Reklama

Reklama

Robert Lewandowski przyznał się, że pędził z zawrotną prędkością!

Z jaką prędkością pędził samochodem, z kim i o co pobił się w szatni Borussii Dortmund - to wszystko zdradza Robert Lewandowski w książce Wojciecha Zawioły pt. "Robert Lewandowski. Pogromca Realu. Moja prawdziwa historia".

Weź udział w konkursie i wygraj książkę Roberta Lewandowskiego!

Reklama

Pierwsza książka o Robercie Lewandowskim ukazała się 19 czerwca nakładem Wydawnictwa G+J Książki. Oto jej fragmenty:

"Dziecko niesprawiające kłopotów?

Iwona Lewandowska (matka Roberta): Większych nie. Choć zdarzyło mu się na przykład "pożyczyć" nasz samochód. Poduszki pod pupę sobie podłożył, żeby siedzieć wyżej. Przyznał się dopiero po jakimś czasie. Lubił samochody i motocykle. Krzysiek miał motor i jeździł, więc Robert też złapał smykałkę. Nawet naprawiał, jak trzeba było.

Robert Lewandowski: Aż tak grzeczny to nie byłem. Ten samochód od rodziców pożyczyłem kilka razy (śmiech). Chociaż teraz, z perspektywy czasu, wiem, że tak nie powinienem robić. Byłem niepełnoletni i nie miałem jeszcze wtedy prawa jazdy.

- Rzeczywiście motocykle i samochody zawsze bardzo lubiłem. Kiedyś z chłopakami jakimiś autami szaleliśmy po lesie. Oni je załatwiali i jazda. Do dziś mi zostało to zamiłowanie. Jeśli kiedyś znajdę czas, stanę na torze wyścigowym. Na razie nie do końca mogę.

 Skoro takie zamiłowanie, to i do szybkiej jazdy?

- Najszybciej jechałem 320 km/h. Lubię adrenalinę. Ostatnio nawet zainteresowały mnie sporty wodne. Waterboarding, skutery wodne... Dają sporo radości.

Szaleństwo do ciebie wręcz niepodobne.

- Nie, dlaczego? W dzieciństwie i młodości różne rzeczy przychodziły mi do głowy. Nie zawsze byłem spokojnym dzieckiem i grzecznym chłopcem. Kiedyś z kolegami rzucaliśmy fajerwerkami i sztucznymi ogniami. Pech chciał, że akurat jechała policja. Zgarnęli nas i kilka godzin trzymali na komisariacie. Innym razem było obrzucenie radiowozu skórkami z bananów, jogurtami. Jakaś większa grupa brała w tym udział. I ja też się w to wmieszałem, jak to dzieciak z głupimi pomysłami. Musiałem potem komendanta przeprosić na komisariacie.

- Kiedy byłem dzieciakiem, wiele takich głupot było mi w głowie. Uciekaliśmy na przykład przed policją na motorach. Podjeżdżaliśmy pod komisariat i uciekaliśmy. Z nudów. Tak się dzieje w małych miejscowościach, w których nie ma klubu i nie ma co robić. Gdybym nie miał blisko do Warszawy, czyli na treningi, nie byłbym tam, gdzie jestem. Myślę, że w wielu miejscowościach jest mnóstwo talentów, ale one giną, bo chłopaki nie mają gdzie trenować, nikt ich nie zauważa. Pamiętam, że kiedy nie pojechałem na trening, to mnie energia roznosiła i głupoty przychodziły do głowy.

Takie jak podglądanie dziewczyn pod prysznicem...

- Z tego akurat nic nie wyszło, bo one zamiast się kąpać, paliły papierosy. Jak uciekaliśmy, to sobie rozwaliłem kolano (śmiech). Potem ja za karę przez pół nocy musiałem pilnować gaśnicy, a mój przyjaciel Tomek Zawiślak śmietnika. To było na obozie, a tam ciągle za coś dostawaliśmy, bo więcej pomysłów wpadało nam do głowy. Pompki robiło się już pierwszej nocy. Brzuszki, bieganie w nocy po lesie. Wszystko za karę. Kiedyś chciałem zabić osę... pięścią. Tylko że ona była na szybie. Tak walnąłem, że cała wielka szyba poszła. Nie pamiętam, co się stało z osą. A mnie nic nie było.

Biłeś się?

- Oczywiście. Mimo że byłem w miarę spokojny i skupiony na piłce, to jednak zdarzało się, że ktoś mnie mocno wkurzył. Zawsze byłem mały i kruchy, ale wbrew pozorom silny. Sporo mi dało judo, które trenowałem dzięki ojcu. A jeszcze dwa, trzy lata temu byłem kilka razy na boksie.

- Kiedyś dzięki bójce poznałem Łukasza Kuklewicza, z którym trzymałem się w dzieciństwie, głównie w Lesznie. Ktoś na kogoś nagadał i rzuciliśmy się na siebie. A ja nie odpuszczam, więc się pobiliśmy. Potem wracaliśmy do domu i liczyliśmy, kto ile ma guzów. Jak gdzieś z kolegami wychodziliśmy i ktoś nas zaczepiał, to się nie odwracaliśmy plecami, wręcz przeciwnie.

 Nigdy nie odpuszczałeś. Nawet Barriosowi (napastnikowi Borussii, z którym "Lewy" walczył o miejsce w podstawowym składzie - przyp. autora).

- Miał kiedyś do mnie pretensje, że mu dwóch rąk nie podałem po meczu. A ja mu podałem dwie, to on podał jedną. Stał nade mną w szatni i coś do mnie mówił na ten temat. Zapytałem, jaki ma problem. A on mnie wtedy w tył głowy, lekko bo lekko, ale jednak uderzył. Rzuciłem się na niego i inni zawodnicy musieli nas rozdzielać. Mnie nawet trener trzymał, ale się wyrwałem. Potem jakoś się uspokoiłem. To było po meczu z Bayerem Leverkusen, który wygraliśmy 1-0. Barrios już przegrywał ze mną rywalizację, ja grałem w podstawowym składzie.

 Tata trzymał cię krótko?

- W ogóle! Kiedyś pobiłem się z kolegą i miałem siniaka na policzku. Mama przewrażliwiona, to się przejęła, a tata był dumny. Był też ciekaw, ile siniaków ma mój rywal. Nie dawałem sobie w kaszę dmuchać. Kiedy jeździłem do babci do Grudziądza, to też były awantury, trzeba było walczyć.

- Judo bardzo mi pomogło w takich sytuacjach. Na jednym z obozów był pewien chłopak, dużo większy ode mnie. Próbował ze mną zapasów i zdziwił się, że jestem taki mały, a taki silny. I w pewnym momencie założyłem mu dźwignię. Nie mógł się ruszyć. Czasem pozory mylą."

Weź udział w konkursie i wygraj książkę Roberta Lewandowskiego!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama