Reklama

Reklama

Reprezentacja Polski. Selekcjoner Jerzy Brzęczek dla Interii

- W piłce klubowej nasi czołowi zawodnicy wygrali już niemal wszystko, ale w reprezentacyjnej nie sądzę, aby czuli się spełnieni. Tymczasem kariera, jak całe życie szybko upływa, więc trzeba wyciągnąć z niej "maksa". Wydaje się, że niedawno zdobyłem srebro w Barcelonie, a tymczasem minęło od igrzysk 26 lat, jestem już stary i siwy - podkreśla nowy selekcjoner piłkarskiej reprezentacji Jerzy Brzęczek.

Michał Białoński, eurosport.interia.pl: Przeszkadza panu łatka o nazwie "nepotyzm", jaka do pana przylgnęła po pierwszych powołaniach. Chodzi oczywiście o powołanie mającego kłopoty z grą w klubie siostrzeńca Kuby Błaszczykowskiego, a jednocześnie brak powołania dla Kamila Grosickiego.

Jerzy Brzęczek selekcjoner reprezentacji Polski: Co do Kamila, to wyjaśniłem już na konferencji, że nie został powołany tylko z uwagi na zamieszanie z jego niedoszłym transferem do Turcji. W powołaniach najważniejszą rzeczą jest to, aby mieć rozsądek i trzeźwą ocenę sytuacji. Jeśli chodzi o Kamila, mógłbym mieć spokój i go powołać, powiedzieć, że mam czyste papcie, ale to nie o to w tym wszystkim chodzi. Przy selekcji koncentrowaliśmy się nie tylko nad tym, co się będzie działo za tydzień czy w następnych 12 dniach. Patrzymy również przez pryzmat rozwoju sytuacji tych zawodników.

Reklama

OK, na dzień dzisiejszy Kuba nie gra, ale w okresie przygotowawczym grał w sparingach. Rozmawiałem z trenerem Bruno Labbadią, on na Kubę bardzo liczy, więc nasz zawodnik swoje mecze w Wolfsburgu rozegra.

A jeśli nie?

- To będziemy na bieżąco reagować i oceniać. Zresztą nie tylko Kubę, ale wszystkich innych zawodników. Kłopoty z graniem ma nie tylko Błaszczykowski. Arek Reca też nie gra. Janek Bednarek również nie występuje w Southampton, nie jest moim siostrzeńcem, a dostał powołanie, więc OK. Z zarzutami o nepotyzm będę się zderzał nie tylko ja, ale też Kuba. Na pierwszej konferencji zapowiedziałem, że podstawą jest powoływanie takich zawodników, co do których wspólnie ze sztabem uznamy, iż zagwarantują nam odpowiednią jakość piłkarską. Liczy się boisko, trening, doświadczenie. I tak będziemy postępować.

Przypomnę też, że te pierwsze powołania, sierpniowe, i gra zawodników nie do końca będą najważniejsze.

Dlaczego?

- Jest to początek sezonu ligowego. Właściwie wszyscy nasi piłkarze grali sparingi, z wyjątkiem Kamila Grosickiego, zatem w okres startowy wchodzą na równym poziomie. Oczywiście, przy następnych powołaniach mogą się urodzić dla nas problemy, gdy ligi rozkręcą się na dobre. Gdy wówczas zdarzy się sytuacja, w której jeden czy drugi zawodnik na stałe nie będą grać, wtedy będziemy musieli się zastanowić, czy ich powołanie nam coś da. Nad tym się pochylimy po meczach z Włochami i Irlandią.

Czy zatem wprowadzi pan w drużynie generalną zasadę: "Chcesz dostawać powołania do reprezentacji, to musisz w miarę regularnie grać w klubie"?

- Oczywiście. Nie będę szukał wymówek, żeby zabezpieczyć się na ewentualność następnych powołań. Będziemy podejmować przede wszystkim rozsądne decyzje, gwarantujące nam jakość i pole do rozwoju indywidualnego oraz grupowego.

Panuje opinia, że regularnej gry potrzebuje przede wszystkim młody zawodnik, bo ten bardziej doświadczony potrafi się bez niej przygotować.

- Bardzo słuszna uwaga, bo wielu zapomina, że to spora różnica. Trenerzy w klubach na koniec sezonu robią badania wydolnościowe. Po  trzytygodniowych okresach urlopowych zaczynasz przygotowania letnie, czy zimowe, robisz badania i od razu widzisz tę różnicę. U młodych zawodników, jeżeli części zadanych zajęć indywidualnych nie zrealizowali, ich wydolność spada. W podobnych sytuacjach u starszych zawodników ona niekiedy rośnie!

Pamiętam przykład starszego zawodnika z Wisły Płock. W sezonie wiele nie grał, a w badaniach przeprowadzonych po dwóch dniach treningowych, które nastąpiły po okresie urlopowym, miał rekordowe wyniki badań wydolnościowych.

Wracając do Kuby, to bardziej jest on panu potrzebny jako piłkarz i skrzydłowy, czy jeden z liderów, mentor tej kadry, stanowiący wzór dla młodszego pokolenia?

- W reprezentacji liczą się nie tylko umiejętności piłkarskie. Cechy przywódcze i doświadczenie Kuby, Roberta Lewandowskiego, Łukasza Fabiańskiego, Kamila Glika, Wojtka Szczęsnego są również bardzo ważne. Musimy też wziąć pod uwagę to, że wprowadziliśmy troszeczkę zmian w porównaniu do kadry z MŚ. Jest kilku młodych zawodników, których chcemy sprawdzić, przekonać się, czy to już jest właściwy moment, aby stawiać na nich regularnie.

To są ważne aspekty dla wielu trenerów - kwestia przekazania pewnych rzeczy. A o dyspozycję Kuby Błaszczykowskiego jestem spokojny. Wiem na bieżąco jak trenuje, jak wygląda pod względem fizycznym. W jego wypadku najważniejszą kwestią jest to, żeby nie miał problemów zdrowotnych.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu rozmawiałem z Kubą teraz, podczas zgrupowania. Dzięki temu wiem, że nie musi brać żadnych środków przeciwbólowych, czuje się dobrze. Jestem spokojny, że za chwilę będzie bardzo potrzebny nie tylko kadrze, ale też Wolfsburgowi, w którym zacznie grać. Zobaczy pan, że tak będzie.

Szacunek kibiców Wisły Kraków do Kuby wrósł jeszcze bardziej po tym, jak zdecydował się pomóc finansowo znajdującemu się w tarapatach klubowi. Konsultował się z panem w tej decyzji?

- Umówmy się tak, że wszystkie kwestie prywatne związane z Kubą są jego decyzjami.

Ale był okres w jego karierze, gdy był pan jego mentorem, przewodnikiem życiowym.

- Teraz Kuba jest na takim poziomie, że nie potrzebuje tego. Jest rozsądnym człowiekiem, dobrze wie co ma robić. Radzi sobie świetnie bez moich podpowiedzi. Podejmuje suwerenne decyzje. Jestem spokojny o Kubę. Jeśli kiedyś zapyta mnie o zdanie w jakiejś kwestii, to na pewno mu je przedstawię.

Lato dla polskiej piłki oznaczało nie tylko niepowodzenie reprezentacji na MŚ, ale też historycznie wczesne odpadnięcie klubów w eliminacjach do Ligi Mistrzów i Ligi Europy. Na drugim planie jest panująca moda na Polaków w Serie A, gdzie występuje po 12-13 naszych rodaków w każdej kolejce. To jak to z tą polską piłką jest - fatalnie i potrzebna jest kuracja, czy dobrze, skoro Włosi biją się o nasze talenty?

- Nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Jak zawsze, trzeba to wypośrodkować, bo w piłce nożnej nic nie jest zero-jedynkowe. Bo jeśli spojrzymy na to jak wielu naszych młodych piłkarzy wyjeżdża, którzy dosyć szybko zaczynają grać, to okaże się, że jest nieźle. Nie zawsze się udaje tym, którzy wyjechali, bo taki Bartek Kapustka, który był odkryciem Euro 2016 od dwóch lat nie gra regularnie. Chyba każda nacja w swojej młodzieży ma przypadki takie jak on. Prawdopodobnie w porównaniu do tych najpotężniejszych krajów nie mamy aż tak wielkiego liczby zawodników o tak wielkim talencie. 

Zawsze możemy mówić na temat szkolenia i każdy z nas trenerów się nad nim zastanawia. Mimo wad uważam, że w ostatnich latach zrobiono w nim postępy, ale pamiętajmy, że wyszkolenie zawodnika to nie jest proces dwu-trzyletni. Poważne treningi zaczynają się na ogół w wieku dziewięciu lat, a piłkarz na wysoki poziom wychodzi na ogół około "dwudziestki", czyli okres szkolenia zajmuje 10-12 lat.

W ostatnich latach, począwszy od okresu na krótko przed ME 2012 r., gdy wiele zainwestowano, powstało wiele akademii piłkarskich, w szkoleniu wiele się poprawiło. Jeszcze nie do końca odbieramy te efekty, ale gdybyśmy spenetrowali rynek młodych piłkarzy, to dostrzeglibyśmy jak wielu zawodników w wieku 16-17 lat wyjeżdża na Zachód, choć nie wszyscy się tam przebiją. Gdyby oni zostali, to byłaby szansa na zasilenie naszych klubów Ekstraklasy. Z jednej strony te wyjazdy są problemem, ale z drugiej, takie są prawa rynku.

Nie stać nas na zatrzymanie najzdolniejszych?

- Dokładnie. W niektórych sytuacjach sprzedaż zawodnika za trzy-cztery miliony euro to jest bardzo dużo. W przypadku Wisły Płock sprzedaż Arka Recy za około cztery miliony euro to...

... pół rocznego budżetu?

- Nie, cały roczny budżet i to z nawiązką. W ubiegłym roku Wisła Płock miała 14-15-milionowy budżet. Z jednej strony dla kibica wyjazd najlepszych nie jest dobry, ale dla kogoś, kto musi klub utrzymać perspektywa jest inna. To kwestia styku, połączenia kwestii sportowych i biznesowych.

Czy po pierwszych godzinach zgrupowania widzi pan podobieństwa obecnej kadry do paczki, jakiej pan kapitanował na IO w Barcelonie? Czy to również grupa, która nie boi się żadnych wyzwań?

- Myślę, że tak. Oni mają zdecydowanie większe doświadczenie niż my. My byliśmy młodymi, gniewnymi, a tu w reprezentacji mamy wielu zawodników, którzy grają w najlepszych klubach, są gwiazdami światowego formatu. Do tego, by drużyna odnosiła sukcesy sama jakość nie wystarczy. Musi być jeszcze dobra atmosfera i zespół. Pod pojęciem "zespół" nie musi się kryć ponad 20 kochających się, chodzących niemal za rączkę zawodników. Nie o to chodzi. To musi być grupa ludzi, która kiedy trzeba, skoczy sobie do gardła, a kiedy trzeba, w najważniejszych momentach, wychodzi na boisko i współpracuje. Współpracuje, bo każdy jej piłkarz wie, że ma jedną karierę, a życie szybko upływa, więc trzeba wyciągnąć z tego "maksa".

Zawsze powtarzam młodym zawodnikom, że to idzie tak: ja już jestem siwy, stary, a nie tak dawno temu jeszcze grałem. Z jednej strony wspominamy Barcelonę, ale od niej minęło już 26 lat.

A to ponad dwa pokolenia piłkarskie!

- Z jednej strony masz to wszystko w pamięci, a z drugiej, sobie powiesz: "Kurczę, jak to szybko minęło!". I tutaj, na zgrupowaniu, też jest wielu piłkarzy, którzy w piłce klubowej osiągnęli już niemal wszystko, ale w piłce reprezentacyjnej, oprócz imponującej liczby występów, nie do końca każdy jest spełniony. I z pewnością zdają sobie sprawę z tego, nie ma dużej różnicy pod względem jakości między nami a - dajmy na to - reprezentacją Rosji na ostatnich MŚ. Ale to są te momenty w karierze.

Gdy ktoś obserwował i śledził, co w reprezentacji Rosji wyczyniano z moim kolegą z boiska - trenerem Czerczesowem przed turniejem, a później nagle stał się bohaterem narodowym. To pokazuje jaka jest piłka. Czerczesow przed ponad osiem miesięcy nie wygrał meczu, koledzy po fachu go chcieli zniszczyć. I co się okazało? On zachował spokój, konsekwencję. Nie dał się niczym sprowokować, wyprowadzić z równowagi. To jest trudne, ale to zrobił i teraz wszyscy go w Rosji kochają. Bohater narodowy, największy przyjaciel Putina (śmiech)!

Czym pana przekonał Adam Dźwigała do powołania go? Tym piłkarzem chyba najbardziej pan zaskoczył.

- Adam zrobił duże postępy w Wiśle Płock. Wrócił na pozycję środkowego obrońcy. Ma sporą zaletę - potrafi wprowadzić piłkę do gry, rozegrać. W mojej filozofii gry będziemy się starać tak właśnie, od obrońców rozgrywać. Mam świadomość, że decyzja z jego powołaniem dla wielu nie jest do końca zrozumiała, ale życzę tego sobie i Adamowi, aby się obronił swoimi umiejętnościami. Jeśli na niego postawimy w którymś meczu, to powinien pokazać, że ma spory potencjał i dużą szybkość, dobrze gra w powietrzu.

Gdy spojrzymy kilkanaście wstecz, na powołania ówczesnego selekcjonera Leo Beenhakkera, który postawił na Michała Pazdana i Tomka Zahorskiego, to też wszyscy się dziwili. Prawie 10 lat później, na mistrzostwach Europy, Michał był nie do przejścia dla Ronaldo. Piłka pisze takie historie. Tak samo my daliśmy szansę Adamowi, a reszta jest zależna od jego nóg, głowy i tego jak będzie się prezentował na treningach, a później w meczu, jeśli wywalczy sobie miejsce na boisku.



Czy brak powołania dla piłkarzy Legii Warszawa to wyraz pańskiego głosu sprzeciwu wobec tego, co się dzieje w tym klubie od strony sportowej, blamażu w rozgrywkach europejskich? Można się było spodziewać, że wezwie pan chociaż Artura Jędrzejczyka, który na mundialu dostał szansę tylko w meczu z Japonią i swą grą się obronił.

- Na pewno tak. Kwestia Legii jest troszeczkę podobna do sytuacji z Kamilem Grosickim. Też się zastanawialiśmy nad powołaniem Artura, Michała Pazdana, Krzysia Mączyńskiego, który za kadencji Adama Nawałki grał bardzo dobre spotkania, choć na początku wszyscy się zastanawiali: "Co ten Mączyński robi w tej kadrze?" Ja też się zastanawiałem, czy Mączyńskie to jest ten poziom, ale później byłem pełen podziwu dla jego gry. On się świetnie wkomponował i pasował do filozofii Nawałki, zapracował na duży szacunek.

Decyzja o braku powołań dla zawodników Legii jest spowodowana tym, że w ich klubie w ostatnich miesiącach ciągle się dużo działo. Ciągłe zmiany, które wywierają wpływ na piłkarzy. Na dodatek Michał Pazdan dzisiaj nie jest w takiej dyspozycji, żeby na dzisiaj go powołać. Nie znaczy to jednak, że Pazdan, czy którykolwiek z legionistów jest skreślony.

W Legii mają nowego trenera, pewne rzeczy się pozmieniały, zawodnicy w ostatnich dwóch tygodniach bardzo ciężko trenowali. Wolę, aby trener Sa Pinto mógł popracować z zespołem przez dłuższy okres, aby potencjalni kadrowicze mogli znowu zaistnieć i wrócić do swej normalnej dyspozycji. Drzwi do reprezentacji Polski są dla nich otwarte.

Zdążył pan już wypić kawę z Adamą Nawałką? Doszło do przekazania pałeczki?

- Nie rozmawialiśmy osobiście dłużej. Raz rozmawialiśmy przez telefon, później spotkaliśmy się też w siedzibie PZPN-u. O wiele częściej biesiadowaliśmy, gdy ja trenowałem Wisłę Płock, wówczas rozmawialiśmy na temat zawodników, mojej oceny odnośnie nich.

Do selekcjonera Nawałki mam ogromny szacunek. On, w trudnym okresie, zapoczątkował marsz naszej reprezentacji w górę.

Ile meczów na żywo zdążył pan obejrzeć w tym sezonie?

- Nie liczyłem, ale uzbierałoby się ich sporo. Zdecydowanie więcej niż w czasach, gdy byłem trenerem klubowym. Teraz jestem ciągle w podróżach, oglądam mecze w Polsce i za granicą, na żywo i w telewizji, do tego dochodzi analiza w serwisie Instat, później jeszcze oglądanie powtórek z występami naszych reprezentantów. Selekcjoner to inna charakterystyka pracy niż trener klubowy. Tu jest mniej pracy na boisku, a więcej analiz, obserwacji, podejmowania - daj Panie Boże - tych trafnych decyzji.

Jakie wnioski się panu nasuwają po dwóch miesiącach Ekstraklasy? Potwierdza pan, że to siłowa liga, w której brakuje intensywnej gry?

- Patrząc na statystyki meczów, okazuje się, że biegamy na takim samym poziomie, co najsilniejsze ligi, jeśli chodzi o pokonane dystanse. Głównym mankamentem jest u nas tempo biegania. Ten aspekt powoduje różnicę w konfrontacjach na arenie międzynarodowej.

Na dwa mecze powołał pan 27 piłkarzy. Pana kolega po fachu z reprezentacji Włoch - Roberto Mancini poszedł jeszcze dalej - wezwał 32 zawodników. Nie myślał pan o większej grupie piłkarzy? W ciągu czterech dni zespół zagra dwa mecze, a drugi to towarzyski, w którym można sporo rotować składem.

-  Zastanawialiśmy się nad tym, ale doszliśmy do wniosku, że zbyt duża liczba zawodników może zaburzyć płynność treningu. W momencie trenowania kwestii taktycznych gra 10 na 10 z pola. Przy powołaniu ponad 30 piłkarzy 10 stałoby z boku. Nie jesteśmy też w stanie wykorzystać tak dużej grupy pod względem technicznym, bo nie mamy tylko jedno boisko do dyspozycji. Drugiego nie mamy. Może kiedyś doczekamy sytuacji, w której PZPN będzie miał własne centrum treningowe, z większą liczną boisk.

Czego panu powinni życzyć kibice przed meczami?

- Trafnych wyborów. Jeśli one będą, to będziemy mieli dużo radości. No i odrobiny szczęścia, bo ona jest potrzebna w każdej dziedzinie życia.

Rozmawiał Michał Białoński

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Brzęczek | Jakub Błaszczykowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje