Reklama

Reklama

Rumunia - Polska. Paweł Golański: Rumunów niesie doping publiczności

- Kiedyś jechaliśmy na mecz, a jeden z kibiców Dinama Bukareszt rzucił w szybę autokaru cegłą, a ta odbiła się rykoszetem i trafiła w moją głowę. Założyli mi trzy szwy, więc większych problemów nie było - wspomina czas spędzony w rozmowie z Interią Paweł Golański, były piłkarz m.in. Steauy Bukareszt i ASA Targu Mures, przed meczem Rumunia - Polska w el. MŚ (godz. 20.45, relacja na żywo w Interii).

El. MŚ - sprawdź tabelę "polskiej" grupy

Interia: Grał pan w reprezentacji Polski, wielu klubach Ekstraklasy, a także w Rumunii. Od pewnego czasu słuch o panu zaginął. Zakończył pan karierę?

Reklama

Paweł Golański: - Nie, mam nadzieję, że jeszcze pogram. Wspólnie z Przemysławem Kaźmierczakiem i Krzysztofem Nykielem otworzyliśmy szkółkę piłkarską "Gol Academy" w Łodzi. Uczymy najmłodszych, by kiedyś mogli założyć koszulki z orzełkiem na piersi. W piłkę chcę jeszcze pograć, ale na razie pozostaję bez klubu.

Dzieci garną się do piłki?

- Rozpoczęliśmy w październiku, a już zapisało się ponad 200 osób. Przemek i Krzysiek już skończyli z grą w piłkę, ja zrobiłem sobie przerwę. Sami osobiście prowadzimy część treningów. To dobry moment, by coś wspólnie zrobić. Chcemy uczyć najmłodszych, do wieku trampkarza. Nie utożsamiamy się ani z ŁKS-em, ani Widzewem. Chcemy, by w przyszłości nasze dzieci zasilały wszystkie łódzkie kluby.

W piątek gramy z Rumunią, która jest panu bliska, bo przez wiele lat występował pan w tamtejszej lidze. Jak może wyglądać to spotkanie?

- Jeśli dziś spojrzymy na tabelę, to faktycznie szanse czterech pierwszych drużyn na awans są wyrównane. Na pewno nie będzie łatwo, a w każdym meczu trzeba będzie walczyć. Rumuni nie mają tak mocnego zespołu, jak my, ale stanowią monolit. Brakuje im gwiazd, nie mają tam nazwisk pokroju Roberta Lewandowskiego, Grzegorza Krychowiaka czy Kamila Glika. Grają jednak równo, nowy trener scalił ten zespół. Szykuje się ciężki bój, bo Rumuni grają ostro, agresywnie, niesie ich doping tamtejszej publiczności.

W dodatku zagrają na stadionie, na którym nie przegrali od ponad trzech lat! Arena Narodowa to ich twierdza?

- Aż tak to chyba nie... Grałem na tym stadionie, mam już informacje, że w piątek będzie wypełniony do ostatniego miejsca (55 tys. kibiców - przyp. red.). Rumuni zawsze lepiej radzili sobie u siebie. Musimy podejść do tego spotkania skoncentrowani. Nasi piłkarze muszą nastawić się na bitwę. Taki mecz powinien rozstrzygnąć się w głowach.

Christoph Daum to nowy selekcjoner reprezentacji Rumunii. Znane nazwisko, ale nie tylko ze względu na szkoleniowe osiągnięcia.

- Po nieudanym Euro Rumuni domagali się zmiany trenera. Naciskali, by tym razem był to ktoś z zewnątrz. Wybór padł na Chritopha Dauma, który wiele lat pracował w Bundeslidze. To dobry fachowiec, który prowadzi drużyny twardą ręką, kładzie nacisk na detale i taktykę. Już teraz widać, że reprezentacja Rumunii pod tym względem poszła do przodu. Lepsza jest nawet atmosfera. Może Rumuni nie grają widowiskowo, ale każdy wie, co ma robić na boisku. Mają kim postraszyć w ofensywie, obrona jest szczelna. Widać rękę Dauma.

Nie ma co ukrywać - Daum jest kontrowersyjnym trenerem, bo w przeszłości miał problemy z narkotykami.

- Na początku dużo się o nim mówiło i pisało. Media dokładnie go prześwietliły, a czarna plama ciągnie się za nim od dawna. Teraz temat ucichł, bo Rumuni liczą tylko na dobrą postawę reprezentacji Dauma.

Na kogo polscy piłkarze muszą zwrócić uwagę w piątkowym meczu?

- Claudiu Keseru, Nicolae Stanciu, Alexandru Chipciu, Adrian Popa i Bogdan Stancu to kluczowi piłkarze w ofensywie Rumunów. Na tę piątkę trzeba uważać, choć pewnie jeden z tych piłkarzy wejdzie na boisko dopiero z ławki. Ci gracze mają duży potencjał, są dobrzy w pojedynkach jeden na jednego. Szczególnie dwaj zawodnicy Anderlechtu Bruksela są w wysokiej dyspozycji - Stanciu i Chipciu. Obrońców mamy jednak dobrych, więc zbyt bardzo się ich nie obawiajmy.

W takim Anderlechcie Bruksela gwiazdą jest jednak nasz Łukasz Teodorczyk, a nie Rumuni.

- To piłkarze o zupełnie innej charakterystyce. Chipciu biega po skrzydle, a Stanciu jest wysuniętym rozgrywającym. Pomagają Teodorczykowi, który jest odpowiedzialny za zdobywanie bramek. Każdy ma swoją rolę, więc nie ma co porównywać.

Są jeszcze w rumuńskiej kadrze zawodnicy, z którymi pan grał w piłkę?

- Jest ich kilku. Np. Ciprian Tatarusanu, Jasmin Latovlevici, Bogdan Stancu czy Adrian Popa.

Jak pan wspomina grę w Rumunii?

- Na pewno pierwszy pobyt w tym kraju muszę uznać za owocny. Ze Steauą wystąpiliśmy w fazie grupowej Ligi Mistrzów, a sportowo była to fajna przygoda. Wspominam to bardzo miło. Później trafiłem do ASA Targu Mures, a tam miałem kilka problemów. Klub był wówczas w ogromnych tarapatach finansowych. Stał się niewypłacalny, a do tej pory ma zaległości wobec piłkarzy. Sportowo było to jednak ciekawe wyzwanie.

Trafił pan z deszczu pod rynnę, bo później wylądował w Górniku Zabrze, w którym były dokładnie takie same problemy.

- Miałem taki moment, że występowałem w Rumunii charytatywnie. Z Górnikiem też niektóre sprawy są jeszcze niewyjaśnione. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo miałem trochę czasu, by poukładać prywatne sprawy. Mogłem też dać odpocząć mięśniom, które potrzebowały regeneracji. Teraz będzie łatwiej wrócić do piłki.

Planuje pan wrócić do rumuńskiej czy polskiej ligi?

- Mam dwie oferty z Rumunii, a czas pokaże, gdzie zagram. Muszę jeszcze trochę wzmocnić się fizycznie i zdecydować.

Lata prosperity w Rumunii chyba już minęły. Trudno będzie panu dostać taki kontrakt, jak kiedyś w Steaule.

- Faktycznie w Polsce płaci się teraz lepiej. Organizacyjnie nasze kluby też są w tej chwili poukładane. Wszystko się odwróciło, bo jeszcze kilka lat temu to Rumunia była zdecydowanie wyżej w tej kwestii.

Na transfer do Steauy namówił pana Dan Petrescu, były trener Wisły Kraków. Jak do tego doszło?

- W dużej mierze była to jego zasługa. Zresztą później, do Targu Mures, też mnie sprowadził. W tamtym czasie był trenerem tego klubu. Wcześniej jednak, gdy Petrescu prowadził Wisłę, występowałem w Koronie Kielce. Podobał mu się mój styl, rozmawialiśmy po meczach i tak złapaliśmy kontakt. Zresztą wciąż go utrzymujemy, może w mniejszym stopniu, ale czasem do siebie dzwonimy.

Petrescu nie chciał ściągnąć pana do Wisły?

- Nie, takiego tematu nigdy nie było.

W Rumunii spędził pan łącznie pięć lat. Nie zawsze było kolorowo.

- Przeważnie było, ale pamiętam jedną trudną sytuację. Kiedyś jechaliśmy na wyjazd, a jeden z kibiców Dinama Bukareszt rzucił w szybę autokaru cegłą, ta odbiła się jakoś rykoszetem i trafiła w moją głowę. Założyli mi trzy szwy, więc większych problemów nie było. To jedyna trudna sytuacja, którą tam przeżywałem.

W Rumunii wciąż szaleje korupcja?

- Były z tym duże problemy, ale teraz sytuacja wygląda dużo lepiej. Podobnie jak w Polsce, Rumuni mieli kłopoty z sędziami. Afera była głośna. Powoli jednak atmosfera się czyści, a działa to tylko na plus tej ligi.

W piątek chyba nie będzie miał pan dylematu, komu kibicować.

- Żadnego. Serce podpowiada, że Polska wygra 2-1, ale Rumuni są mocni u siebie i mogą wywalczyć remis. Stawiam jednak na 2-1 dla nas.

Rozmawiał: Łukasz Szpyrka

Dowiedz się więcej na temat: Paweł Golański | El. MŚ 2018 | reprezentacja Polski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje