej przyczyny. W odróżnieniu od spotkania z Rumunią, w którym "Biało-czerwoni" chcieli się zrehabilitować po aferze alkoholowej, tym razem nie mieli dodatkowego bodźca, wyzwalającego złość sportową. W tym elemencie to rywal mógł wyglądać na agresywne, zranione zwierzę, po stracie trzech piłkarzy. Okazało się, że Polacy poradzili sobie bez tej ekstra motywacji.

Adam Nawałka wie dobrze, że mentalnie zespół musi być cały czas "pod prądem". Dlatego tuż po wejściu do szatni tonował radość i wytykał błędy popełnione w drugiej połowie. W czerwcowym starciu z Rumunią nie możemy ich powielać.

Z Podgoricy Michał Białoński

Wyniki, terminarz i tabela grupy E eliminacji MŚ 2018

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje