Reklama

Reklama

Robert Lewandowski. Tak narodził się snajper

Dlaczego ksiądz obiecał ojcu Roberta - śp. Krzysztofowi Lewandowskiemu skrócić pierwszokomunijną mszę świętą? Jakie życzenia dostawał w dzieciństwie najlepszy polski piłkarz? Jakie kłopoty mieli z nim rodzice? - tego wszystkiego dowiecie się czytając fragmenty książki Roberta Lewandowskiego i Wojciecha Zawioły pt. "Robert Lewandowski. Pogromca Realu. Moja prawdziwa historia".

Weź udział w konkursie i wygraj książkę Roberta Lewandowskiego!

Reklama

Pierwsza książka o Robercie Lewandowskim ukazała się 19 czerwca nakładem Wydawnictwa G+J Książki. Oto jej fragmenty:

"To, że Robert Lewandowski zostanie sportowcem, było przesądzone jeszcze na długo przed jego narodzinami. Właściwie od momentu, w którym Iwona Dembek spotkała Krzysztofa Lewandowskiego. Oboje wiedzieli, że ich dzieci będą sportowcami tak jak oni. Iwona była siatkarką, Krzysztof judoką. Dyscypliny sportu diametralnie różne, ale jak się później okazało, dla ich syna pomocne. Robert bowiem zarówno grał w siatkówkę, jak i trenował judo. To w znaczący sposób wpłynęło na jego koordynację ruchową i wszechstronność.

Iwona i Krzysztof po raz pierwszy spotkali się... w kolejce w trakcie badań lekarskich przed rozpoczęciem studiów.

"Warszawa, ja z Grudziądza, więc stoję grzecznie w kolejce. A tu nagle nieznany mi mężczyzna wchodzi do gabinetu, mówiąc, że tylko o coś zapyta. Nie było go pół godziny!!! Jak wyszedł, pogroziłam mu palcem i powiedziałam: «Ja cię zapamiętam!»".

I rzeczywiście zapamiętała. Po raz drugi spotkali się na studenckiej imprezie. Koleżanka siatkarka miała znajomego judokę. Zaplanowano więc spotkanie w szerszym gronie. Spojrzeli na siebie i błyskawicznie zaiskrzyło. Pobrali się jeszcze na studiach. Potem na świat przyszła Milena.

Iwona Lewandowska: Krzysiek powiedział: dosyć tej siatkówki, wystarczy. I już były imiona ustalone. Robimy albo Milenę, albo Roberta. Dlaczego takie? Bo Robert jest wymawiane na całym świecie. Postanowiliśmy, że nie będą mieć drugiego imienia, bo to zajmuje miejsce w paszporcie. Tylko te z bierzmowania. Milena była zaplanowana, Robert nie. Byliśmy bardzo pochłonięci sportem, mąż miał duże osiągnięcia w judo, ja ciągle grałam i z jedną Milenką było nam wystarczająco wygodnie. Przez trzy lata Milena jeździła z nami na obozy, czasem ją do babci podrzucaliśmy.

- No i nagle... nie myśleliśmy o drugim dziecku, a tu proszę. Krzysiek nie wierzył, mówił: "To niemożliwe!". A jak się dowiedział, że to syn, chodził środkiem ulicy.

I od razu było jasne, że Robert będzie sportowcem. Milena zresztą też.

- Dokładnie tak. Krzysiek najpierw uczył go judo, ale potem stwierdził: "Zostaw to judo, bo tu się nie wybijesz, tu rządzi przypadek. Szkoda cię na judo".

- Robert biegał w przełajach, ale w pewnym momencie powiedział: "Tato, nie każ mi więcej biegać, ja już tylko w piłkę". To był efekt przesilenia, za dużo biegał. Trenerzy mówili Krzyśkowi: "Przestań, odpuść mu". Ale było inaczej. Mąż kazał Robertowi odpoczywać, a on już był na trawie na posesji i żonglował piłką.

- Nie można go było powstrzymać. Nagrywał siebie i trenował jakieś elementy treningu, sprawdzał, analizował, co ma poprawić. Jak coś mu nie wychodziło, to ćwiczył do nocy.

- Kiedyś ćwiczył rzuty karne z Kokusią, naszym psem, bokserką. Wyznaczał słupki, a jej kazał łapać piłkę, byleby jej nie gryzła. Miała chwytać pyskiem i łapami. Robert robił różne zwody, a ona za każdym razem te strzały broniła. Po kontuzji biegał z nią do lasu. Kokusia wracała pierwsza, a Robert zziajany za nią. Następnego dnia to samo. Ale zawziął się. I za trzecim razem patrzę, a Robert biegnie pierwszy. Pies za nim ledwo dyszał. Zobaczyłam ręce w górze i usłyszałam okrzyk: "Jestem gotowy!". Dlatego często mówimy, że Kokusia wyleczyła Roberta po kontuzji.

Jakim był dzieckiem, zanim jeszcze zaczął regularne treningi?

- Przylepa, bardzo chętny do pomocy, spokojnie można było go prosić, by coś przyniósł, poszedł do sklepu, wyszedł z psem. Milena taka nie była. Odpowiadała raczej: "Zaraz!". Bardzo lubił tańczyć, jak były imprezy rodzinne, to tańczył z ciociami.

A jak w szkole sobie radził?

- Przynosił świadectwa z czerwonym paskiem aż do gimnazjum. Ale trzymałam rękę na pulsie. Brałam dzienniczek do ręki i wypytywałam: "Co to za trója?". I wywiązywała się dyskusja: "Oj mamo, ja to poprawię!". "Bo na trening nie pojedziesz". Spoglądał wtedy na mnie poważnie i odpowiadał: "Wiesz, co ty powiedziałaś? Zdajesz sobie sprawę z tego, co powiedziałaś? Ja na trening nie pojadę?". "Ależ, Robert, ja nie to miałam na myśli" (śmiech). Ale następnego dnia trójka była poprawiona.

Mieszkaliście w Lesznie, Robert trenował w Warszawie. Musiało to być uciążliwe.

- Cóż to były za eskapady! Rozkładaliśmy folię na siedzeniu, żeby go nie pobrudzić. Robert cały w błocie po treningu, bo przecież tam, na tej Varsovii, nie miał się gdzie umyć. Nie było ciepłej wody.

Znajdywali państwo czas na to wożenie?

- Kwestia organizacji. Ja z dziewczynami jechałam na siatkówkę. Krzysiek z Robertem wtedy już czekał przy kościele w Lesznie, bo nawet nie było czasu podjeżdżać pod dom. Wysiadałam z samochodu, a oni ruszali do Warszawy. Czasem zawoziłam dziewczyny do Pruszkowa na mecz, a potem Roberta na trening. Dziewczyny w tym czasie zdążyły rozegrać mecz, zabierałam je i jechałyśmy po Roberta.

Poświęcaliście się tak, bo wiedzieliście, że to przyszłość syna?

- My to kochaliśmy. Zawsze sobota i niedziela to był mecz. Jak nie było meczu - nie było weekendu. Brakowało nam czegoś. W piątek wieczorem mieliśmy rodzinne zebrania i planowanie trasy. Każdy wiedział, o której miał być przygotowany i spakowany na trening czy na mecz. Dla nas to było święto. Lepsze niż jakieś spotkania z przyjaciółmi czy wyjazdy za miasto.

- Pamiętam, że nawet w Wielkanoc, w Wielką Sobotę, Robert miał mecz i dopiero po nim jechaliśmy do Grudziądza do moich rodziców na święta. Po drodze jeszcze Robert jadł, bo przecież był głodny po meczu.

Mieli państwo przekonanie, że syn zrobi tak wielką karierę?

- Wiedziałam, że zajdzie daleko, ale że aż tak, to nie. Mąż chyba też. Myśleliśmy raczej II, I liga, ale że aż tak, to nie.

Właściwie to konsekwencja całego jego dzieciństwa i młodości.

- W całym jego życiu przewijała się piłka. Życzenia, które się składało na Boże Narodzenie czy w urodziny, imieniny, zawsze dotyczyły piłki. Nawet pierwsza komunia zakończyła się meczem. Robert ciągle spoglądał na zegarek, bo mecz się zbliżał.

To już słynna historia. Podobno ksiądz skrócił mszę?

- Tak, znaliśmy proboszcza i on też znał sprawę. Podszedł do męża i powiedział: "Krzysiek, nie martw się, skrócimy mszę i zdąży na mecz" (śmiech).

Dziecko niesprawiające kłopotów?

- Większych nie. Choć zdarzyło mu się na przykład "pożyczyć" nasz samochód. Poduszki pod pupę sobie podłożył, żeby siedzieć wyżej. Przyznał się dopiero po jakimś czasie. Lubił samochody i motocykle. Krzysiek miał motor i jeździł, więc Robert też złapał smykałkę. Nawet naprawiał, jak trzeba było."

Na drugą część fragmentów zapraszamy jutro!

Weź udział w konkursie i wygraj książkę Roberta Lewandowskiego!

Dowiedz się więcej na temat: Robert Lewandowski | Liga Mistrzów | reprezentacja Polski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje