Reklama

Reklama

Rocznica słynnego zwycięstwa. "Ściskali ruskich generałów"

Mijają właśnie 64 lata od jednego z najbardziej niezwykłych meczów w dziejach reprezentacji Polski. Ważny jest rywal i kontekst: w kraju dopiero co zapanowała polityczna odwilż, ale przecież atmosfera w 1957 roku ciągle była napięta. Dlatego dla polskich fanów rywalizacja ze Związkiem Radzieckim zawsze była czymś więcej niż tylko sportem. Partyjni dygnitarze przez lata nakazywali społeczeństwu, żeby brać przykład z Kraju Rad, który miał być dla nas niedoścignionym wzorem. Także w sporcie: piłkarze ZSRR jawili się wówczas jako jedni z najlepszych na świecie. Trzy lata później wygrają przecież pierwsze mistrzostwa Europy. Ale na Stadionie Śląskim dostali jednak łupnia...

20 października 1957 roku Polska spotkała się z ZSRR w ramach eliminacji mistrzostw świata, których gospodarzem była Szwecja. Po pierwszym meczu w Moskwie, łatwo przegranym cztery miesiące wcześniej 0-3, wydawało się, że radziecki wzór jest rzeczywiście niedościgły. Wszystko zmieniły gole skromnego piłkarza urodzonego i wychowanego na Wielkich Hajdukach czyli Batorym, ledwie kilka kilometrów od Stadionu Śląskiego. 

Polska - ZSRR: Szef brygady zwolnił go na mecz

30-letni wówczas Gerard Cieślik o powołaniu do reprezentacji na mecz ze Związkiem Radzieckim dowiedział się z radia. Przez kilkanaście lat rozegrał mnóstwo wspaniałych meczów, ale do powszechnej, nie tylko kibicowskiej świadomości, przeszedł właśnie dzięki temu jednemu spotkaniu. A przecież niewiele brakowało a... w ogóle by w nim nie zagrał! "Jadłem z żoną kolację i słuchałem w radiu wiadomości sportowych. A tam nagle mówią, że mnie trener powołał" - opowiadał potem. "Zaraz po tym zapukał trener Ewald Cebula i mówi, że to prawda. Rano miałem się zgłosić na zbiórkę, ale rano musiałem przecież iść do pracy w Hucie Batory, żeby zwolnić się u mojego brygadzisty, byłem mistrzem tokarskim. Na szczęście szef też był kibicem, słuchał radia i ze zwolnieniem nie było problemów. Wyjątkowo nie odliczyli mi tych dni z urlopu" - wspominał.

20 października 1957 roku był mglisty i deszczowy. Dla stu tysięcy kibiców na Stadionie Śląskim i milionów przed radioodbiornikami ten mecz był swoistym rewanżem za 17 września, Katyń, Jałtę i stalinizm... Piętnastoletni Antoni Piechniczek jest wówczas kapitanem szkolnej reprezentacji. Mama robi mu najpiękniejszy prezent w życiu: kupuje bilet na ten wielki mecz. Bilety można kupić w hucie. Jeden kosztuje 40 zł. Przy zapisie płaci się 20 zł zaliczki, resztę odciągają z pensji. Antek siada na trybunach Stadionu Śląskiego. Ma miejsce na sektorze za bramką, do której Gerard Cieślik strzeli gola na 1-0. Potem dołoży jeszcze jedną bramkę. Słynny Lew Jaszyn, najlepszy wówczas bramkarz świata, nie pomógł. Końcówka była nerwowa, bo rywale byli lepiej przygotowani kondycyjnie i 11 minut przed końcem po strzale Walentina Iwanowa zdobyli kontaktową bramkę. Wyrównującej już nie zdołali.

Reklama

Wszystkie skróty Ligi Mistrzów online w Interia Sport - ZOBACZ!

As Arsenalu Londyn: "Ten niski brunet zrobi karierę. Zrobił"

"Wiem, że mnie najbardziej pamiętają z bramek, które strzeliłem Ruskim na Stadionie Śląskim. Niedawno zadzwonił do mnie kibic z Paryża i mówi, że właśnie mija kolejna rocznica tego meczu i wypije za moje zdrowie szampana. Aż się wzruszyłem" - opowiadał Cieślik po latach. Najpierw pokonał legendarnego bramkarza Lwa Jaszyna strzałem z bliska, drugiego gola zdobył uderzeniem głową. Inna sprawa, że Cieślik nigdy nie uważał tamtego spotkania za... swój najlepszy w karierze. Tym był dla niego zwycięski mecz reprezentacji Śląska z Armią Renu z 1946 roku, gospodarze wygrali na Cichej 3-2 a Cieślik strzelił drugą bramkę. W Armii Renu grali zawodnicy z angielskich drużyn zawodowych, była to drużyna angielskich sił okupacyjnych stacjonujących z Niemczech. Grający w tym meczu Denis Compton z Arsenalu Londyn powiedział, że ten niski brunet zrobi karierę. Miał na myśli Cieślika.

Jednak to mecz z ZSRR wywołał największe poruszenie. Ciekawą historię opowiedział mi Marian Ryba, ówczesny Naczelny Prokurator Wojskowy i zastępca Prokuratora Generalnego PRL, po latach prezes PZPN. Otóż mecz oglądali z trybun radzieccy generałowie, sama wierchuszka. Akurat przyjechali, by podjąć jakąś strategiczną decyzję dotyczącą stacjonowania wojsk radzieckich w Polsce. Przy okazji chcieli zobaczyć mecz, więc Marian Ryba na szybko wszystko załatwiał. W efekcie okazało się, że bilety dla radzieckiej generalicji są nie na miejsca w loży lecz... wśród publiczności. Kiedy Cieślik strzelał gole, rozentuzjazmowana widownia na Stadionie Śląskim ściskała z radości wszystkich wokół, w tym... radzieckich generałów, którym nie było do śmiechu... 

Dobrze, że nic się nie stało, bo mogło to się skończyć różnie: po zakończeniu meczu na stadionie zebrano ponoć 50 tysięcy pustych flaszek po wódce, bo wtedy każdy mógł wnieść, co tylko chciał. Tak się składa, że na ten mecz zorganizowano na stadionie izbę wytrzeźwień, odpowiednie pomieszczenie przewidziano pod zegarem. Ten mecz był także pamiętny dla dziennikarzy: po raz pierwszy zorganizowano... pulpity na stanowiskach dziennikarskich, bo okazało się, że bez nich trudno napisać relację...

"Wygraliśmy! Dziękujemy Ci Kapitanie za dwie bramki strzelone" - donosił na pierwszej stronie katowicki "Sport".

Polska - ZSRR: Partyjni bonzowie zdezorientowani

Po meczu była za to awantura o coś innego: kto zaniesie Cieślika do szatni. Prawie doszło do bijatyki, bo kiedy najszybszy kibic wziął bohatera na ramiona, to zaraz doskoczyło kilku innych. Oni też chcieli dostąpić tego zaszczytu. Ostatecznie fani w zgodzie ponieśli piłkarza, zachowały się takie zdjęcia. 

Nazajutrz cała drużyna trafiła przed oblicze partyjnych bonzów z komitetu wojewódzkiego. Ich wygrana z bratem ze wschodu wcale nie ucieszyła. Cieślik za dwie bramki nie dostał żadnej nagrody (w lidze też nie miał szczęścia do ekstra premii, bo za jedno mistrzostwo dostał skafander a za drugie radio). 

Z zawodników reprezentacji Polski, którzy wystąpili w tamtych spotkaniu, żyją już tylko Lucjan Brychczy i Roman Lentner, którego miałem okazję odwiedzić w Berlinie trzy tygodnie temu.

Entuzjazm nie trwał jednak długo. Miesiąc później nasi sąsiedzi ze wschodu wygrali decydujące o awansie dodatkowe trzecie spotkanie w Lipsku i to oni pojechali na mistrzostwa świata do Szwecji. Niemniej legenda pozostała.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy