Reklama

Reklama

Reprezentacja Polski. Rewolucja październikowa. Brzęczek uciekł z łoża tortur, Michniewicz spadł jak Ikar

Na początku października nie brakowało zwolenników roszady na selekcjonerskim krześle. Jerzego Brzęczka miał zastąpić… Czesław Michniewicz. Dwa tygodnie później takie rozwiązanie wydaje się co najwyżej groteskowe. Bo w tym czasie Brzęczek umocnił pozycję, a Michniewicz swoją zdemolował.

Na początku października Jerzy Brzęczek leżał na łożu tortur. Powody by kręcić kołowrotkiem były na wyciągnięcie ręki: od nudnego jak flaki z olejem stylu reprezentacji począwszy, po absurdalną książkę napisaną wraz z Małgorzatą Domagalik. W tym samym czasie z selekcjonera szydzili kibice, bo przez autorkę ten został porównany do Kazimierza Górskiego. Tak precyzyjnym ciosem mogliby szczycić się królowie czarnego PR, a nie stronnicy 49-latka. Efekt był więc taki, że Brzęczkowi nikt nie współczuł.

Reklama

Okoliczności przed nadchodzącym zgrupowaniem były arcyciężkie - selekcjonera mogło obronić tylko zdecydowane przełamanie stylu i dobre wyniki. Gdyby kadra w Gdańsku i Wrocławiu po raz kolejny  zaprezentowała kibicom kino klasy C, a następnie w listopadzie dostała baty od Italii i Holandii, kto wie czy prezes PZPN Zbigniew Boniek nie złamałby się i nie wyrzucił Brzęczka na pół roku przed Euro.

W tamtym momencie nie brakowało takich, którzy widzieli już gotowego następcę selekcjonera. Tym miałby zostać Czesław Michniewicz, opiekun drużyny do lat 21, która była liderem swojej grupy eliminacyjnej i zmierzała ku młodzieżowemu Euro. Ulubieniec Bońka jawił się jako idealny strażak. Już dwa tygodnie później taki pomysł wydaje się groteskowy. Bo dwa tygodnie w sytuacji Brzęczka oraz Michniewicza zmieniły właściwie wszystko.

Dobre decyzje i dobre wyniki

Gdy demoniczna machina napędzana siłą hejtu gotowa była do rozerwania Brzęczka, ten zręcznym ruchem z niej zaskoczył. - Nie popadajmy w hurraoptymizm, bo weryfikacja nastąpi w listopadzie, gdy zagramy z Włochami i Holandią - powiedział Interii legendarny napastnik Włodzimierz Lubański i trudno mu nie przyznać racji. Ale jednocześnie nie można nie docenić postępu, który zrobiła kadra.

W meczach z Finlandią (w rezerwowym składzie) oraz Bośnią i Hercegowiną (grającą przez 75 minut w dziesiątkę), Polska dominowała i zdobyła osiem goli, tracąc zaledwie jednego. A gdyby nieco lepiej nastawiony celownik Roberta Lewandowskiego, Bośniacy - tak jak Finowie - musieliby wywieźć znad Wisły pięć straconych bramek. Biorąc pod uwagę, że niedawno męczyliśmy się z Łotwą w Warszawie (wygrana 2-0) czy Macedonią w Skopje (1-0), postawę kadrowiczów trzeba uznać za godną pochwały.

Nawet osiągnięty w meczu walki remis z Włochami (0-0) nabiera innego znaczenia, gdy spojrzy się na eliminacyjną grupę Italii. A w niej piłkarze Roberto Manciniego wygrali wszystkie mecze, strzelając 37 bramek! Nie ma więc wątpliwości, że to inne Włochy, niż te z którymi remisowaliśmy w 2018 roku.

Kupione czas i tlen

Pochwalić należy także decyzje Brzęczka: mocne postawienie na zdolną młodzież, zaufanie, którym obdarzył Karola Linettego (znalazł się w najlepszej jedenastce 4. kolejki Ligi Narodów), wykorzystanie potencjału pomocników, zamiast upartego holowania będących w słabej dyspozycji Arkadiusza Milika i Krzysztofa Piątka. Październikowe wybory nie sprawiają, że wszystkie poprzednie rozwiązania były dobre, ale być może Brzęczek w końcu zaczął wyciągać wnioski i wprowadzać je w życie. Zgodnie ze słowami Lubańskiego, weryfikacja przyjdzie za miesiąc, ale Brzęczek kupił sobie czas i tlen. Czas, bo do wspomnianych meczów Polacy będą liderami 1. grupy Dywizji A Ligi Narodów i to na pewno poprawi atmosferę, a tlen - bo z poprzedniego powodu kibice i media wstrzymają ataki na trenera.

Co więcej - pozycja wyjściowa Brzęczka jest naprawdę niezła. Utrzymanie się w Dywizji A jest niemal pewne (a to miła odmiana po ubiegłorocznym spadku), a mecze z Włochami na wyjeździe i Holandią w Polsce są znakomitymi okazjami, aby sprawdzić maksymalne możliwości kadry. Jeśli skończy się klęską, to trudno - będziemy musieli zadowolić się rolą europejskich średniaków. Ale kto wie, czy w Reggio nell'Emilia bądź Chorzowie nie zobaczymy wkopania kamienia węgielnego, jakiego na Śląskim właśnie dokonał niegdyś Leo Beenhakker albo na PGE Narodowym w Warszawie Adam Nawałka.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje